Uwaga! Hosting Webplus konczy dzialalnosc z dniem 31.07.2019r. Wiecej informacji tutaj.

Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Czas szarości
Autor Wiadomość
Gregor
Melancholik.


Miano: Gregor Sebastian Leammiele
Wiek: 31 lat
Wzrost: 176cm
Ubiór: Czarna koszula z długim rękawem i kołnierzem, czarne spodnie, czarne buty, czarna, cienka rękawiczka bez palców na lewej dłoni, czarna torba, czarne myśli.
Ekwipunek: Telefon, klucze, notatnik, pióro, zapałki, papierośnica i w połowie zjedzona czekolada.
Wygląd: Nie wysoki, nie niski... Zdecydowanie szczupły. Jego ciemne włosy sięgają ramion, nigdy ich nie wiąże. Skóra po lewej stronie jego ciała nosi ślady starych poparzeń, ale nie kręć nosem, i tak tego nie zobaczysz. Złote oczy mężczyzny przeważnie mają w sobie specyficzny błysk bezczelnego wyzwania. Pachnie wiśnią i dobrym tytoniem.
Miłość: 'Don't love if you really want to feel the spiking sense of grey.'
TYP: 7/3
Fabularnie: Fry-wolny
Motto: 'Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia.' S. J. Lec
Dołączył: 05 Sie 2013
Posty: 12
Wysłany: 2013-08-16, 00:18   Czas szarości

KIEDYŚ
Węgry, Budapeszt, Anno Domini MDCCCLXXXIV

To był właśnie ten czas, gdy ludzie krztusili się parą, gdy miasta pulsowały tętnem żelaznych serc, a Zielone Wróżki spieszyły z pomocą wszystkim tym, którzy tuląc pustą szklankę do rozpalonego czoła, wołali o otarcie wszelkich dawnych przesądów jak kurzu z połów marynarki. Czas dysonansu. Czas dysharmonii.

Czas krzyku.
Trzydziesty lipca
- Zawsze gubisz moje sztućce!
- Słusznie zauważyłeś, że są twoje, więc po co miałbym ich w ogóle dotykać?
- Bo gubisz także swoje i używasz moich! – Izydor celował w Gregora palcem.
- Ty za to zżerasz moje wiśnie! Do nich nie potrzebujesz swoich sztućców! I cofnij się, bo złamię ci tę dłoń…
- Aha! Wiedziałeś o tym i nie przybiegłeś do mnie z pretensjami? Nawet nie groziłeś, że mnie wyrzucisz.
- Wolałem nic nie mówić, bo tym razem naprawdę bym musiał to zrobić...

Czas szeptu.
Dziewiętnasty września
- Izydor? Izydor, bogowie, jesteś… !
- Ćśśiii… ciszej. Chodź tu…
Było po trzeciej w nocy, Słońce powoli barwiło niebo na kolor dojrzałej śliwki, ale im nie sen był w głowach. Izydor spóźnił się ponad godzinę, jednak informacje, które udało mu się pozyskać, były bezcenne. Pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, opowiedział Gregorowi, że stary Chris miał rację i w tym opustoszałym, spalonym klasztorze naprawdę była wielka biblioteka z księgami, w których zapisy wcale nie wielbiły świętych, czystości i sacrum. Wręcz przeciwnie! Ale o czym właściwie one były? Tego do końca nie wiadomo, bowiem mężczyzna zniknął bez śladu, wcześniej pozwalając, by cały jego dobytek spłonął. Tylko garstka osób wierzy w to, że bibliotekarz ocalał i wyruszył w świat w poszukiwaniu inspiracji do dalszego tworzenia historii poświęconych najróżniejszym sekretom.
Jednak czemu dla młodych mężczyzn twardo stąpających po ziemi, te stare, babcine opowieści miały tak wielkie znaczenie? Czemu od dawna krążyli po kraju i pieczołowicie zbierali pozornie absurdalne informacje, ryzykowali dobre imię, narażali się własnym rodzinom? Czyżby obydwaj ulegli podobnemu szaleństwu? Albo połknęli jakiegoś bakcyla naruszającego zdrową wyobraźnię? Och, czy to ważne!? Absolutnie nie! Oni mówili, że po prostu patrzą na ogród w posiadłości Gregora przez to samo okno i ułatwia im to komunikację. Nie ważne jak wyszło na jaw, że ich podróże wiążą się z czymś więcej, niż samą pasją poznawania ojczyzny. Nie ważne, że na jednym z bankietów panowie posłuchali Zielonych Wróżek i postanowili przebrać jednego z nich za damę, zatańczyć razem taniec otwierający przyjęcie i ku przerażeniu rodziny i uciesze wszystkich plotkar, publicznie przetestować, jak bardzo rozmazuje się karminowa szminka, gdy usta umalowane dotknął ust czystych...
Wszystko to w ramach nauki, oczywiście! Gregor i Izydor dali gościom unikatową szansę wzięcia udziału w eksperymencie socjologicznym, jak nazwałby to imiennik młodszego z naszych panów – monsieur Izydor Maria August Franciszek Ksawery Comte, wielki filozof.
A ile zachodu i tłumaczenia, uśmiechów i drogich upominków kosztowało wpojenie widzom, że to naprawdę był dziwaczny eksperyment, wie tylko rodzina Izydora i służba Gregora.

Czas bieli.
Czternasty listopada
Czy żałowali? Nie! Nawet, gdy matka Izydora przyparła go do muru, fortelem zmuszając syna do jak najszybszej żeniaczki. Musieli się spotykać nocą, potajemnie, lecz nadal dumnie głosili, że mitologia umarła, gdy narodziła się nauka.
- Postaw lampę tu. Coś znalazłem między czwartą a trzecią alejką. To stary cmentarz, grób ma ponad sto lat, ale na spodniej stronie płyty nie ma mchu, jest wyszlifowana jakby…
- …ktoś ją przesuwał.
- Dokładnie.
- Patrz, z tej strony jest lód, a tu sam kamień… och, uważaj. Ślisko.
- Myślisz, że to coś naprawdę tam jest? To jakiś nieodkryty gatunek człowieka? Wynik nieudanego eksperymentu?
- Nie mam pojęcia… ale oni chyba wychodzą w nocy, musimy być czujni.
- Nawet jak jest tak zimno?
Izydor w odpowiedzi wzruszył ramionami i próbował przepchnąć płytę nagrobną, ale ta ani drgnęła. – Muszą być bardzo silni… - Mruknął i siadł zrezygnowany na skraju kamiennego pomnika, po chwili westchnął płytko, podniósł głowę, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w przestrzeń.
- Nie sądzę, by komukolwiek podobało się to, że siadasz na… szczególnie temu, kto jest, ekhm, ewentualnie na dole… jeśli jest. A pewnie tak. O? Och… Izydor? Izydorze… ! Co się stało?
- Pamiętasz tamtą aferę i to, czym zagroziła pani matka?
- Jak mógłbym zapomnieć! To znaczy…
- Dziś rano widziałem się z Aną. Przyjęła oświadczyny.
- T-to… wspaniale…
- Po ślubie zaczniemy remont domu przy granicy z Austrią, potrwa parę miesięcy i wyjedziemy… będę miał swój gabinet lekarski i…
- Cicho. Już nic nie mów. – Leammiele otarł skrawkiem czerwonego szala łzy mężczyzny, zmusił go wstania i porwał do walca, lawirując pomiędzy nagrobkami.

Drugi stycznia
Telegram od I. E. V. do G. S. L.
Ślub 31. 12. 85 o godz. 18 w kościele NMP. Serce mi pęknie jeśli nie przyjdziesz. Ana jest bardzo Tobą zaciekawiona, chce Cię w końcu poznać.

Telegram od G. S. L do I. E. V
Cieszę się Waszym szczęściem najbardziej na świecie. Do zobaczenia.

Trzydziesty pierwszy stycznia, godzina 17:18
- Przez ciebie spóźnię się na własny ślub. – Izydor dyszał, ze wszystkich sił starając się utrzymać na nogach. Znów coś poszło nie tak, niesieni niebezpieczną mieszanką namiętności i rozpaczy wpadli sobie w ramiona, tym razem jednak pan młody czuł, że gdy puści dłoń Gregora i chwyci za rękę Anę, jego piękną, słodką Anę, coś się skończy raz na zawsze. Żadne brednie o nowym życiu go nie przekonywały, wspomnienie o wielkim domu, spłodzeniu syna i zasadzeniu drzewa nie przynosiły pocieszenia tylko przerażenie.
- Myślisz, że ona, że Ana… wie, że ty… że my…
- Zawsze pilnowałem swoich słów, więc nie sądzę... jedynie myśli nie dało się upilnować..
- Boże… to był nasz ostatni raz, a ja jeszcze pamiętam pierwszy… Ty żenisz się… ty… ty znikniesz. Ja zginę bez ciebie, ja… Ty będziesz szczęśliwy? Jak, jak… co z naszymi marzeniami, z naszymi podróżami… co z naszym śledztwem…!?
- Gregorze, spokojnie. Spokojnie. Nie będzie drastycznych zmian. Myślałem nad tym. Ona wie, że prowadzimy śledztwo, dla jej dobra na razie nie mówiłem o szczegółach, ale ona nie jest naiwna, ona…
- Kochasz ją?
- Gregor…
- Kochasz ją!?
- Kocham… was oboje.

