Uwaga! Hosting Webplus konczy dzialalnosc z dniem 31.07.2019r. Wiecej informacji tutaj.

Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Dach Budynku.
Autor Wiadomość
Isaiah
Skrzypek na dachu


Miano: Isaiah Janvier de Valtteri
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Izzy...
Klasa: 13th B
Wzrost: 182 cm
Ubiór: T-shirt w paski, narzucona na plecy szara kurtka. Dżinsy, przetarte trampki- taki standardowy standard.
Ekwipunek: Scyzoryk w kieszeni, skórzana, mocno wysłużona torba, pokaźny plik nut i futerał ze skrzypcami.
Wygląd: Rozwichrzona, jasnozielona czupryna, zaspany wyraz twarzy. Wysoki, smukły, porusza się z niewymuszoną gracją tancerza. Od czasu do czasu przeczesuje włosy smukłymi palcami; taki nawyk, którego nie zdołał się pozbyć.
TYP: fifty-fifty
Fabularnie: Zajęty
Motto: Niemożliwe to nie fakt. To tylko opinia innych...
Multikonta: niet
Dołączył: 30 Kwi 2013
Posty: 16
Wysłany: 2013-05-12, 14:42   

Nie ma problemu =)

Fakt, Isaiah należał do ludzi zmiennych. Jednak bynajmniej nie można było go przy tym zaliczyć do niezdecydowanych. Chłopak doskonale znał samego siebie, a co za tym idzie- wiedział, czego chce od życia i nie bał się wyciągać po to rąk. Pomagała mu w tym pewność siebie, nad którą pracował stosunkowo długo i ciężko. Trudno wyrwać się spod cienia wyidealizowanej sylwetki własnego brata, na jakimś zadupiu, gdzie nawet diabeł nie mówi „dobranoc”. Tak, tak, posiadłość jego rodziny, mimo że miała w miarę przystępną lokalizację, oddalona była znacząco od innych, bliższych jej siedzib ludzkich. Izzy nie pamiętał, by jako dzieciak kiedykolwiek ją opuszczał. Izolacja nie ma prawa działać dobrze na świeżo kształtujący się charakter. Poznał świat i rządzące nim reguły dopiero wtedy, kiedy zdecydował się opuścić swoją piękną klatkę. Decyzja ta była niełatwa i wymagała sporych pokładów odwagi od chuderlawego chłopaczyny, który od niemowlęcia przyszyty był do maminej spódnicy. Jego pierwszy samodzielny, niezależny krok. Później bywało różnie. Raz gorzej, raz lepiej, ale zielonowłosy nauczył się zbyt wiele, by mógł narzekać. Dlatego też nigdy tego nie robił. Siedząc na dachu w towarzystwie tego wyjątkowo zagadkowego chłopaka zdał sobie sprawę, że wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Mógł na przykład wcale nie trafić do tej interesującej szkoły. Mógł. Ale trafił. Na jego twarz wpłynął pogodny uśmiech. Splótł ręce za głową i położył się, nie prostując nóg. Nietrudno się domyślić, że był optymistą. Uważał, że bycie kimś innym po prostu się nie opłacało. Spod przymrużonych powiek spokojnie spoglądał na Rata. Dla postronnego obserwatora jego zachowanie mogłoby wydać się dziwaczne, ale zielonowłosy taki już po prostu był. Deczko zbzikowany i bardzo bezpośredni.
- Dla chcącego nic trudnego. Gdyby ci zależało, to byś poszukał- fuknął. Głupie pytanie? Dobre sobie! Nie ma głupich pytań. Są tylko te mniej lub bardziej pozbawione sensu. Izzy zmarszczył brwi, ale rozpogodził się niemalże od razu, gdy tylko jego spojrzenie odnalazło przyjemny błękit nieba. Wpatrywał się weń przez chwilę, od czasu do czasu zezując w kierunku Jacoba. Jego opanowanie zaczynało coraz bardziej skrzypka nurtować. Co by było, gdyby udało mu się w jakiś sposób blondyna wyprowadzić z równowagi? Rzecz warta zastanowienia. W głowie Izzy’ego powoli zaczął układać się misterny plan. Przedsięwzięcie nie na jeden „kąsek”, ale trochę bardziej skomplikowane i czasochłonne. Przez chwilę ignorował jawną zaczepkę ze strony towarzysza. W końcu jednak uniósł się na łokciach i rzucił mu pełne zamyślenia spojrzenie.
- A nie masz żadnych pasji, zainteresowań, na których mógłbyś się skupić?- spytał, nieznacznie przechylając głowę na bok. Oj, był on specyfikiem. I to całkiem niezłym. Pytanie trochę wyrwane z kontekstu, ale znowu nie odbiegało jakoś drastycznie od tematu ich rozmowy. Dla Isaiaha uzależnieniem była właśnie ta wyżej wspomniana pasja. W to, co lubił robić, zawsze wkładał całego siebie. Serce, duszę i ciało, jeśli tylko trzeba było. Poświęcenie dla czegoś, co uważał za cenne było dlań tak naturalne, jak oddychanie. Warte bezwarunkowego oddania. Przyglądał się więc Jacob’owi i jego poczynaniom. Nie wymagał odpowiedzi. Chyba nawet już ją dostał. Do takiego wniosku doszedł, patrząc, jak tamten dba o swoje zwierzaki. Nie robiłby tego, gdyby mu na nich nie zależało, czyż nie?
- Rzeczywiście, masz rację. Zapalimy kiedy indziej- mruknął, śmiejąc się cicho. Ta nieprzyjemna nuta w głosie rozmówcy nie przeszkadzała mu ani trochę. Trzeba było postarać się naprawdę solidnie, by go zniechęcić. Nierzadko okazywało się to właściwie niemożliwe. Tymczasem, uwagę Izzy’ego przykuł mały gryzoń, który pojawił się na ramieniu Jacob’a. Tajemnica ksywki blondyna powoli zaczynała się wyjaśniać…
- Niezwykłe- rzucił skrzypek pod nosem, przyglądając się temu niecodziennemu zjawisku. Wszakże kot, jak to kot, miał instynkt drapieżnika. Szczur był potencjalną ofiarą, pożywieniem, które można starać się złapać. A tu proszę, oba zwierzaki jak gdyby nigdy nic jedzą swoje porcje i bynajmniej nie zanosi się na jakiekolwiek polowanie. Isaiaha bardzo to zainteresowało. Jacob musiał mieć do nich specyficzne podejście, dzięki któremu zachowywały się tak, a nie inaczej.
- Jak ci się to udało?- zapytał, szczerze zaciekawiony. Miał na myśli naturalnie ową pokojową koegzystencję zwierząt. Podniósł się do pozycji siedzącej, by lepiej widzieć twarz blondyna. Gdy rozmawiał, wolał patrzeć komuś w oczy. Taki nawyk- jeden z licznych.
 