Godzina 18:12
- Ja, Izydor, ślubuję tobie, Ano…

Godzina 20:26
- Och, witam panią Vigne! To dla mnie zaszczyt, poznać osobiście najpiękniejszą kobietę pod Słońcem. – Leammiele ujął dłoń dziewczyny w swoje i mówił, patrząc jej prosto w oczy. - Nigdy nie dziwiłem się, że Izydor jest w pani tak zakochany, z opowiadań wiem bowiem o pani anielskim sercu, ale teraz widzę, iż… cała pani jest aniołem.
- Pan zawsze jest takim miłym, dobrym człowiekiem…
- …nie, nie. Proszę mi uwierzyć, nie zawsze…
- I pana opieka nad karierą Izydora, pana badania…
- …byłyby niczym bez ogromu wiedzy, którą posiada pani mąż.
- Gregor! Raczysz kobietę mego życia takimi słowami, że zazdrość zaczyna we mnie wzbierać! – Izydor podszedł do nich uśmiechnięty od ucha do ucha, pijany szczęściem i przejęty do granic całym wydarzeniem. Gregor spojrzał na przyjaciela, jednocześnie przywołując wspomnienie jego twarzy sprzed kilu godzin. Wprost dwie inne osoby! Wtedy wyglądał, jakby wahał się na granicy załamania, panicznie chwytając każdego pocieszenia - teraz promieniał radością i beztroską tak szczerą, że Gregor niemal nie wierzył w istnienie równie jednobarwnych uczuć. Radość bez żadnego ‘ale’, szczęście bez dopowiedzianego w domyśle ‘zawsze mogłoby być lepiej’. Czy kiedykolwiek wcześniej widział coś takiego? Czy Izydor kiedyś był tak szczęśliwy przy nim?
Znał odpowiedź. Była bardzo prosta. Jedno słowo. Trzy litery, które oplotły się wokół jego gardła sprawiając, że na chwilę stracił dech, a łzy napłynęły mu do oczu.
Zamrugał kilka razy, zerkając do góry na wielki, zdobiony żyrandol.

- Mamo! Mamo najukochańsza… - Izydor ucałował dłonie starszej kobiety. Gregor przywitał się elegancko. Pani matka. Znał ją, nie raz rozmawiali zarówno przed jak i po feralnym przedstawieniu na jednym z przyjęć. Od jakiegoś czasu sprawiała wrażenie osoby pokonanej przez los, tragicznie walczącej resztami sił. – Moja piękna Ana poznała w końcu najszczerszego przyjaciela i mecenasa w jednej osobie, Gregora.
- Ponownie błogosławię was po stokroć, mój synu, ale teraz wybacz, mam pilną sprawę do przekazania… Panie Leammiele, mogłabym zająć panu chwilę? – Dystyngowana dama uśmiechnęła się uprzejmie, a Gregor miał wrażenie, że tylko jemu udało się dostrzec lodowany chłód w jej spojrzeniu i przeraźliwą determinację.
- Tak… Ja właściwie…
- Gregorze, zechciałbyś później zagrać dla nas? – zagadnął na odchodnym Izydor. -Ta noc stałaby się jeszcze piękniejsza, a Ana na pewno będzie pod takim samym wrażeniem, jak ja, wiesz jak kocham, gdy grasz… - Leammiele przytaknął, ale nie zrozumiał o co prosi go przyjaciel, myśli za głośno szumiały mu w głowie układając się pojedyncze słowa i urywki zdań.
Oddalił się z panią matką w odosobnione miejsce przy jednym z wysokich okien sali weselnej, pełen miażdżącego przeczucia, że oto zaczął się koniec. Koniec wszechrzeczy. Koniec wyjątkowy i jedyny, po którym nie będzie żadnego początku.
- Panie Leammiele… Ile ma pan lat?
- Dwadzieścia sześć.
- Ile lat ma Izydor?
- Dwadzieścia trzy.
- Od ilu lat się znacie?
- Od piętnastu.
- Od jakiego czasu oni się znają?
- Od… czterech miesięcy.
- A ile czasu są razem?
- D-dwie godziny… - wyszeptał.
- I czy kiedykolwiek przedtem widział go pan tak szczęśliwszego?
Cisza.
- Rozumie pan, do czego dążę, prawda? Jeśli pana uczucie w sercu do mojego syna jest tak silne, jak błysk bólu w oczach, to podejmie pan jedyną słuszną decyzję i podaruje mu spokój, szacunek wśród ludzi i szczęście. – Kobieta na pożegnanie dotknęła jego ramienia. – Wie pan, co to oznacza. - I odeszła.

Godzina 20:38
Drogi Izydorze, cudowna Ano

Choć tak bardzo chciałem cieszyć się z Wami, los przygotował dla mnie inny plan… Dostałem niezwykle ważną depeszę, to wręcz sprawa życia i śmierci, spokoju duszy lub szaleństwa, dlatego z wielkim bólem muszę opuścić Was w tym cudownym dniu. Z całego serca błagam o wybaczenie, jednak serce to postradałbym niechybnie, gdybym pozostał tu choć chwilę dłużej.

PS Przez ten nieszczęśliwy zbieg, drobny upominek, który chciałem Wam podarować osobiście, otrzymacie jeszcze tej nocy. Poślę mego najlepszego jeźdźca.

Wasz
G. S. Leammiele


Czas czerni.
Anno Domini MDCCCLXXXV
Gregor podarował panu młodemu pełne wyposażenie do nowego gabinetu medycznego, wszelakiego rodzaju sprzęty wielkie, ważne, jak i pierdoły ułatwiające pracę, wszystko co tylko udało mu się znaleźć w kraju i poza nim, pannie młodej zaś fonograf i najnowszy model maszyny do pisania. Całość ta opatrzona była pięknie kaligrafowanym, serdecznym listem, w którym jeszcze raz przepraszał za nieobecność na weselu. Potem Leammiele zniknął na dziewięć dni, pozostawiając jedynie lakoniczne wskazówki dla swojej służby (Wyjeżdżam. Zajmijcie się domem. Nie czytajcie mojej poczty. G. S. L.).

Kłamałbym, gdybym napisał, że po powrocie Gregor się zmienił, doznał objawienia, nawrócił… Jedyną widoczną zmianą była zmiana garderoby - bo w końcu wyruszył w wyjściowym fraku, a wrócił bez niego, za to w zwyczajnym, ale ciągle eleganckim ubraniu - kilka zadrapań i dziwny akcent, którego szybko się pozbył. Co robił, gdzie był i jakie to miało dla niego znaczenie? Nie chciał zdradzić, ale następnego dnia, z samego rana pojechał do Izydora pełen nadziei i ekscytacji. Jakże wielkie było jego zaskoczenie i zawód, gdy pani matka wręczyła mu list, w którym jej syn informował przyjaciela, że wyjechali z żoną doglądać remontu i wrócą na wiosnę.
A więc to prawda? To już? Tak o? Stało się? Stracił go? Bez końca świata? Gregor jeszcze żył? Z kosmosu nie spadł wielki meteor i go nie zgniótł? Cały świat nie popadł w rozpacz? Nie słyszał lamentów i zgrzytania zębami? Jęków i zawodzeń? A on sam? Jęczał? Zawodził?
Nie. Odebrał list, podziękował pani matce i zapewnił, że nie będzie nachodził jej syna, obiecał, że do niego nie pojedzie. Rozpacz zaczęła się dopiero, gdy wrócił do swego domu i ogrzewając dłonie przy kominku stwierdził, że powiedział tej kobiecie prawdę. Rzeczywiście nie zamierzał przeszkadzać Izydorowi. Bo co mógł mu powiedzieć? Przyjacielu, zostaw żonę, zostaw dom i wyjedź ze mną w świat, bo złapałem trop, który nie jest wcale pewny, tak naprawdę to wątpię, by nas gdzieś zaprowadził, ale w końcu jest czymś, czymkolwiek po nieznośnej stagnacji? Gregor szczerze zastanawiał się, co może wymagać od Izydora po takim czasie przyjaźni, jakie zobowiązania wynikają i… stwierdził, że nie potrafiłby niczego od niego żądać, że nie może ingerować, skoro widzi przyjaciela szczęśliwego. Wiedział jak mocnym argumentem byłyby pieniądze, które włożył w te ich wspólne eskapady, ale do końca życia nie spojrzałby mu w oczy, gdyby wypomniał coś, co robił dobrowolnie i z wielką przyjemnością.
Więc wyjechał sam, co – jak się później okazało – było dobrym pomysłem, bo eskapada nie przyniosła żadnych sukcesów. Ślepy zaułek. Szczęśliwe jednak było to, że przyjaciołom udało się utrzymać stały kontakt listowny i spotkać, gdy Gregor tylko wrócił do swej willi. Izydor opowiadał z przejęciem, jak postępują prace, że wykonano już wszystko, co można wykonać w zimę i teraz pozostaje czekać na cieplejsze dni. Rozmawiali jak dawniej, planowali, marzyli… tylko siedzieli dalej od siebie i nie wyglądali już przez to samo okno na ogród. Izydora zajmowało planowanie dalszego remontu, zdobycie potrzebnych środków, specjalistów, poza tym zamierzał podjąć dalsze kształcenie w medycynie, Gregor zaś coraz bardziej tracił zapał do samodzielnego prowadzenia śledztwa. Obserwowanie dziwacznego grobu nie przynosiło żadnych rezultatów, pomiary nadal potwierdzały aktywność w okolicy, ale nigdy nie udało mu się niczego jednoznacznie udowodnić, a co dopiero wyjaśnić w naukowy sposób. Miał nieustające wrażenie, że cały coś mu coś umyka, jakiś szczegół, ale jednocześnie klucz do rozwikłania zagadki, do wkroczenia w mroczny świat, którego nauka jeszcze nie rozwikłała, lecz... rzadziej przychodził w tamto miejsce, zaprzestał tropienia zapisków pozostawionych przez innych ‘poszukiwaczy przygód’. Wciągał się w inne lektury, w dyskusje prowadzone wieczorami w barach z przypadkowymi osobami, w wizyty na bankietach, mogłoby się zdawać, że z nadejściem jesieni już całkiem zapomniał o dawnej pasji, którą dzielił z przyjacielem.
Sam Izydor wielokrotnie zapraszał Gregora do nowego domu nie pozwalając przyjaźni popaść w niepamięć, prosił go o pomoc w przeprowadzce i doradzaniu jak urządzić salon czy pracownię ale…

…to wszystko jest tak piękne i tak spokojne, Gregorze. Znalazłem swój Raj na ziemi, znalazłem swoje Niebo, przyjacielu i Ty masz w tym wielką zasługę. Jest jednak we mnie coś, co znika zaraz po pojawieniu się… To dla mnie bardzo krępujące, zapadłbym się pod ziemię, gdyby przeczytał to ktoś poza Tobą. Wiem, że to okrutne z mojej strony, bo narzekać, gdy ma się wszystko, czego może zapragnąć człowiek to szczyt głupoty, nadto radości dostarcza mi fakt, że mogę mą wiedzą, mymi rękami pomagać biednym, leczyć ich, ulżyć w cierpieniach… Jednak często budzi mnie w nocy poczucie, że na mnie czekasz, bo mamy umówione spotkanie, na którym wyekscerpujemy coś niesamowicie ważnego. Nie chciałem też do niedawna przyznawać się nawet przed samym sobą, a co dopiero przed Tobą, ale nie umiem zataić tak druzgoczącego moje sumienie faktu. Wierzę, iż nie wykpisz mojej słabości… Ja coraz bardziej tęsknię do Twej bliskości, do Twojego ciała. Wspomnienia minionych nocy nie raz potrafią pozbawić mnie ochoty na sen. Jednak zaczynam siebie nienawidzić, gdy pomyślę o miłości i zaufaniu, jakimi nieustannie darzy mnie Ana i wiem, że nie potrafiłbym wyrządzić jej tej krzywdy…

Co Leammiele miał odpowiedzieć? Przyjął postawę łagodnego obserwatora, przyjaciela-doradcy, ważąc każde słowo, które trafiało do Izydora. Wiele razy nie udawało mu się powstrzymać wrodzonej namiętności i ognistego charakteru, dlatego napisanie odpowiedniego listu nieraz zajmowało mu dwa wieczory, podczas których dokarmiał płomienie w kominku coraz to nową kopią. Od jakiegoś czasu zaczął kolekcjonować ‘zbyt szczere’ listy i szkice, które mogłoby kogoś obrazić, i tworzyć z nich coś w rodzaju pamiętnika, który zamykał w schowku w swoim sekretnym pokoju.

Anno Domini MDCCCLXXXVI
Czas płynął i Gregor nie mógł uwierzyć, że to już rok… rok, podczas którego nie zdarzyło się nic ekscytującego, nic, co wspominałby z półprzytomnym uśmiechem tuż przed zaśnięciem. Równo rok miał wrażenie, że istnieje zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią, oddychając niepełnymi wdechami, pijąc samą wodę bez smaku i zapachu, oglądając świat jak przez ścianę dymu, czując jakoś nienaturalnie, jakby jego uczucia nie należały do niego, jakby były wypożyczone. Był tu, jako jeden z ważniejszych gości w domu starego przyjaciela, uśmiechał się świętując nowy rok, gratulował pierwszej rocznicy ślubu i ukradkiem, ale oczami pełnymi niedowierzania zaobserwował, że nawet suknie dam są jakieś wyblakłe, nawet jego własny frak, który jeszcze trzy dni temu wydawał się kruczoczarny, teraz stał się szarawy, matowy…

Na wiosnę, obserwując budzącą się do życia naturę, sam czuł się coraz bardziej martwy, błagał los o jakieś wydarzenie, które ponownie nada jego życiu pędu, które jeszcze raz sprawi, że będzie szalał z miłości, płonął z pożądania lub konał z tęsknoty.

Nie wiedział jak szybko jego życzenie się spełni.

Piętnasty sierpnia, godzina 9:18
Telegram od I. E. V. do G. S. L.
Gregorze, to wręcz sprawa życia i śmierci, spokoju duszy lub szaleństwa. Potrzebuję cię. Demony przeszłości materialne. Przybądź. Twój I. E. Vigne

Leammiele dawno nie miał tego dziwnego, niepokojącego wrażenia, że coś jest nie tak, jak być powinno, że istotny szczegół mu umyka… Zbagatelizował je jednak i popędził wołać, by zaprzęgano konie.

Godzina 18:47
- Gregor? Co pan tu… ?
- Ano, wybacz najście… Izydor…
- Tak?
- Czuje się dobrze?
- Tak, tak… takie miałam wrażenie.
- Dostałem od niego niepokojący telegram… naprawdę bardzo niepokojący. – Nie trzeba było dodawać nic więcej, każdy kto choć odrobinę znał Gregora, wiedział, że mężczyzna w poważnych sytuacjach potrafił powstrzymać panikę i musiało być naprawdę źle, jeśli przebył szmat drogi i chciał coś sprawdzić osobiście.
Gdy szedł po schodach na górę, przez jego głowę przetoczyły się najróżniejsze scenariusze, prócz tego, który ujrzał na własne oczy.
- Izydor? Izydor, mój Boże!

Osiemnasty sierpnia, godzina 12:09
- Zebraliśmy się tu po to, aby uczcić pamięć po Izydorze Enre Vigne…

Godzina 13:12
- Rodzina Izydora wybrała, bym to ja wygłosił mowę pożegnalną, jednak nie jest to żaden zaszczyt. Żaden. – Zamilkł na chwilę i powiódł spojrzeniem po zebranym wokół trumny tłumie. Czy tylko on nie miał śladów łez na policzkach? - To jest tragedia. To nigdy nie powinno się zdarzyć. Nie spisywałem wzniosłych myśli, nie wymyślałem uroczystej mowy, ponieważ on by tego nie chciał. Izydor był nam wsparciem w ludzkiej, szarej codzienności, kolorował ją, a to ma większe znaczenie niż najbardziej kwieciste wypowiedzi. On leczył nie tylko ciało, ale i nasze dusze, serca, które teraz w wielkiej części pozostaną puste. Puste. Ja… nie wiem, kim ten człowiek był dla państwa: synem, mężem, sąsiadem czy lekarzem niosącym nadzieję… - Spojrzał kolejno na panią matkę, na Anę i kilka następnych osób, które znał. - …i nie mogę powiedzieć, że wiem, co w tej chwili czujecie, nie mogę kłamać wam w oczy, że ból kiedyś całkiem minie… Dlatego pragnę powiedzieć, co ja sam czuję. Straciłem przyjaciela, człowieka najbliższego mojemu sercu. A bez serca żyć nie można.

TERAZ
Czas szarości.
Dwudziesty pierwszy sierpnia, godzina 23:56
Leammiele przez ostatnią godzinę siedział i dumał nad pustą kartką. Co powinien zrobić? Co napisać?

Dobytek mój zostawiam w spadku Anie Vigne
G. S. Leammiele


Więcej nie trzeba. Odłożył pióro, wziął pistolet, owinął w swój szal, ten sam, którym otarł kiedyś izydorowe łzy i ruszył spacerem w stronę Dunaju. Z każdym krokiem upewniał się w przekonaniu, że to, co nie raz powtarzał, to najszczersza prawda: z każdej sytuacji jest więcej niż jedno wyjście i sami możemy wybrać, gdzie się skierujemy. On wybrał, ale wcale nie czuł się spokojniejszy, nie było lepiej. Chciało mu się płakać, gdy przypominał sobie te wszystkie spacery z czasów, gdy jeszcze żyli: on i jego przyjaciel, ale co by mu to dało? Łzy, rozpacz, rozdzieranie szat, zwracanie na siebie uwagi... Dlatego zaśmiał się mrukliwie, stając pomiędzy jednym a drugim przęsłem któregoś z węgierskich mostów. Przytulił do twarzy miękki, lecz ciężki od ukrywanej w nim broni szal, wdychając po raz ostatni zapach tytoniu zmieszanego z wonią perfum. Papa, wam wszystkim, papa zmysły, papa ludzie, papa bezsenność, papa muzyko i tytoniu! To koniec definitywny. Koniec bez początku.
_________________
 
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-08-17, 18:53   

Zabawna sprawa z tymi wspomnieniami. Są chwile, które wobec mijających lat rozpływają się w ulotne smugi, jak szkice w samych szarościach, mijają mimochodem i człowiek czasami niemal ich nie zauważa. Lecz są i takie, które, gdy trwają, wydają się niesłychanie ważne, wstrząsające życiem w posadach, niemożliwe do zapomnienia. Wżerają się w mózg jak choroba, w bezsenne noce każą analizować się wciąż od nowa, odtwarzane przez bezlitosną pamięć jak katarynka, nakręcana wciąż i wciąż.
A potem przychodzi moment w którym blakną i w pewnym momencie trudno przypomnieć sobie najpierw szczegóły, potem własną motywację, która niedawno jeszcze wydawała się tak oczywista i właściwa. Aż w końcu gubi się ich sens i wydaje się, że te wszystkie nieistotne szczegóły tła zapadły w pamięć głębiej niż to, co poruszało niegdyś do głębi, co toczyło mózg jak ohydny robak.


Aidan czuł, że zapomina.

Pamiętał, zaskakujące wyraźnie, blade jesienne słońce, ledwie rozświetlające jadalnię i smak herbaty, odpowiednio cierpki, pozostający długo na języku, nie rozrzedzony mlekiem. To była doskonała herbata, ze sklepu ojca. „Najlepsza herbata w Londynie”, jak głosił dumnie szyld i jako dziecko Aidan wierzył w to bezgranicznie, niemal przekonany, że jego ojciec zawarł jakiś mistyczny pakt, może z chińskimi bogami herbacianych krzewów i naprawdę sprzedawana przez niego herbata jest najlepsza, nie tylko w Londynie, ale i całej Anglii, ba, na całym świecie!
Jego dziecięca wiara i mnóstwo innych rzeczy, stanowiących istotę szczęśliwego dzieciństwa umarła wraz z ojcem.
Już go prawie nie pamiętał.