     
Rat
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-19, 02:20   

Stabilizacja, o tym często marzył Rat tak jak o świętym spokoju, który nigdy nie był mu na dobrą sprawę dany. Zawsze ktoś wrzeszczał, gadał jak najęty wpychał nos w nie swoje sprawy. Blondyn uodpornił się na zaczepki jak mało kto. Chociaż aniołem nazwać go nie powinno, nigdy. Miał za sobą pełno wydarzeń, za które zapewnił sobie miejsce w czeluściach piekła. Nie żeby się nim przejmował. Bał się bardzo mało rzeczy. Nawet obojętna mu była opcja samotności. Drugi człowiek stawał się z każdym dniem, godziną sekundą, co raz bardziej zbędny. Liczyły się tylko szczury i Kandikal no i brat, ale on był daleko za oceanem dawno nie widziany. Bycie niezależnym tak wczesnym wieku jak on uodparnia takich ludzi na niepowodzenia, ale też sprawia, że stają się obojętni, nic ich nie obchodzi i wszystko widzą w czarnych barwach. Rat na dobrą sprawę wpisywał się w ten schemat, gdyby nie szczury. One w pewien sposób ochroniła Jacoba przed całkowitym zamknięciem się na świat. Nie znosił ludzi, ale uwielbiał te z reguły szaro-bure zwierzaki, które miały negatywną opinie w Europie. W Azji, jak się dowiedział są nawet traktowane jak bóstwa. Zawsze mógł liczyć na te zwierzaki nie tak jak niektórych ludzi w jego życiu. Nadawały sens jego istnieniu. Jednak nie mogły zapobiec uzależnieniu Rata od papierosów. Nikomu do tego się nie przyznaję, ale tak naprawdę nie lubi palić. Ma całkowita świadomość, że skraca sobie i innym co wdychają dym, życie. Nałóg pozwalał mu się odstresować od wszechobecnej głupoty ludzkiej na którą Rat wręcz miał uczulenie.
- Możesz wierzyć lub nie, ale zależy. - nie miał zamiaru dodawać, że nie jest to takie proste. Wydawało mu się oczywiste, że chłopak na to wpadnie. Papierosy nie były przypadkową używka wzięte prze smarkacza, który chciał sprawdzić i potem szpanować. Nie. Służyły od samego początku jako ucieczka od ludzi i ich zła.
Pasje. Czy Szczurowaty je miał? Na dobrą sprawę nie. Interesowały go szczury i komputery. Nic nowego. Oprócz zwierząt nie poświęcał wiele czasu zainteresowaniom innego typu. Wydawało mu się to zbędne ich szczególne rozwijanie. Na to czas, jego zdaniem, miały bogate dzieci, albo szczęśliwe, mające dom.
- Nie wiem czy można to tak określić ... - zamyślił się nad jego słowami czy mają jakiś sens. W pewien sposób miały, ale on opisywał osoby mocno zaangażowane w to co robią, a Rat ewidentnie do takich osobników nie należał. Dla niego istniał takie coś jak podział między życiem a pracą. Nie spędzał Bóg wie ile godzin przed laptopem, by poświęcić czas robocie. On tylko monitorował budował czy sprawdzał jak strony działają.
Doszedł po cichu gdzieś w swojej głowie do wniosku, ze między nim a obecnym mu tu typkiem występuje masa różnic. Ale to tylko są podejrzenia.
Jake spojrzał ukradkiem na Isaiaha, który nieustanie wpatrywał się jak karmi zwierzaki.
- To nie pasja. - uciął krótko zastanawiając się czy chłopak myślał właśnie o tym.
Oba zwierzaki były niesamowicie grzeczne, ale wychowanie Rata było tego rezultatem.
- Szczury są mądre. Wyczują zagrożenie. - mówił to mimowolnie bez jakiekolwiek przymusu. - A nawet potrafią zagryźć młode kocie.
Pogłaskał czule futro kota, który pojedzony zaczął się układać się do snu. Mary jeszcze podjadała ostanie kawałki sera.
- Kandikala mam przez czysty przypadek. - dodał nagle - Wystarczy ich przypilnować to się przyzwyczaja do siebie.
W tym co mówił było wiele prawdy zwierzęta miały to do siebie, że wychowane małe od maleńkości tolerowały się nawzajem. Z ludźmi niestety tak nie bywa.
Przyglądał się koty prze dłuższy czas i kiedy szczur skończył się pożywiać dał możliwość ponownego schowania się. Po dłuższej chwili spojrzał na zielonowłosego a małymi iskierkami w oczach.
 