Nie pamiętał też tamtej chwili. Poza barwą światła i smakiem herbaty, rzecz jasna, te jednak były takie same przez szesnaście jesieni jego życia i był pewien, że nie zapomni ich nigdy. Nie pamiętał jednak, dlaczego był wtedy taki wściekły, tak bardzo rozczarowany, taki… nieszczęśliwy. Czuł się zdradzony, sprzedany, czuł, że matka go nie kocha jak dawnej, skoro dała się namówić na zesłanie – tak, to odpowiednio słowo – go do Europy. Czuł, że ojczym go nienawidzi, że uknuł cały ten plan, by się go pozbyć, niczym w sensacyjnej opowieści…

Podstępny wicehrabia poślubia zamożną wdowę po handlarzu, by ratować swoją opłakaną sytuację finansową. Pozbyć się musi swojego pasierba, który ma, rzecz jasna wszelkie prawa do schedy po poczciwym nieboszczyku, wysyła więc młodzieńca w podróż przez morze. Morze jest wzburzone, wściekłe, wygłodniałe. Młodzieniec w tajemniczych okolicznościach wypada za burtę, ginie w czasie ataku korsarzy, dociera bezpiecznie na kontynent, lecz i na lądzie czyha tyle niebezpieczeństw – wilki, niedźwiedzie, rozbójnicy, trucizna w winie, dosypana przez niegodziwych krewnych niegodziwego ojczyma. Cóż za tragedia, to nie może skończyć się dobrze!

Bujna wyobraźnia podsuwała najmakabryczniejsze scenariusze, bronił się więc przed podróżą jak mógł, żołądek skręcał mu się w zaciskany strachem supeł gdy wsiadał na okręt, w głowie niczym werbel, nie dając chwili na wytchnięcie tętnił bunt, bunt, bunt…
Nic złego się nie stało.
Niemal nie mógł w to uwierzyć, uparty w swojej urazie, podejrzliwości i buncie, a jednak, istotnie, zadbano i jego wygodę i bezpieczeństwo. Niewinny, młody chłopiec, który pierwszy raz samotnie wyruszył w podróż, bez groźby sztyletu gotowego wbić się w plecy w każdej chwili…
Dla jego dobra.

To dla Twojego dobra synku. Martwiłam się o Ciebie, widząc jak popadasz w tę okropną melancholię, bledniesz i chudniesz. Martwiłam się, że nie dogadujesz się z Richardem, ale wiedz, że on chce być Ci dobrym opiekunem i zapewnić nam opiekę. Jego siostra jest uroczą kobietą, ma synów w Twoim wieku, a Ty potrzebujesz kompani, która być może Cię rozweseli.
Tęsknię za Tobą, lecz jestem pewna, że ta podróż uleczy Twoje zmartwienia. Czekam niecierpliwie na wiadomość, że dotarłeś już cały i zdrów.
Twoja kochająca matka


Nie mógł się na nią wściekać. Gdy już ochłonął, gdy już przekonał się, że cały ten wyjazd nie był najgorszym co go w życiu spotkało blaknące coraz szybciej wspomnienia swojej dawnej złości wydawało mu się śmieszne i niedorzeczne. Jakimż był wtedy dzieckiem! Jakże szalone wydawały się teraz własne przeszłe obawy.
Jak bardzo to wszystko było nieistotne.

Powoli bladło wspomnienie tych pierwszych tygodni. Nie pamiętał już co myślał, spotkawszy po raz pierwszy swoją nową opiekunkę wraz z jej rodziną. Pamiętał za to zimowy Wiedeń, piękny, czarowny, urzekający, pobielony lukrem świeżego śniegu. Pamiętał smak maleńkich, filigranowych słodkich ciastek, pieczonych specjalnie na święta i tak misternie zdobionych, że wydawały się podobne wyrobom mistrzów jubilerstwa.
To wtedy stopniała cała jego niechęć i odważył się przyznać przez samym sobą do tego szokującego odkrycia.
Cieszył się, że wyjechał. Duszenie się w wielkim domu z matką i jej świeżo poślubionym, tak przecież znienawidzonym małżonkiem byłoby katorgą. Chociaż, gdy myślał o tym teraz, może wcale nie miał powodów, by go tak nienawidzić. Szczerze powiedziawszy nie pamiętał nawet, czym Richard tak go do siebie zraził. Najprawdopodobniej tym, że mógł zająć, niezamierzenie przecież, miejsce po hołubionym, rozwiewającym się powoli wspomnieniu ojca.
Z przyjemnością przystał na propozycję Christiny, by pojechać do Budapesztu i spędzić w jej domu kolejne miesiące. Zapewniała go z żarliwą życzliwością, że nie jest ciężarem, do czego zapewne przyczyniały się przysyłane z Londynu pieniądze.
Matkowała mu. Jej właśni synowie byli wszyscy wyżsi od niego, mężniejsi, wszyscy wyglądali doroślej, nawet ten najmłodszy. A on miał wciąż drobną posturę i chłopięce rysy twarzy, nieśmiały nieco uśmiech i posadzony w salonie, z książką w ręku, czytał w oryginale Shakespeare’a lub Byrona, a jego nienaganna dykcja i charakterystyczny akcent obdarzały słowa niezależnym życiem, zmieniając je w miękką, wibrującą w gardle wstęgę Yes! Self – abasement paved the way, to villain – bonds and despot sway.
Nawet kiedy nauczył się języka w stopniu biegłym nadal nie pozbył się tego akcentu, który dla jednych był „dziwny” i „śmieszny”, dla innych natomiast, osobliwie dziewcząt, „uroczy” a nawet „zmysłowy”. To ostatnie, rzecz jasna, przyznawały między sobą teatralnym szeptem, chichocząc za wachlarzami, ale młody mister Gray nie zwracał uwagi ani na dziewczęce chichoty, ani na powłóczyste spojrzenia znad wachlarzy i nie wyglądało na to by prędko jakaś młoda panna mogła skraść jego serce czy choćby jego pocałunek.
Ponad towarzystwo dziewcząt przedkładał swoich nowych kompanów, wodzących po tętniącym nocnym życiem Budapeszcie, a także kolejne kosztowane wina, barwiące rumieńcem zwykle blade policzki, nawet pierwsze drapiące w gardło tchnienia tytoniowego dymu, po których krztusił się i kasłał, budząc głośną wesołość towarzyszy.
Bywały wieczory, z których nie pamiętał wiele, nie pamiętał co pił i jakie piosenki śpiewał, czyje ramię go obejmowały i co ktoś szeptał mu do ucha.
Bawił się przednio.

Nie pamiętał, kiedy zaczęły się te sny.
Nie pamiętał, kiedy po raz pierwszy zerwał się, dysząc spazmatycznie w ciemność pokoju, z sercem tłukącym się rozpaczliwie w klace żeber, tak jakby chciało wyrwać się na wolność ku własnej zagładzie.
Oczywiście, miewał złe sny już wcześniej, chociażby po śmierci ojca, a także jako dzieciak, jak wtedy gdy potajemnie czytał nocami powieść Mary Shelley. Jednak te trwały od jakiegoś czasu, podobne do siebie i uporczywe. Dopiero na Węgrzech, a może jeszcze w Wiedniu? Karmiło je czytanie na głos Giaura, opowieści szeptane nocami, gdy przechodzi koło cmentarza… Służąca, na którą zdrobniale wołano Nela, śliczna dziewczyna gdzieś z wioski ukrytej w łuku Karpat zatroskana podawała mu ciepłe mleko, jakby był nadal małym chłopcem i ze szczerym zmartwieniem opowiadała o najróżniejszych słowiańskich demonach ze swoich rodzinnych stron. Nie potrafił nawet wymówić ich nazw, ale słysząc, ile z nich mogło go nękać czuł jednocześnie rozbawienie i lęk.
Sny pochłaniały go, porywały w swoje zachłanne szpony i nie pamiętał już czasami gdzie jest granica oddzielająca je od jawy.

Śnił mu się chłód, trzaskające zimno, śnieg w którym grzęznął po kolana, próbując iść przed siebie, czy może uciekać, ale całe jego ciało było tak ciężkie, a on czuł się taki zmęczony. Czuł nacisk na krtań, czuł dotyk miękkich ust, prześmiewczo delikatny, czuł jak dławi się wzbierającą w ustach krwią.
Krew. Krew wypełniała wszystkie te sny, co do jednego, wypełniała w nich jego gardło, bulgocząca wściekle, ciekła mu po brodzie, a jemu było tak zimno, lecz nawet ta parująca, gorąca czerwień nie była w stanie go rozgrzać. Żuł, szarpał zębami twarde kawały surowego mięsa, lecz ono próbowało uciekać, a on był taki zmęczony. A potem ciemność zamykała się na nim, otaczając ze wszystkich stron, nie mógł się ruszyć, nie mógł oddychać, ale nie umierał, czuł tylko dojmujący ból.
Ojciec patrzył na niego z trumny – kiedy otworzył oczy? – a potem on leżał w tej samej trumnie, całkiem nagi, do połowy zanurzony w brudnej, czerwonawej wodzie.
Było mu tak bardzo zimno…


A potem przychodził dzień, pełen słońca i tak łatwo było zapomnieć o tych snach. Tak łatwo, jak nie zauważyć, że coś się w nim zmieniało, mimochodem, po cichu. Był może zauważyłby tę zmianę ktoś, kto znał go dłużej, kto znał go naprawdę. Lecz na pewno nie ludzie przed którymi dopiero stopniowo się otwierał, którzy nawet nie zdążyli poznać go tak naprawdę – jak mogli by zauważyć, że coś jest nie tak. Jakże on sam mógł to zauważyć, skoro nie było nikogo, kto mógłby mu to powiedzieć.
Zapominał, jaki był wcześniej.

Czy pamiętał, jak znalazł się właściwie na tym moście?
Nie do końca, trzeba przyznać. Po kilku miesiącach znał miasto tak dobrze, że mógł już spacerować po nim samotnie i tak naprawdę nikt mu tego nie zabraniał. Nie robił tego regularnie, a jednak od czasu do czasu, miewał taki kaprys. Spacerował uliczkami, które już znał i tymi, które były dla niego całkowicie obce, gubił się w plątaninie zaułków by odnaleźć na nowo – i siebie i to miasto. Nie wiedział, co nim wtedy kierował, czuł jednak, że po prostu musi, że potrzebuje tej samotność i długiej, nocnej włóczęgi.
Nie zawsze wszystko pamiętał.
Tym razem nie był pewien jak właściwie uzasadnił swoje upuszczenie winiarni, nagle, w połowie kieliszka. Chyba tym, że po prostu musi się przewietrzyć. Poruszając się z nieco chwiejną gracją, w porozpinanym surducie i poluzowanym, powiewającym swobodnie fularze skierował się w losowo wybraną stroną, nawet nie zwracając uwagi, że ktoś wyszedł wraz z nim.
A potem nagle czyjeś ramię oplotło go w pasie, a usta przycisnęły się do ucha, a on czuł się dziwnie oszołomiony, niezdolny do panowania nad własnym ciałem.
Nie pamiętał, co się tak właściwie działo. Nie dokładnie… Usta, zęby i języki spotykające się gwałtownie, a potem atakujące skórę, wijące się, szukające ucieczki ciało, dziwnie metaliczny posmak w ustach i uczucie całkowitego oszołomienia. W którymś momencie przesunęli się bardziej w głąb mostu, a potem bliżej balustrady, i nagle kątem oka zauważył jakąś postać, stojąca bliżej, niż mógłby się spodziewać – wcześniej nie zauważył nikogo. Odwrócił głowę i wtedy ręce, które do tej pory go trzymały odepchnęły go gwałtownie. Nawet nie wiedział kiedy horyzont fiknął gwałtownego kozła a on sam wylądował na ziemi. Patrzył w niedowierzaniu na oddającą się postać, której nie był w stanie rozpoznać i zastanawiał się długą chwilę co się tak właściwie stało.
Czuł się dziwnie. Kręciło mu się w głowie, ale w inny sposób niż jeszcze przed chwilą, od wina. Otarł usta wierzchem dłoni i z zaskoczeniem przyjrzał się ciemnym śladom na skórze. Czy ugryzł się w język w czasie upadku? To stąd ten metaliczny posmak? Co się właściwie… och.
Bardzo powoli spojrzał na nieznajomego mężczyznę, nie bardzo wiedząc jak zareagować. Miał poczucie, że powinien go przeprosić, chociaż sam do końca nie wiedział za co. Za zakłócanie spokoju? Podniósł się do siadu i uśmiechnął, próbując zamaskować bezmiar zakłopotania jak i własnego niezrozumienia całej tej sytuacji.

Sytuacja musiała wyglądać co najmniej podejrzanie dla obserwatora. Dwie postaci siłujące się w uścisku, ni to napaść, ni kłótnia kochanków, ni to pocałunki, ni to ugryzienia… A potem jedna odpycha drugą, a druga upada, ociera krew z ust i patrzy wzrokiem pełnym niezrozumienia, być może nie widząc na co patrzy. Strój w nieładzie, policzki zarumienione, wargi rozchylone… Wzrok niemal szalony, nierozumiejący, pytający, pijany. Gorejące w mroku oczy wbite w Gregora niemal pytająco, bez poczucia winy z powodu zakłócenia mu możliwe, że najintymniejszej, najbardziej wstydliwej chwili w jakiej można człowieka przyłapać, w którą przecież wdarł się tak niedelikatnie.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Gregor
Melancholik.


Miano: Gregor Sebastian Leammiele
Wiek: 31 lat
Wzrost: 176cm
Ubiór: Czarna koszula z długim rękawem i kołnierzem, czarne spodnie, czarne buty, czarna, cienka rękawiczka bez palców na lewej dłoni, czarna torba, czarne myśli.
Ekwipunek: Telefon, klucze, notatnik, pióro, zapałki, papierośnica i w połowie zjedzona czekolada.
Wygląd: Nie wysoki, nie niski... Zdecydowanie szczupły. Jego ciemne włosy sięgają ramion, nigdy ich nie wiąże. Skóra po lewej stronie jego ciała nosi ślady starych poparzeń, ale nie kręć nosem, i tak tego nie zobaczysz. Złote oczy mężczyzny przeważnie mają w sobie specyficzny błysk bezczelnego wyzwania. Pachnie wiśnią i dobrym tytoniem.
Miłość: 'Don't love if you really want to feel the spiking sense of grey.'
TYP: 7/3
Fabularnie: Fry-wolny
Motto: 'Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia.' S. J. Lec
Dołączył: 05 Sie 2013
Posty: 12
Wysłany: 2013-08-18, 13:32   

To prawda, że chciał być sam. Idąc tu myślał na temat wielu rzeczy, także różnych scenariuszy własnego końca, gdybał nad uczuciami, jakie mogą towarzyszyć umieraniu i nad tym, przez co właściwie tu się znalazł. Kiedy zdecydował? Chwilę temu, na pogrzebie czy może podczas zeszłego sylwestra? Albo tak naprawdę jeszcze nie podjął decyzji i dopiero szedł sprawdzić, czy znajdzie w sobie wystarczająco dużo odwagi i egoizmu? Może jednak zdecyduje się na dalsze trwanie w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią, niczym kwiat zasuszony pomiędzy stronicami księgi, przesiąknięty słodkim zapachem kurzu, bez dawnego kształtu i koloru, ale wciąż przypominający tamte czasy, gdy piękne kwiecie było na wyciągnięcie dłoni?
Wiele razy słyszał o różnych sposobach na odebranie sobie życia, ale zawsze, gdy myślał na temat tej tragicznej decyzji, wiedział, w jaki sposób chce zginąć. Postrzał w serce. Praktyczne, bo bez wątpienia skuteczne i niemal natychmiastowe: nie chciał konać namiętnie dniami i nocami, robiąc tym samym problem otoczeniu, jak ta pizda, Werter, której nie cierpiał. Upadek z mostu do rzeki wybrał głównie przez wzgląd na to, by nie znaleziono jego ciała, nie chciał robić sensacji. Bardziej podobne do niego było zniknięcie, wyparowanie bez śladu, nie ważne jak miałby mocno w sobie dusić chęć wykrzyczenia komuś, gdzie jest. Teraz to nie będzie miało znaczenia, chciał posprzątać po sobie, posprzątać siebie, w końcu wokół tyle chaosu i brudu, a on nawet nie wyrzucał niedopałków po cygarze na chodnik. Poza tym chciał mieć stuprocentową pewność, że nawet jeśli jakimś cudem przeżyłby z kolejną, tym razem fizyczną dziurą w sercu, to dzieła dokończy woda. Prawda, pływał wyśmienicie, ale zerowa wola przetrwania w połączeniu z nurtem Dunaju i raną po postrzale są nie do przezwyciężenia.
Dlatego tu przyszedł, sam jak zawsze, jak zawsze odziany w czerń. Czuł na twarzy drobiny wody porywane wiatrem i słyszał szum. Skrzydlate węże w piekle przygotowywały dla niego powitanie, zieleniły się pod jego stopami i odbijały łuskami błyski odległych latarni. Tak, stał tu i nic się nie zmieniło, nie obudził się, nie spadł na niego żaden kamień z kosmosu, nie objawił się święty albo anioł stróż. Nagle dotarł do niego przerażający, ale jak bardzo mobilizujący fakt: oto dzierży w swych dłoniach życie! Życie kaliber 7,63.
Chciał być sam, bo emocje osiadły na jego skórze i miał wrażenie, że wcale nie ma ubrania, że każdy może dojrzeć jego lęki i marzenia i wyśmiać, wykpić, wytknąć mu najmniejszy błąd, jaki popełnił i powiedzieć, jak byłoby teraz wspaniale, gdyby się nie pomylił. Przecież ludzie tak kochają to robić…
Był pewny, nie chciał niczego innego. Nie chciał odwlekać, po prostu chciał się zabić, bez żadnych przerysowanych gestów, bez rozdzierania szat. Postąpił krok do przodu, stając na skraju mostu, zawiesił szalik na szyi, potem podniósł broń i skierował lufą do serca z taką samą płynnością i zwyczajnością, jak zamyka się drzwi od domu: nie zastanawiasz się nad tym, po prostu wychodzisz… dopóki kątem oka nie dostrzeżesz, że drzwi także na Ciebie spoglądają.
Zamarł w połowie ruchu czując się jak nastolatek przyłapany przez rodziców, dziadków, wszystkie zdziwaczałe ciotki i pięć okolicznych wsi naraz na czymś gorszym niż masturbacja. Nie usłyszał kroków, bo zagłuszała je woda płynąca w dole, ale zobaczył dwie postacie i coś dziwnego, niezrozumiałego, co zaszło między nimi. Gapił się szeroko otwartymi oczami, na chwilę zapominając o własnym istnieniu. Kto to był? To ktoś, kogo znał? Przyszli go ratować? Nie, nie, choć było ciemno, księżyc dostatecznie oświetlił ich sylwetki. Nie znał ich, prawdopodobnie oni jego też nie. Kobieta i mężczyzna? Kłócą się? Gwałt? Morderstwo? Och, a co go to obchodzi! Nie chce wtrącać się do czyjegoś życia, tak jak nie chce, by ktoś w tej chwili wtrącał się do jego!
Chwycił mocniej broń i już ogarniał go ten paraliżujący dreszcz nieuchronności, gdy znów dostrzegł coś niepokojącego i poczuł przeklęte uczucie przegapiania istotnego szczegółu!
Zaśmiał się nerwowo. Patrzyli się na siebie i trudno ocenić, w oczach którego widniało większe niezrozumienie.
Leammiele drgnął, w pierwszym odruchu chcąc podejść do nieznajomego (albo nieznajomej, nie był pewny, czy to chłopiec czy młoda dama przebrana za chłopca) i udać, że u niego wszystko w jak najlepszym porządku, pomóc wstać i zapytać, czy w czymś pomóc, a potem spławić. Ale krew? Boże… Krew na ustach? Czego właściwie był świadkiem? O co chodziło?
Przemógł się i zbliżył ostrożnie do tego dziwnego kogoś, po chwili żałując, że się ruszył. Nie taki przecież był plan! Obcasy butów stukały o podłoże, a on w tej chwili był tak spięty, że wyczulenie na jakiekolwiek bodźce sięgało zenitu, własne kroki brzmiały mu w uszach jak uderzenia młotem… A może to serce tak mu tłukło w piersi? Nogi miał jak z waty, twarz dosłownie kredowobiałą i wilgotną od potu i bryzy, oczy podkrążone i matowe jak u człeka poważnie chorego, trawionego przez wysoką gorączkę. Nawet uśmiechnął się nieprzytomnie, bez powodu, łagodnym gestem wyciągając do chłopca rozdygotaną dłoń i krańcem szala wycierając smugę krwi z jego brody. Oddychał głośno i drżąco, a broń przyciskał do siebie kurczowo, chwilowo o niej zapominając. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, wytłumaczyć się albo chociaż udać, że nic nie widział, ale nie umiał ani mówić, ani pozostać biernym.
_________________
 