     
Isaiah
Skrzypek na dachu


Miano: Isaiah Janvier de Valtteri
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Izzy...
Klasa: 13th B
Wzrost: 182 cm
Ubiór: T-shirt w paski, narzucona na plecy szara kurtka. Dżinsy, przetarte trampki- taki standardowy standard.
Ekwipunek: Scyzoryk w kieszeni, skórzana, mocno wysłużona torba, pokaźny plik nut i futerał ze skrzypcami.
Wygląd: Rozwichrzona, jasnozielona czupryna, zaspany wyraz twarzy. Wysoki, smukły, porusza się z niewymuszoną gracją tancerza. Od czasu do czasu przeczesuje włosy smukłymi palcami; taki nawyk, którego nie zdołał się pozbyć.
TYP: fifty-fifty
Fabularnie: Zajęty
Motto: Niemożliwe to nie fakt. To tylko opinia innych...
Multikonta: niet
Dołączył: 30 Kwi 2013
Posty: 16
Wysłany: 2013-05-21, 20:03   

Isaiah przez cały czas z niemałą ciekawością obserwował podopiecznych Jacoba. To, że nigdy podobnej „symbiozy” nie widział, to raz. Dwa, że blondyn musiał mieć do nich niezwykłe podejście i sporo cierpliwości, by zachowywały się tak, a nie inaczej. Zastanawiał go ten fakt i fascynował. Nie miał jednak zamiaru dopytywać kolegi; czasami wolał po prostu przemilczeć cisnącą mu się na usta paplaninę i pozostawić dany aspekt w sferze domysłów. Snucie hipotez i formułowanie wniosków nieraz bywało dużo zabawniejszym procesem od zwykłego otrzymania żądanej odpowiedzi na tacy. A choć ugryzienie się w język, zwłaszcza w przypadku Izzy’ego, nierzadko bywało trudne, czasami wystarczyła ta ciut większa odrobina zaintrygowania, by się udało.
Skrzypek przeczesał smukłą dłonią zmierzwione włosy i odchylił się nieznacznie do tyłu. Na jego twarzy widać było pogodny uśmiech. Nie miał powodów, żeby zachowywać się poważnie. Do własnych problemów zdołał wypracować odpowiedni dystans, co z resztą bywało przydatne w nawale obowiązków i powinności, których grom okresowo go przygniatał. Dorosłość jest przereklamowana… O ile łatwiej byłoby wciąż mieć ten rok, dwa lata mniej. To jednak byłoby zwyczajne pójście na łatwiznę. Tchórzostwo, a takiej etykietki na swoich plecach Isaiah by nie zniósł. Jego zamyślone spojrzenie na powrót powędrowało ku Ratowi. Chłopak milczał dłuższą chwilę, przyglądając mu się spod przymrużonych powiek. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a jego promienie przyjemnie zalewały niebo pomarańczowoczerwonawymi barwami. Idealne, miękkie światło. I słowa blondyna, które nieznacznie poszerzyły uśmiech na twarzy skrzypka. Oczywiście, że wierzył. Co jak co, ale toto on naprawdę potrafił. Dalsze tłumaczenia zwykle bywały niepotrzebne; skoro Jacob twierdził, że mu zależało, to znaczy, że tak właśnie było. Izzy może i nie znał go zbyt długo, ale w tej sprawie mógłby się założyć o swoje własne skrzypce.
- To zawsze można określić. Przecież nie interesowałbyś się czymś, co nie sprawiałoby ci przyjemności - Isaiah w zamyśleniu postukał palcami o futerał, który leżał grzecznie tuż obok niego. Im dłużej rozmawiali, tym bardziej rzucała mu się w oczy różnica ich charakterów. Mieli do pozornie zwykłych spraw typowo biegunowe podejścia. Odwrócone o dobre sto osiemdziesiąt stopni… A jednak zielonowłosemu wcale a wcale to nie przeszkadzało. Przeciwnie, napędzało jego nieposkromioną ciekawość ludzi i świata. Rat był prawdziwym indywiduum. Rozmowa z nim uświadomiła chłopakowi, z jak wielu stron można nauczyć się patrzeć na świat. Doświadczenie, w mniemaniu Rosjanina, bardzo cenne. Nie oznaczało to równocześnie, że się z nim zgadza…
-Skoro nie pasja, to co? Chociaż… Możliwe, że to jednak zbyt mocne słowo- urwał na moment, pogrążając się w zamyśleniu. Często tak miał. Potrafił zarzucić jedną myśl w połowie i chwilę później zabrać się za zupełnie inną. Uciążliwe, głównie dla wymagających rozmówców, ale do przeżycia. Chyba. Dla Izzy’ego ową rzeczoną pasją było wkładanie pozytywnych uczuć w to, co lubił robić. Każdy ma swoją definicję tego słowa; dla skrzypka była ona właśnie taka. Nie inna. Patrząc na dłoń blondyna, która delikatnie gładziła futerko kota uznał, że w pewnym sensie te zwierzaki musiały być jego zamiłowaniem. Bo przecież nie wychowywałby ich i nie dbał o nie tak bardzo, gdyby mu choć trochę nie zależało. To jednak były tylko zwyczajne domysły, chłopak nie zamierzał wciągać zielonookiego w dysputę na ów temat. Kto wie, czym by się skończyła.
-Owszem, są. Tak inteligentne, jak i uparte- skwitował, śmiejąc się cicho. No, przynajmniej te, które miał okazję spotkać. W Petersburgu, u jego ciotki w domu, grasowała mała rodzinka, która skutecznie, niezmiennie i z uporem maniaka dobierała się do pilnie strzeżonych zapasów w piwnicach. Nie pomagały żadne dodatkowe zabezpieczenia; te szczury zawsze potrafiły znaleźć jakąś lukę. Ciotkę Wierę stale doprowadzało to do szewskiej pasji. Izzy niejako czuł pewien szacunek do woli przetrwania owych zwierząt, stąd też nie zdziwiło go zbytnio, gdy Jacob dodał, że mogą one nawet zabić kociaka. Trochę brutalne, no ale przecież właśnie takie jest życie, nie?
- Przypadek?- podłapał, zaciekawiony. – Jak się zwie twój drugi podopieczny?- spytał zaraz potem. Celowo nie użył sformułowania „wabi”. Wszakże blondyn już go raz na tym polu poprawił, dlatego nie miał zamiaru powtarzać dwa razy jednego błędu.
-Trochę czasu to musiało zająć… - mruknął cicho, na ostatnie słowa chłopaka. Przecież z dnia na dzień zwierzaki raczej się nie „zaprzyjaźniły”. Izzy przez dłuższą chwilę w zamyśleniu spoglądał na czarno-białego kociaka. W końcu jednak jego spojrzenie napotkało wzrok Jacoba. Odpowiedzią skrzypka był tylko zagadkowy półuśmiech. Jak często słowa bywały po prostu zbędne…
_________________
~ KP ~ Relacje ~
 
     
Rat
[Usunięty]

Wysłany: 2013-06-05, 01:39   

Zachowanie spokoju przez Rata nie było w jego mniemaniu żadnym wyczynem. Jego doświadczenia same wykształciły go jaka wartość ma milczenie. Oczywiście były tego negatywne skutki uboczne, szczególnie tych osób, które za wszelką cenę chciały zwrócić jego uwagę. Często to kończyło się potarganymi ubraniami, czy jakimś szczurem w jego pokoju ze skręconym karkiem. Szczerze nienawidził tych osób najbardziej na świecie. Miał świadomość, że nigdy nie zaakceptują go takim jaki jest, więc nie starał się o kontakty z nimi, za co niestety słono w odwecie płacił. Zwierzęta zawsze "rozumiały" Jacoba bardziej niż ludzkie istoty. Nie próbowały na niego wpływać, kontrolować. Nie stosowały perfidnej manipulacji. Po prostu były. Niszczyły przeróżne przedmioty kable, zeszyty, długopisu. Kradły kanapki, gumki i elementy gumowe od słuchawek. Jake nie potrafił krzyczeć i warczeć na nie, zawsze im wybaczał, bo miał przecież świadomość, że nie robią tego z premedytacją. One już takie są. Chcą poznać każdy przedmiot, zbadać swymi wibrysami, nosami i zębami. W dużej mierze przypominają małe dziecko ciekawe świata. Nie raz dochodziło do szantażu, że kolejny futrzak Rata zachomikowany w jego pokoju sierocińcu zginie. Nie przejmował się tym. Wiedział że wszystko przychodzi i odchodzi, a on sam nie ma wielkiego wpływu jak potoczą się jego losy. Oprócz wyborów, wtedy człowiek w jego mniemaniu na chwile stawał się kowalem własnego losu i mógł wybrać ścieżkę. Niekoniecznie dobrą i zgodną z przekonaniami, ale nie ma odwrotu przed postawionym faktem. Ucieczka od problemu nic nie zmieni. Jake doskonale wiedział. i dlatego starał z całej swojej mocy przezwyciężyć przeciwności losu dla własnego wewnętrznego spokoju. Najprawdopodobniej z tego powodu nie umiał egzystować z ludźmi. Unikał ich jak ognia. Milczał, czasem pobłażliwie się uśmiechał, byle tylko odczepili się od jego osoby z oskarżeniami na temat jaki to on nie jest. Natura ludzka jest tak złożona, że wszystko co nienaturalne uważała za chore. Nie raz chcieli Jake wysłać na jakieś badania do psychiatry, jednak a całe szczęście gdzieś ktoś tam za każdym razem hamował zapędy tych, którzy byli przeciwko Jakowi, wyjaśniając to wyjątkowo nijakim faktem, ale blondynowi nigdy nie było dane dowiedzieć się jak brzmiał konkretnie. Spojrzał na szczura analizując dokładnie słowa jego towarzysza.
- Przyjemność nie oznacza pasji. - dodał krótko uważając że ma słuszność. Pasją raczej można było określić milion różnych rzeczy, ale na pewno nie wpisywało się w to opieka nad zwierzętami. Jacoba po cichu zaciekawiło skąd Is wysnuł tak, jak dla niego, dziwną tezę. Spojrzał na zielonowłosego skupiając na nim uwagę, ale nie zapominając o zerkaniu co jakiś czas na Mary i głaskaniu Kandikala. Myślami znów powrócił do pasji. Czym ona w ogóle była? To coś co sprawia uśmiech na twarzy człowieka i rozwija go, niekoniecznie ku lepszemu. Szczurowaty co nieco dzięki kotu poznawał nowe aspekty życia, jednak nie były one kluczowe. Opieka nad nimi sprawiała mu radość, w to nie zaprzeczał, ale nie wprowadzał go w stan szaleńczej euforii. W sumie nawet dziwne było by widzieć uśmiechniętego Rata przy ludziach. Kurator w Londynie na pewno by stwierdził, że oszalał. Nie przerywał w jego rozmyślaniu sam tego nie lubił. Ingerencja w takich przypadku była czymś w rodzaju bezczeszczenia rozumowania każdego człowieka, więc spokojnie czekał na znak, który oznaczał wybudzenie zielonowłosego ze stanu zamyślenia.
- Są cholernie uparte. - podkreślił jego słowa przypominając ostatni wyczyn Mary, która dobierała się do telefonu Jacoba. Wyniosła go aż do swojej kryjówki. Na całe szczęście dzwonek był dość głośny i mógł znaleźć to nieszczęsne urządzenie. Nie był tym zdziwiony, mimo, że pierwszy raz przydarzyła mu się takowa przygoda. Ze spokojem odebrał jej nowa zabawkę.
- Tak, przypadek. - opowieść Kandikala wcale nie była wesoła niezbyt chciał ją opowiadać, ale uznał też, że jednak pozostawienie tego w takiej formie jednak głupio brzmi, a takie stwierdzenia stawiał przed sobą niezwykle rzadko.
- W Londynie, kiedy się przechadzałem znalazłem w pobocznych uliczkach rozjechaną kotkę. Najprawdopodobniej wracała właśnie do młodych. Cóż usłyszałem dźwięk i naturalnie poszedłem sprawdzić. Odnalazłem cztery martwe kocięta i jedno żywe. - nie koloryzował. Nie miało to teraz najmniejszego sensu. Mówił o samych faktach, trochę może i nie ludzki sposób, bo pozbawiony emocji, ale wiedział z doświadczenia, że tak lepiej przyjmuje się takie wydarzenia.
- Mary. - odchrząknął zaraz po swojej historii przypominając sobie o drugim pytaniu.
- Nie, to było miesiąc temu. - wtrącił szybko blokując trochę jego fantazję, ale nie mia go zamiar oszukiwać.Pogłaskał czule kota.
Mary, która skończyła się pożywiać zniknęła w mgnieniu oka z pola widzenia znów sadowiąc się w rękawie bluzy Szczurowatego by wypocząć po takiej dawce. Jacob schował foliowe torebki po kieszeniach sam powoli czując się głodny, jednak tego nie okazywał w żaden sposób. Spokojnym wpatrywał się w niebo, które ściemniało się coraz bardziej.
Po dłuższej chwili podniósł się i schował śpiącego kota w kapturze bluzy. Machnął dłonią na pożegnanie i wyszedł mając po cichu nadzieje, że to nie było ich ostatnie spotkanie.