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-08-23, 16:57   

Co właściwie zaszło? To było dobre pytanie, bardzo dobre pytanie w tym właśnie momencie i wydawało się być zupełnie prostym. A jednak odpowiedź pozostawała odległa i niejasna, niedosiężna nawet dla zaangażowanego uczestnika owego zdarzenia. Może ktoś, może tamten... tak, on mógł to wiedzieć, ale wcale przecież nie musiał, może w jego ucieczce było tyle samo paniki i dezorientacji ile odczuwał Aidan, nadal rozciągnięty na ziemi jak porzucona zabawka i czekający sam nie wiedząc na co właściwie czeka. Gdyby spotkali się jeszcze kiedyś, gdyby jakimś szczęśliwym trafem go rozpoznał – chociaż przekonany był, że nie rozpozna – mógłby zapytać. Co się stało, dlaczego się stało i czy ty wiesz, tajemniczy nieznajomy, co się właściwie dzieje? I czy działo się tu już wcześniej?
Nie pamiętał. Coś jednak kazało mu się zastanawiać, coś budziło ten wewnętrzny niepokój, lecz mogłoby być nadal tylko urojeniem? Może śnił o tym i dręczyło go tylko wspomnienie snu, a może to wspomnienie, niewyraźne, ukryte głęboko w najciemniejszych zakamarkach duszy przywołało ten? A może śnił nadal? Czy to mógł być tylko senny majak? Tak realistyczny, że czuł? Czuł swoje ciało, twarde podłoże pod plecami, doskonałą iluzję pokrywającego most bruku, ale nie czuł zupełnie otoczenia, nie wiedząc gdzie jest lewo, a gdzie prawo, gdzie góra a gdzie dół, czy patrzy w nocne niebo czy w jego odbicie w powierzchni wody? Bo woda był tu na pewno, czuł jej zapach. W ogóle czuł zapachy bardziej wyraźnie, intensywnie niż zazwyczaj. Czy sen może omamić umysł iluzją zapachu? Nie, chyba nie może...
Przyjął wyciągniętą do nieco pomocną dłoń, a ciało podźwignęło się do pionu jakby bez udziału woli – mruknął tylko i nagle stał, nie wiedzieć kiedy, a ten nieznajomy mężczyzna ocierał jego twarz z... z czego właściwie? Metaliczny posmak krwi utrzymujący się w ustach sprawiał, że młodzieniec miał ochotę splunąć na ziemię, byle tylko się go pozbyć, tak jak morderca pozbywa się narzędzia zbrodni, wrzucając do rzeki sztylet bądź... Och.
Och. Dopiero teraz zauważył, co odziany w czerń mężczyzna trzyma w dłoni. Wpatrywał się w przedmiot długą chwilę, jakby nie widział nic podobnego nigdy wcześniej. Jakby nie dowierzał w to, co widział. Na czym właściwie go przyłapał? Nie, nie przyłapał, przecież tak naprawdę nic nie widział – tylko tę broń, nie wymierzoną przecież w niego, a jednak wywołującą nieprzyjemne poczucie dyskomfortu, nagłego, niespodziewanego zagrożenia. A także ulotny, lecz jakże przecież miły dreszcz.
- Przepraszam... – wykrztusił, niemal dławiąc to jedno proste słowo wyostrzonym nagle obcym akcentem.
Nie wiedział, za co przeprasza. Za dwuznaczne sceny w miejscu publicznym, za przeszkodzenie mężczyźnie w tym co robił, cokolwiek by to nie było, za to, że zobaczył pistolet, za to, że w ogóle tam był? A może za tę krew na ustach, za rozwiązany fular? Za niedowierzający, pytający wzrok, zbyt natarczywy by można go uznać na uprzejmy, nawet przy imponujących pokładach dobrej woli? A człowieka z bronią lepiej było nie posądzać o nadmiar dobrej woli, tak będzie zdecydowanie bezpieczniej.
Mógł być uprzejmy, troskliwy nawet wyciągnąć ku niemu pomocną dłoń, równie metaforycznie jak i zupełnie dosłownie, ale nadal był obcy, a obcy był podejrzany z samej zasady. Podejrzane było, że nie odezwał się jeszcze ani słowem, że był tutaj sam, jego blada twarz, nienaturalnie blada, kontrastująca z cieniami pod oczami i w końcu same oczy. Pierwsze skojarzenie jakie przywodziły na myśl to „oczy szaleńca”. Bardziej niepokojące, niż broń w jego dłoni. Dlaczego patrzył na niego w milczeniu, na co czekał? Pod wpływem tego spojrzenia Aidan drżał delikatnie, kiedy zimne dreszcze pełzły powoli po linii jego kręgosłupa, rozprzestrzeniając chłód niepokoju na całe działo i unosząc włoski na karku. Uczucie sprawiające, że ciało trwało w odrętwieniu, a umysł pędził jak szalony po coraz to mroczniejszych torach, dalekich od światła rozsądku i z impetem wpadał w sidła w kolejnych absurdalnych wyobrażeń. Przez chwilę był gotów uwierzyć, że już go kiedyś widział, że go zna, ale o tym też nie pamięta.

Drażniące poczucie tych białych, jakby przeżartych na wylot plam w pamięci. Teraz, stojąc na tym moście odczuwał je z całą siłą, przenikające na wskroś, niepokojące, sprawiające, że sam nie wiedział, czy powinien się bać tego nieznajomego mężczyzny czy też odczuwać na jego widok ulgę.
Coś, jakaś zbuntowana, niezależna część jego osoby, od tygodnia zamykała jego wspomnienia w ukryciu, konsekwentnie rzucają kluczyki w nurt rzeki czasu. A w tej chwili cała reszta chciała rzucić się w zburzoną toń i próbować je odzyskać. Ale bał się, że utonie, słyszał przecież ten ryk toczącej się do przodu kipieli, nieustanny szum wdzierał się w jego głowę, obiecując katusze...


Dunaj szumiał w tle, irytująco, nieustannie, ale cicho, muskając ledwie krawędź jego świadomości. Ale nieznajomy nadal milczał i chłopak czuł się coraz bardziej niezręcznie, coraz dziwnie, zastanawiając się czy to może on powinien coś odpowiedzieć.
Przepraszam – powtórzył. - Czy ja pana znam?
Było to chyba najbardziej idiotyczne pytanie, jakie mógł zadać, ale nie przyszło mu do głowy nic bardziej błyskotliwego.
A najpewniej, to w ogóle nie powinien z nim rozmawiać, tylko uciec, zanim ten szaleniec zreflektuje się, że powinien go zastrzelić.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Gregor
Melancholik.


Miano: Gregor Sebastian Leammiele
Wiek: 31 lat
Wzrost: 176cm
Ubiór: Czarna koszula z długim rękawem i kołnierzem, czarne spodnie, czarne buty, czarna, cienka rękawiczka bez palców na lewej dłoni, czarna torba, czarne myśli.
Ekwipunek: Telefon, klucze, notatnik, pióro, zapałki, papierośnica i w połowie zjedzona czekolada.
Wygląd: Nie wysoki, nie niski... Zdecydowanie szczupły. Jego ciemne włosy sięgają ramion, nigdy ich nie wiąże. Skóra po lewej stronie jego ciała nosi ślady starych poparzeń, ale nie kręć nosem, i tak tego nie zobaczysz. Złote oczy mężczyzny przeważnie mają w sobie specyficzny błysk bezczelnego wyzwania. Pachnie wiśnią i dobrym tytoniem.
Miłość: 'Don't love if you really want to feel the spiking sense of grey.'
TYP: 7/3
Fabularnie: Fry-wolny
Motto: 'Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia.' S. J. Lec
Dołączył: 05 Sie 2013
Posty: 12
Wysłany: 2013-08-30, 22:46   

Każdy chyba nie raz miał tak, że zbiegi okoliczności wydawały się mało przypadkowe, wprost prosiły o przypisanie ich istnienia jakiejś sile wyższej… I nie myślę tu o Bogu (bo nawet jak Leammiele był mały i nie miał do końca wyklarowanego własnego spojrzenia na świat, to ich relacje –Boga i dziecka - polegały na dokuczeniu sobie i zabawie ‘co mi zrobisz, jak mnie złapiesz, wszechwiedzący cwelu’… teraz jest pozornie łatwiej, Gregor i Bóg od dawna w siebie nie wierzą), chodzi raczej o los, przeznaczenie albo inny rodzaj niespersonifikowanej siły, mającej sposobność planowania czy ingerowania w ludzkie życie.
Nagle go coś tknęło. Miał ochotę przysiąść na ziemi i dumać nad zagadkowością całego zajścia. Po czasie zastoju, wszystko ruszyło z kopyta, ale w zastraszająco morderczym kierunku… i nagle jak w jakiejś bajce, pojawił się książę na białym rumaku, ratując księżniczkę przed rzuceniem się z zamkowej wierzy, przypadkowo, co prawda, jednak to też się liczy. Ale, ale! Czy to możliwe, że doszczętnie oszalał, a jego umysł w ostatnim akcie desperacji osnuł się woalem nieistniejących wizji? Albo strzelił i umarł, a teraz śni piękne sny w zaświatach?
Zaśmiał się gorzko do swoich myśli. Bzdury! Jakże głupia wydawała mu się własna rozpacz, smutek tak przeciętny i ta cała samotność - na którą sam się zgodził - tak pusta i zwyczajna! W życiu widział więcej ludzi zrozpaczonych niż szczęśliwych, więcej zaginionych niż odnalezionych. Sam chciał dołączyć do policyjnego spisu potencjalnych samobójców, nie widząc innej drogi… Tymczasem… Łubudu! Droga sama się zrobiła, jak dziura w zrujnowanym murze. Ach, i ten powiew świeżego powietrza! Rześka pustka, często pomocna jak wiatr, ale nieraz niszcząca. Pięknie! Emocje wypełniały go jak nieokiełznany żywioł. Czujesz to, Leammiele? Straciłeś wszystko, co najcenniejsze więc możesz bez obawy ryzykować! Szafować życiem!

Wprost nie posiadał się z radości, słysząc jego głos. Chłonął każde pojedyncze słowo i wyszukiwał jakichś odstępstw od normalności.
Akcent, tak, tak, sposób mówienia, siła głosu, ewentualne zawahania, zawieszenia, kiedy wziął wdech, jak oddychał…
Gregor szybko pokręcił głową rozgorączkowany, dając tym samym znak, że się nie spotkali.
- Nie, nie, chyba nie, nie… - W duchu obiecał sobie, że przy najbliższej okazji zapyta go, czemu to tak ważne, ale teraz musiał, musiał…! Niegrzecznie zbył to pytanie, samemu natychmiast zadając inne.
- Jest pan wampirem? – Tak! To cisnęło mu się na usta. Musiał powstrzymywać się z całej siły, by nie zacząć skakać dookoła nieznajomego i szukać odstępstw od typowego człowieczego wyglądu. Był pewny tego, co wywnioskował, nawet przez myśl mu nie przeszło że może się mylić i cała euforia stanie się kolejnym tęczowym gwoździem do bezbarwnej trumny.
Wolną dłoń zacisnął na lufie broni, cały czas nie kojarząc, że ten kawałek metalu nagrzanego ciepłem jego skóry jest śmiercionośnym narzędziem.
_________________
 
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-09-01, 16:46   

Chwila ciszy w oczekiwaniu na odpowiedź ciągnęła się niemiłosiernie. Czas odmierzał własny oddech, przyspieszony i płytki, którym niemal się krztusił. Odpowiedź wydawała się być bez znaczenia, a cała sytuacja – przypadkowa, jak to spotkanie na moście, a jednak, nie wiedzieć kiedy, powietrze zgęstniało od napięcia. Może dlatego jego płuca nie chciały przyjmować go normalnie, jakby nagle oddychanie stało się mnie oczywiste, mniej bezwiedne. Wpatrywał się w usta nieznajomego mężczyzny, nagle bojąc się przegapienia odpowiedzi. A gdy nastąpiła – chyba trochę go uspokoiła. Odetchnął jakby głębiej, by zaraz ponownie zachłysnąć się dziwnie obcym smakiem tlenu, kiedy zauważył ten moment, w którym rozmówca już wiedział, że odezwie się ponownie, ale jeszcze nie wypowiedział ani słowa.
Zadał własne pytanie, które zaskoczyło Aidana tak bardzo, że nieomal się roześmiał. Czuł już histeryczny, pełen bezbrzeżnego zdumienia chichot budzący się w trzewiach i wzbierający w gardle, zanim jednak zdążył wcisnąć się na usta został zdławiony lękiem, widokiem lufy odbijającej blask gazowych latarni, zwodniczo niepozornej. Przełknął ślinę wraz ze zdradzieckim, dławiącym go rozbawieniem, po czym zdobył się na uśmiech, niepewny i przepraszający, niemal zakłopotany. Zerknął pospiesznie ma dłonie mężczyzny, trzymające broń, ale w żadnym calu nie wyglądające na dłonie mordercy zanim odważył się cokolwiek powiedzieć.
- Przepraszam… – powtórzył po raz trzeci, jakby próbując tym jednym słowem zaklinać rzeczywistość, przebłagać los, który w każdej chwili mógł sprawić mu bardzo niemiłą niespodziankę. - …czy pan sobie ze mnie żartuje?
Śmieszyłoby go może bardziej, gdyby żartowniś nie był uzbrojony. I gdyby nie niepokojące podejrzenie, że wbrew pozorom to było poważne pytanie.
- Nie jestem, oczywiście – dodał pospiesznie, tak na wszelki wypadek, tłumiąc przeczucie, że jego odpowiedź może nie mieć znaczenia.
Tak, jak jego rozmówca nie mógł mieć pewności, że chłopak nie kłamie, tak on nie mógł wiedzieć czy zostanie obdarzony zaufaniem. Nie wiedział, czy powinien właściwie na nie liczyć. Skąd właściwie takie podejrzenie? Czy naprawdę miał do czynienia z szaleńcem? Czy ten pistolet był mu potrzebny właśnie by strzelać do wampirów? Srebrna czy też poświęcona kula miała tę wadę, że odpowiednio wymierzona mogła każdego odesłać do przytulnej trumny, a nie było do miejsce do którego Gray szczególnie by tęsknił. Właśnie dlatego patrzył z przestrachem i wyczekiwaniem, nadaremnie starając się uspokoić oddech, nadal ze zmierzwionymi włosami i lekko drżącymi dłońmi.
Czy naprawdę wyglądał jak powstały z grobu umarły? Z jednej strony mogło się to wydawać niedorzeczne, ale odrobina podszytej podejrzeniami wyobraźni mogła zmienić ten obraz. Odebrać tej odrobinie krwi rozmazanej na wardze racjonalne przyczyny, zwrócić uwagę na bladość skóry, nie tłumacząc jej po prostu jasną karnacją, ocenić młodą twarz jako pozór jedynie. Blask słońca mógłby zniszczyć wszelkie złudzenia, ale noc pozostawiała miejsce dla domysłów i niepewności. Rozszerzone emocjami i półmrokiem źrenice pożerały całkowicie niewinny błękit tęczówek, lecz czy wyglądały tak, jakby spojrzały już na drugą stronę śmierci?
Błądziły nerwowo od oczu i ust do dłoni stojącego naprzeciw szaleńca, który mógł się okazać nie bardziej szalony niż on sam… ale mógł tez zrobić cokolwiek. A cokolwiek, dopóki nie wiadome byłoby niewiarygodnie wręcz fascynujące.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Gość

Wysłany: 2013-09-09, 02:14   

Jego pierwszą, instynktowną myślą było: nie ważne! Nawet jeśli to nie wampir, to obserwowanie takiego zajścia jest chyba jednym z największych naszych postępów w sprawie! W końcu stało się coś niespotykanego, niepokojącego, nieludzkiego! I to na oczach Gregora! Boże, żeby tylko nie stracił z chłopakiem kontaktu w jakiś głupi sposób, żeby nie zawiódł! Niech tylko powie Izydorowi, że…!
Drugie przyszło przejmujące, nieprzyjemne uczucie. Leammiele aż skrzywił się i lekko pochylił. Miał wrażenie, że ktoś kopnął go w przeponę albo wbił w brzuch rozżarzony pręt.
Nic już nie powie Izydorowi.
Trzecia była - tak nietypowa dla niego - myśl, że aż sam się zdumiał. Zabić mogę się w każdej chwili. Doprowadzę to tak daleko, jak tylko będę umiał. Izydor by tego chciał.
Uśmiechnął się, lecz tym razem nie był to uśmiech rozgorączkowanego młodego mężczyzny, robiącego niewiadomo co, chwytającego się brzytwy, byle tylko nie zwariować. Ten chłopiec zniknął gdzieś, strzelił sobie w serce i utonął w Dunaju. BUM! Teraz Gregor wydawał się przynajmniej dziesięć lat starszy i nieludzko zmęczony, do tego miał przed sobą cel, nie marzenie, teraz wystarczyło tylko wytrwać. Bo co innego mu pozostało?
Który z tych dwóch Gregorów z bronią wydawał się bardziej niebezpieczny?
Tym razem dotarło do niego, że chłopak co i rusz spogląda na coś w okolicach gregorowego pasa… Coś było nie tak? Coś niepokojącego? Aha! Nie, spokojnie, to tylko naładowana i odbezpieczona broń w jego niepewnych rękach. Bez słowa zabezpieczył ją nadzwyczaj sprawnym ruchem jak na tak rozdygotane dłonie i wsunął lufę za pasek, przy lewym biodrze. Doszło do niego jak przez mgłę, że poczuł fakturę metalu wyjątkowo wyraźnie… Dlaczego? Ach! Rękawiczka. Nie założył jej. Niech to szlag! Jeszcze chwilę temu nie miał po co zabezpieczać się w ten sposób, teraz zaś… Zacisnął usta. Och, słabości, nie teraz, rozkazuję wam!
Zaplótł ramiona na piersi i wbił spojrzenie w oczy nieznajomego. W tej chwili był już zupełnie spokojny, zdystansowany, dzielnie zwalczył całe pokłady uczuć, które jeszcze przed chwilą szalały w nim jak niszczycielski tajfun. Jedynym znakiem gorączki była bladość, spierzchnięte usta i chorobliwy błysk w oczach.
Powoli nabrał do płuc powietrza.
- Przybył pan tu pośród nocy, tonąc w uściskach i w pocałunkach z tajemniczą postacią, którą spłoszyła sama moja obecność… - Wykonał gest dłonią i kontynuował. – Został pan porzucony wie eine Marionette, z krwią na ustach, zdezorientowany… widziałem to… i jeszcze coś, ale pozostawię ten szczegół dla siebie, by pana nie zmieszać jeszcze bardziej. Tak. – Zmarszczył brwi. – Żartuję. Oczywiście. – Uśmiechnął się, niespecjalnie siląc na ukrycie ironicznej pobłażliwości.
Westchnął i pokręcił głową. Właściwie po co on to mówi? To bez sensu. Dopiero teraz przestał wpatrywać się w chłopaka, dosłownie wbijając w niego roziskrzone spojrzenie i rozejrzał się, bardziej w celu rozładowania napięcia, niż chęci podziwiania nocnego landszaftu. Wszystko wydawało się być w jak największym porządku: latarnie paliły się, Dunaj płynął, gwiazdy przysłaniane były coraz to gęstszą warstwą chmur... Nawet ta postać przypatrująca się im z zacienionego miejsca wpasowała się w mroczny i budzący jakiś bezpodstawny niepokój krajo… Postać?
- Och, i widzę, że mamy równie zwyczajne towarzystwo… - mruknął. Chwycił broń i płynnym ruchem schował ręce do kieszeni, dłonią nakrywając pistolet. Czy byłby w stanie strzelić do tego kogoś? Miał nadzieję, że nie będzie musiał sprawdzać...
Uderzyło go nagle dziwne przekonanie, że gdyby przyszło co do czego i ktoś chciałby zrobić krzywdę któremuś z nich – prędzej stanąłby w obronie chłopaka, niż samego siebie, ale i tak, kto wie, czy nie pozwoliłby, żeby wszystko popędziło własnym torem… ?
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-09-11, 09:14   