[z/t]

tak miło jest komuś wpieprzać się w fabułę ....
Ostatnio zmieniony przez Rat 2013-06-06, 22:32, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Layla 
Pies gończy.


Miano: Shinya Winchester
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Layla
Klasa: 13th C
Wzrost: 183 cm
Ubiór: Zazwyczaj biała koszula, garnitur, luźno zawiązany krawat, buty z klamerkami. Gdy jest zimno, nosi szary płaszcz z kołnierzem podbitym futerkiem. Czasami w wersji "domowej" da się go zobaczyć w sportowych dresach do ćwiczeń lub zwykłych ciemnych spodniach i T-shirtach.
Ekwipunek: Torba z przyborami szkolnymi, paczka papierosów, zapalniczka Zippo, klucze, telefon.
Wygląd: Wysoki, szczupły i umięśniony brunet o krótkich, nastroszonych włosach wpadających do błękitno-szarych oczu. Blady, zwykle złośliwie uśmiechnięty lub kompletnie nieobecny. Bardzo często da się go spotkać z papierosem w ustach.
Miłość: Własna
TYP: Niepokorny
Fabularnie: Zajęty gambiceniem.
Motto: "You know it's just your foolish pride. "
Multikonta: Brak
Wiek: 24
Dołączył: 01 Cze 2013
Posty: 38
Wysłany: 2013-06-06, 18:27   

Dach był płaski i był to podstawowy powód, by jednak uczęszczać do tej szkoły. Po przeciśnięciu się przez wąski korytarzyk, można było wyjść na dach, położyć się na rozgrzanym, gładkim podłożu i zamknąć oczy, co też Layla uczynił, trzymając papierosa w zębach. Torbę podłożył sobie pod głowę i ziewnął rozdzierająco.
Nie wyspał się.
Znowu. Znów miał koszmarne problemy ze snem, jak zwykle wtedy, gdy się gdzieś przenosili. A jako że robili to nader często, Layla źle sypiał ogólnie. Wystrzegał się jednak tabletek nasennych, nie chciał być od nich uzależniony. Nie chciał zawdzięczać snu bez snów pastylkom z nieznaną mu, dziwną, otępiającą zawartością.
- Siadaj – mruknął. – O ile się nie mylę, mignął mi tam po drodze sekretariat. Sam go potem znajdę, nie będę cię fatygować. Dzięki i w ogóle.
Było ciepło… Shinya poluzował krawat, marząc, by spadł ciepły, drobny deszcz. Lubił deszcz, pod warunkiem, że podczas jego padania głowa nie pękała mu dosłownie z bólu. Nagle dopiero teraz poczuł, jak strasznie chce mu się spać.
- Kiedy się tu przeprowadziłeś? – wymamrotał z fajką w zębach. – Prosto z Japonii? Ja jestem Japończykiem z teorii i po genach, byłem tam tylko parę razy, na wakacjach.
Mgliście przypomniał sobie dziadków ze strony matki. Ogródek na tyłach domu łudząco podobny do tego, który mieli teraz tutaj. Podejrzanie wygodny futon, na którym spało się dobrze, mimo że z głową niemalże przy podłodze. Zresztą Layla często zwykł spać wprost na gołej ziemi, w ubraniu, zasnąwszy nad książką lub papierami, w asyście popielniczek i niedopałków.
- Ameryka to chory kraj – burknął, zerkając na zegarek. Raptem po ósmej. Cały dzień do zagospodarowania, brak chęci do uczęszczania na lekcje. – Jak myślisz, co mi zrobią, jeśli oddam papiery i się stąd zwyczajnie ulotnię?
Nawet nie zwrócił uwagi na potencjalnych ludzi, którzy mogli na tym cholernym dachu być. Po prostu leżał, patrząc w bladobłękitne niebo.
_________________
 
     
Shizuo
Piździelec c:


Miano: Shizuo Haruki Kajiyama
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Shizu
Klasa: 12th A
Wzrost: 186 cm
Ubiór: Czarny podkoszulek, Koszula w czarno-niebieską kratę, czarne rurki z przyczepionym łańcuchem i granatowe trampki. + czarna bluza aktualnie.
Wygląd: Wysoki, dość chudy chłopak o niezbyt długich blond włosach, niebieskich oczach, ładnie wykrojonych ustach (kolczyk w dolnej wardze)
Miłość: do Kluski
TYP: I:
Fabularnie: wolny
Dołączył: 22 Kwi 2013
Posty: 71
Wysłany: 2013-06-07, 19:00   

Poprowadził chłopaka prosto na dach, a gdy już się na nim znaleźli, zrzucił torbę na ziemię. Następne, co zaraz potem zrobił to porządne przeciągnięcie się i usadowienie się na torbie. To było idealne miejsce i czas do zajarania, ale musiał "oszczędzać", przynajmniej dopóki nie zahaczy o pokój.
Czy on musi uprzedzać jego czyny takimi wkurzającymi poleceniami? Shizu i tak by to zrobił. Może i to była drobnostka, ale gdyby nie to, że do Shiny'i jako tako nic nie miał, pewnie by się o to przyczepił. Kajiyama kiwnął głową potwierdzającą, tym samym przyjmując jego podziękowanie i fakt, że sam odnajdzie już sekretariat, tym lepiej dla niego. Blondyn zdjął bluzę pozostając w podkoszulku i rozpiętej koszuli, a z bluzy zrobił sobie dodatkowe miejsce, na którym mógł się glebnąć na ziemi, nie brudząc się przy tym.
Oblizał usta, zatrzymując się na kolczyku, którym bawił się przez chwilę.
- Tak, jakieś dwa lata temu. - mruknął obojętnie. Urodził się w Japonii ale też miał geny poplątane, że nawet sam je nie do końca ogarniał. Mieszkał u ciotki, która, jak na osobę żyjącą sama miała sporo kasy. Zresztą tym się nie martwił, od rodziców regularnie dostawał pieniądze na własne wydatki. Wiadomo, że był zadowolony - nie mieszkał z rodzicami, znajdował się w innym kraju i dostawał od nich "kieszonkowe". Co prawda odwiedza ich od czasu do czasu, ale nie jest to dla niego utrapieniem ze względu na parę osób i chociażby Sushi, które nigdzie nie smakuje tak dobrze, jak w Japoni.
- Bo ludzie są chorzy.. - w końcu kto tworzy kraj, jak nie społeczność. Oczywiście, nie co do łebka, przecież jest jeszcze taki Shizu. No i parę innych..
- Nie wiem na jak długo zamierzasz się ulatniać, ale raczej nic. - stwierdził, leniwie obserwując niebo.
Blondyn nawet nigdy by nie pomyślał, czy na dachu ktoś może być, komu mógł właśnie przeszkodzić. Ten ktoś miałby problem i tyle.

Edit:

Shizuo korzystał z pozytywów dachu i wypalił otrzymanego przez Shinyę papierosa. Nie zamierzał jednak siedzieć tu w nieskończoność. Musi coś zjeść, pomęczyć lokatora, zbawić świat i takie tam drobnostki. Mimo wszystko, zmusiło go to do ruszenia się, toteż wstał, zgarnął rzeczy i zerknął na chłopaka. Jakoś sobie poradzi, przecież cały czas nie może być jego niańką. Odwrócił się, wyciągnął jeszcze i ruszył do schodów prowadzących do szkoły.

/zt
 
     
Kirai
Paranoik Patentowany
Kotofil z licencją na przytulanie.


Miano: Kyle Leander.
Wiek: Siedemnastka mu stuknęła.
Pseudonim: Kirai.
Klasa: 12th A
Wzrost: Zaledwie metr siedemdziesiąt trzy.
Ubiór: Biała koszula, na to jest nałożona jest czarna marynarka. Do tego czarne spodnie i trampki w takim samym kolorze. Nie wolno też zapomnieć o szkolnej torbie z paroma przydatnymi rzeczami.
Ekwipunek: Telefon, szkicownik, komplet ołówków i dwa długopisy. No i portfel.
Wygląd: Czarne włosy o granatowym przebłysku {naturalnie to były kruczoczarne, ale od czego są cudowne farby do włosów}, szaroniebieskie oczy. Chude i nieszczególnie wysokie stworzonko. Jak tak dalej pójdzie, to byle podmuch wiatru go zdmuchnie z powierzchni ziemi...
Miłość: Nie ma miłości, ale jest za to matma.
TYP: Uke patentowany. Może z tego magistra robić.
Znaki Szczególne: Ależ absolutnie nie ma żadnych.


Fabularnie: Wolny.
Motto: Life is brutal and full of zasadzkas. And sometimes kopas w dupas.
Dołączył: 31 Maj 2013
Posty: 4
Skąd: Anglia, York.
Wysłany: 2013-07-15, 17:01   

Zakazy zakazami, ale wybuchy złości Kyle'a to zupełnie inna sprawa! Teraz nasz humorzasty Anglik przeklinał na czym to świat stoi, ponieważ zalał różową farbą dopiero co poprawiony cienkopisami szkic przedstawiający jamnika. Co go na te psie parówki wzięło - nie wiadomo, ale stwierdził, że po prostu musi tą psinę narysować i koniec, kropka! Niestety, na swoje nieszczęście, ustawił obok siebie kilka farbek - plakatówek, a to, że momentami nie uważa... No, to już zupełnie inna sprawa. Chwila nieuwagi i przepiękny jamniczek stał się przepiękną krzyżówką różowej farby oraz jamnika. Tak go to podirytowało, że zniszczony rysunek wylądował w kuble, a różowa farba skończyła w zlewie. Po przeprowadzonej egzekucji postanowił, że na chwilę będzie musiał się od wszystkiego odizolować. Niestety, wszędzie było za dużo ludzi, co doprowadziło go do wręcz szewskiej pasji. To było o wiele gorsze od tej wściekle różowej farby, która oszpeciła jego pięknego jamnika!
W końcu, zmęczony przebywaniem na świeżym powietrzu, poczłapał z powrotem do szkoły. Tu też było zbyt wiele uczniów, co nikogo nie powinno dziwić, ale Kirai doprowadziło to po raz kolejny do stanu wrzenia. Przebywanie w toalecie też nie było spełnieniem jego marzeń. A gdyby tak pójść na dach!?
Tak, zgodnie z jego oczekiwaniami dach świecił pustkami, co niezwykle go ucieszyło. Ostrożnie rozejrzał się dokoła. Nie było tu żywej duszy. Chłopak westchnął z ulgą i gdy tylko znalazł miejsce gdzieś w rogu, usiadł i wydobył z torby szkicownik. Po chwili zaczął rysować. Kolejnego jamnika.
 