Uważnemu, niemal natarczywemu spojrzeniu nie mogła umknąć pewna zmiana, która dokonała się na twarzy mężczyzny i w jego rozpalonych, jakby jakimś dziwnym, niekoniecznie fizycznym rodzajem gorączki oczach. Wyglądał, jakby podjął jakąś decyzję, jakby jego zagubienie przekuło się w żelazną determinację. Jeśli wcześniej go niepokoił, co było logiczne w przypadku spotkania szaleńca – tak teraz stał się przerażający w o wiele bardziej racjonalny, pewny sposób. Fakt, że zabezpieczona broń spoczęła spokojnie przy jego biodrze również nie pomógł. To było jak oznaka pewności siebie i słusznie, w końcu chuderlawy, niski chłopiec, dodatkowo upojony winem nie był żadnym zagrożeniem.
Aidan czuł, że blednie pod wpływem tego przeszywającego spojrzenia, nie wiedząc zupełnie czego może się spodziewać, przypuszczając jednak, że niczego dobrego.
Słowa nie pomogły, ani trochę. Nie były ani odrobinę uspokajacie, nie wiedział o co nieznajomemu chodzi, a na wzmiankę o pocałunkach dla odmiany zarumienił się delikatnie. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć, co jeszcze zauważył ten mężczyzna. Jeśli to faktycznie był żart, młodzieniec zwyczajnie go nie zrozumiał. Nie czuł ani odrobiny rozbawienia. Był tylko zdezorientowany jeszcze bardziej niż przed chwilą, nie śmiał jednak prosić o jakiekolwiek wyjaśnienia. Choćby nie wątpił w ich ewentualną racjonalność i tak miałby poczucie, że niewiele by pomogły.
- Obawiam się, że trochę przesadziłem z winem – przyznał w zakłopotaniu, uznając to za jedyne wytłumaczenie swojego oszołomionego stanu i w ogóle tego całego pojawienia się.
Niewinna niepewność w jego głosie sugerowała płaczliwie, że naprawdę nie wie o co w tym wszystkim chodzi, że on nie chciał nic złego, nie chciał w ogóle się tu pojawiać i rozumie, co się właściwie stało.
Niemal odetchnął z ulgą, kiedy to przenikliwe spojrzenie przeniosło się z jego osoby gdzieś w bok, cofnął się nawet o pół kroku, najwyraźniej nie pragnąc niczego innego jak stąd uciec.
- Słucham? – wzdrygnął się lekko na dźwięk głosu i widok ponownie dobywanej broni, a potem sam zauważył, że istotnie, ktoś ich obserwuje.
Zrobiło mu się zimno, cofnął się więc jeszcze odrobinę, zerkając przez ramię w stronę z której przyszedł.
- Naprawdę lepiej będzie jeśli już sobie pójdę… - westchnął trwożnie, pewien nadziei, że ten szaleniec o nim zapomni, przerzucając uwagę na ową tajemniczą postać, wyłaniającą się z cienia.
Coraz bardziej upewniał się w założeniu, że nie powinno o tu być, że wplątał się w jakąś przedziwną sytuację, w której nie było dla niego miejsca, że przebywa wśród szaleńców i sam zaczyna ulegać omamom, bowiem lęk, który odczuwał nie miał wiele wspólnego z rozsądkiem. Był przekonany, że gdyby teraz dane mu było odejść jak najszybciej i znaleźć się z własnym łóżku, nadejście kolejnej mgły niepamięci przywitałby z ulgą. Wiedział, że będzie go to wszystko niepokoić jeszcze długo, tak samo jak rozbudzone słowami mężczyzny wspomnienie obcych ust przyciśniętych do jego skóry. Czuł się trochę jakby wypaliły na nim piętno, uniósł więc dłoń do szyi, skóra której dotknął była jednak gładka i nienaruszona, jakby nikt jej nigdy nie dotykał.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Gregor
Melancholik.


Miano: Gregor Sebastian Leammiele
Wiek: 31 lat
Wzrost: 176cm
Ubiór: Czarna koszula z długim rękawem i kołnierzem, czarne spodnie, czarne buty, czarna, cienka rękawiczka bez palców na lewej dłoni, czarna torba, czarne myśli.
Ekwipunek: Telefon, klucze, notatnik, pióro, zapałki, papierośnica i w połowie zjedzona czekolada.
Wygląd: Nie wysoki, nie niski... Zdecydowanie szczupły. Jego ciemne włosy sięgają ramion, nigdy ich nie wiąże. Skóra po lewej stronie jego ciała nosi ślady starych poparzeń, ale nie kręć nosem, i tak tego nie zobaczysz. Złote oczy mężczyzny przeważnie mają w sobie specyficzny błysk bezczelnego wyzwania. Pachnie wiśnią i dobrym tytoniem.
Miłość: 'Don't love if you really want to feel the spiking sense of grey.'
TYP: 7/3
Fabularnie: Fry-wolny
Motto: 'Można zamknąć oczy na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia.' S. J. Lec
Dołączył: 05 Sie 2013
Posty: 12
Wysłany: 2014-01-02, 20:15   

Gregor - na szczęście biednego chłopca - rzeczywiście skupił się na postaci obserwującej ich z odległości. Był tak wciągnięty w to co się działo, że gdyby most zaczął się walić, zauważyłby, że coś jest nie tak dopiero, jakby przygniotło go jakieś przęsło. Wydawało mu się, że cień dookoła tajemniczej sylwetki się rozmywa, po chwili jednak wywnioskował, że... niech to szlag! On tu idzie!
Leammiele drgnął, jakby miał zamiar rzucić się do ucieczki, nigdzie jednak się nie ruszył. Westchnął uspokajając oddech, gdy uświadomił sobie, że dyszy jak po przebiegnięciu maratonu. Co się z nim działo? Cholerny świat. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, postać była już na tyle blisko, by dało się dostrzec drobniejsze szczegóły wyglądu. W pierwszej chwili Gregor pomyślał, że nieznajomy bardzo gustownie zawiązał szal i wypolerował guziki płaszcza, bo błyszczały się jak rząd upiornych oczu bez źrenic. Coś jeszcze? Och, tak, on na pewno nie podszedł bliżej by pochwalić się kunsztem swojego krawca. Gdyby nie skupiać się na aparycji tylko na zamiarach, jegomość przestawał być aż tak zachęcający. Bo Gregor wiedział z kim miał do czynienia. Wiedział. Nie potrzebował żadnego potwierdzenia swoich przypuszczeń. Był szalony, nie głupi! Tymczasem dało się już usłyszeć rytm wybijany przez podeszwy jegomościa o podłoże. Albo ten most był mniejszy niż się na początku wydawało albo czas stanął w miejscu. A może go sparaliżowało? Cokolwiek by nie powiedzieć, aura roztaczana przez mężczyznę była przytłaczająca. I to jego spojrzenie!
- Żałobniku! Gdzie twa jutrzenka? Nie lękasz się, że złożą cię obok niego? - zawołał, wskazując Gregora oszczędnym gestem dłoni, potem stracił nim zainteresowanie, pomachał do najmłodszego uczestnika tej całej farsy, posłał mu buziaczka przyspieszając kroku, wyglądał jak wyleniały kot szykujący się do skoku. Leammiele zdołał już odzyskać rezon, tymczasem słowa jakie teraz poslyszał ponownie wytrąciły go z równowagi. Jakim prawem ten śmieć śmie wspominać Izydora i to jeszcze w bezczelny sposób używając tego zwrotu!
- Jutrzenka moich niebios spadła utrącona palcem marionetki, która teraz skona. Widzisz - nie mam czego stracić, życiem swym szafuję. Zetnę lalce sznurki, niech odpokutuje!

Wydobył broń z kieszeni, wymierzył i strzelał raz za razem, dopóki nie opróżnił całego magazynka.
_________________
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,31 sekundy. Zapytań do SQL: 7