     
Aquilion 
Kotek z Cheshire
Pechowy dachowiec


Miano: Allan Signaveris Squelette
Wiek: Siedemnaście wiosen
Pseudonim: Aquilion
Klasa: 12th B
Wzrost: 156 centymetrów
Ubiór: W obecnej chwili, prosta, biała koszula, której dwa pierwsze guziki są rozpięte. Do tego dżinsy i czarne trampki. W prawym uchu, a konkretniej - na chrząstce - dwa kolczyki.
Ekwipunek: Notatnik i długopis.
Wygląd: Niski i drobny niebieskooki brunet. Posiada dość duże - jak na chłopaka - oczy. Czasem zakłada soczewki kontaktowe, gdyż ma niewielką wadę wzroku. Raczej nie wyróżnia się niczym szczególnym spoza innych i stara jak najbardziej wtopić w tłum.
Miłość: Możliwe...
TYP: Uke
Fabularnie: Wolny
Dołączył: 01 Cze 2013
Posty: 6
Wysłany: 2013-07-15, 22:04   

A nasz drogi Allan akurat, na nieszczęście drogiego Kyle’a, postanowił się wybrać na dach. Ot tak sobie, dla świętego spokoju. Cóż, banda kretynów w szkole i poza nią (tak, brunet jest bardzo wyrozumiały w stosunku do innych, a jaki tolerancyjny). Ogółem, tylko na dachu mógł mieć święty spokój i móc sobie spokojnie pisać, rysować lub nawet się z niego rzucić… Czy coś. No, w każdym razie, postanowił się tam udać i kropka, o. I tak jakoś, w trakcie swojej jakże interesującej podróży, rozwalił sobie kolano. Tak. To jest Allan Squelette, największa niezdara w dziejach świata, która nie potrafi nawet porządnie wejść po schodach, bez jakiegokolwiek uszkodzenia swojego ciała. No cóż, chyba bywa. Ale w końcu, po wielu trudach i pokonaniu przeogromnej ilości schodów, dotarł na szczyt i wyszedł na dach, na którym jak zwykle wiał silny wiatr. Rozejrzał się i nagle zauważył, że… Nie jest sam. Szlag by to trafił. Serio. Jedno, jedno jedyne miejsce, w którym mógłby pobyć całkowicie sam. Nie, nie ma mowy. Zawsze ktoś się musi tam wepchać, a jakże. Toć to chyba jakieś fatum, które uwzięło się na biednego Allanka.
- O… - wyrwało się z jego ust, po czym jak gdyby nigdy nic, usiadł sobie na krawędzi dachu, wymachując nogami. I tak po chwili stwierdził, że przydałoby się coś zrobić z tą krwią i tak dalej… Ale to potem. Teraz trzeba się było nacieszyć widokiem. Po chwili chłopak wyjął szkicownik i zaczął w nim coś bazgrać, jakiś las, drzewa, czy cholera wie, cóż to było.
_________________
 
 
     
Kirai
Paranoik Patentowany
Kotofil z licencją na przytulanie.


Miano: Kyle Leander.
Wiek: Siedemnastka mu stuknęła.
Pseudonim: Kirai.
Klasa: 12th A
Wzrost: Zaledwie metr siedemdziesiąt trzy.
Ubiór: Biała koszula, na to jest nałożona jest czarna marynarka. Do tego czarne spodnie i trampki w takim samym kolorze. Nie wolno też zapomnieć o szkolnej torbie z paroma przydatnymi rzeczami.
Ekwipunek: Telefon, szkicownik, komplet ołówków i dwa długopisy. No i portfel.
Wygląd: Czarne włosy o granatowym przebłysku {naturalnie to były kruczoczarne, ale od czego są cudowne farby do włosów}, szaroniebieskie oczy. Chude i nieszczególnie wysokie stworzonko. Jak tak dalej pójdzie, to byle podmuch wiatru go zdmuchnie z powierzchni ziemi...
Miłość: Nie ma miłości, ale jest za to matma.
TYP: Uke patentowany. Może z tego magistra robić.
Znaki Szczególne: Ależ absolutnie nie ma żadnych.


Fabularnie: Wolny.
Motto: Life is brutal and full of zasadzkas. And sometimes kopas w dupas.
Dołączył: 31 Maj 2013
Posty: 4
Skąd: Anglia, York.
Wysłany: 2013-07-16, 14:28   

A nasz biedny Kyle tak się cieszył, że znalazł zaciszny kącik, w którym spędzi błogie chwile samotności! Już nawet zaczął po cichutku liczyć, że nic się nowemu jamnikowi nie stanie – no, ewentualnie deszcz zawsze może spaść – ale stało się coś o wiele gorszego od tego. Mianowicie, nim się spostrzegł, przed jego oczami wyrosła sylwetka Allana. Rzucił przelotne spojrzenie na intruza. O raju, był taki niski! A wierzcie, rzadko kiedy mógł powiedzieć to właśnie Kirai. Znaczna część uczniów tej szkoły, no i także nauczycieli, była wyższa od niego. A tu taka niespodzianka. Ile wzrostu mógł ten chłopak mieć? Co najwyżej metr sześćdziesiąt! Już nawet Kyle zaczął czuć się dumny ze swojego metra siedemdziesiąt trzy!
No cóż, niegrzecznie jest się tak na kogoś gapić, nawet przez kilka sekund. Wywrócił oczami i powrócił do przerwanego szkicowania jamnika. W sumie, szkic był już skończony, ale oczywiście Kyle-sierota znowu nie wziął ze sobą pióra z czarnym atramentem, ani też cienkopisów. Miał przy sobie tylko najzwyklejsze w świecie długopisy z wymiennym wkładem. Peszek.
Ponieważ jamnik był gotowy, a, że Kirai nadal trwał w twórczym amoku, stwierdził, że nic się nie stanie, jak naszkicuje tego niziutkiego jegomościa. No, to przecież nie jego wina, że sobie tak fajnie usiadł na tym dachu! Poza tym, zawsze może mu przedłużyć włosy i powiedzieć, że narysował jakąś dziewczynę, która dziwnym trafem siedzi tak samo jak Allan. Właściwie, czemu ten chłopak tak utykał? To znaczy… Nie jakoś tragicznie, ale… Ach, to chyba przez to kolano. Właśnie. Czemu miał rozwalone kolano? Nie boi się, że może mu się zakażenie wdać? Bądź co bądź z ranami nie ma żartów, a Kirai zawsze świruje, jeśli chodzi o wszelkie tematy związane z medycyną. Nie jego wina, że nie zrobili go z myślą o chirurgii. No cóż, w każdym razie miał przy sobie paczkę chusteczek higienicznych. Zanurzył rękę w torbie i zaczął w niej szperać. Telefon nie, ołówki nie, chusteczki nie… Boże, chusteczki!
Z grobową miną podszedł do Allana i wcisnął mu paczkę w dłoń.
- Przynajmniej sobie to jako tako opatrz – burknął cicho i odwrócił się na pięcie w celu powrotu na swoje poprzednie miejsce.
 
     
Daan
Kalejdoskop


Miano: Daan, Milan Janssens.
Wiek: 18 lat.
Klasa: 12th B
Wzrost: 174 cm.
Ubiór: Szara, luźna bluzka na krótki rękaw odsłaniająca jego obojczyki, na to ciemny, za duży, zapinany na guziki sweter. Czarne jeansy oraz czerwone trampki za kostkę. Do tego na szyi, na rzemyku, ma wisiorek składający się z dwóch trójkątów (jeden pod drugim), na lewym nadgarstku ładny czarny zegarek.
Ekwipunek: Telefon, zapalniczka, portfel, klucze od pokoju.
Wygląd: Chudy chłopak o średnim wzroście wyróżniający się w tłumie ludzi czerwonymi tęczówkami oraz długimi, sięgającymi mu pasa, brązowymi dredami. Zawsze na nosie ma okulary a w uszach swoje kolczyki. Posiada trzy tatuaże.
TYP: Error.
Znaki Szczególne: Czerwone tęczówki, dredy.


Fabularnie: Wolny.
Dołączył: 05 Lip 2013
Posty: 59
Wysłany: 2013-08-20, 12:55   

Było to jedno z przyjemniejszych popołudni, jeżeli chodziło o pogodę, w Chicago. Co prawda teoretycznie było naprawdę gorąco, bo słońce postanowiło w tym tygodniu trochę dopiec ludziom i podarować im dużo swej miłości w postaci ciepłych, promiennych dni. A dodatkowo, jak na złość, chmur na nieboskłonie było na tyle mało, a przynajmniej tych w zasięgu ludzkiego oka znajdującego się na terenie McLaren High School, że można by je zliczyć na obu dłoniach. Jednak nie wszystko było stracone - bo w końcu miało to być przyjemne popołudnie a nie skwar na betonowej patelni - gdyż wiatr przyjemnie wiał. Był nie aż tak bardzo chłodny, dzięki czemu człowiekowi było chłodniej, ale znów nie za zimno. W każdym razie, pogoda była przednia. Wręcz zachęcała do spędzenia trochę czasu na zewnątrz.
Niestety, nie każdy się cieszył z pięknego słonecznego dnia. Taki na przykład, kierujący się teraz w stronę dachu szkoły, Daan ze szczęścia nie umierał. Bo ciepło swoją drogą, mógł jakoś przeżyć, ale słońce to już była inna, odrębna sprawa. W końcu nie każdy może spokojnie iść sobie na plażę, położyć się plackiem na piachu i smażyć niczym bekon na patelni aby później mieć piękny oliwkowy odcień skóry. No właśnie, nie każdy, i do tych nieszczęśników co muszą unikać słońca należał Belg. Bo jakby było mu mało chorób i innych schorzeń to jeszcze i na słońce musi uważać. Na przeogromną wiszącą nad nim kulę światła, normalnie bomba.
Chłopak otworzył metalowe drzwi, które, gdyby znajdowali się w horrorze, skrzypnęłyby przerażająco. Jednak skoro nie znajdowali się w żadnym filmie a w zwykłym, normalnym życiu to zawiasy ot tak sobie tylko skrzypnęły na co osiemnastolatek nawet nie zwrócił uwagi. Przyłożył wolną rękę do czoła tworząc w ten sposób sobie daszek, dzięki czemu mógł się rozejrzeć po dachu. Nikogo nie było, jednak to go niezbyt interesowało. Bardziej był zajęty szukaniem cienia, który po chwili zauważył tuż obok kolejnych drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do innej części szkoły.
- Cholerne, głupie słońce.
Ruszył w stronę wcześniej upatrzonego miejsca a po drodze dało się słyszeć charakterystyczny szelest plastikowej siatki jaki ta oddaje kiedy wiatr po trochu nią targa. Tak, młody nie przyszedł tu sobie z jakiegoś frywolnego kaprysu, który nagle strzelił mu do głowy. Była to raczej zaplanowana wycieczka, do której się przygotował i uzbroił w kanapki - zakupione wcześniej w sklepie, wodę, telefon z muzyką, książkę oraz co najważniejsze fajki i czekoladę gdzie należy podkreślić, że to ostatnie to nie był jakiś bubel szmelc za jakieś grosze kupiony w sklepie za rogiem szkoły. Nie. To była najprawdziwsza i najbardziej doskonała mleczna czekolada przywieziona przez niego prosto z Belgii. Bo bądźmy szczerzy, nie ma to jak belgijska czekolada, żadna jej się nie równa.
W końcu dotarł do upragnionego cienia z zadowoleniem siadając w nim i od razu opierając się o murek. Poprawił sobie okulary na nosie i rozejrzał się, chyba bardziej instynktownie niż na specjalnie, po niebie. Mało było chmur, ale kto wie może niedługo jakieś napłynął? W każdym razie, pierwsze za co się zabrał to była czekolada. Ot miał ochotę na coś słodkiego, więc zaraz kawałek aluminiowej folijki rozerwał tylko po to aby odgryźć, tak nie bawił się w jakieś odłamywanie kawałków, całą jedną kostkę. Niebo w gębie. W następnej chwili odpalił sobie papieroska.
_________________
Karta Postaci
Tatuaż - znajduję się u dołu pleców na poziomie nerek.
Tatuaż - znajduje się na prawej ręce.
Tatuaż o napisie: End? - znajduje się na wewnętrznej części nadgarstka lewej ręki.

Cheer up, friend!
 
     
Cashmere 
Blizzard
Mały i wkurzony


Miano: Kazimir Attila Csintalan.
Wiek: 17.
Pseudonim: Kaszmir.
Klasa: 12th A
Wzrost: 161 cm w glanach.
Ubiór: Aktualnie biała koszulka polo wsunięta w szare, obcisłe bryczesy w kratkę. Do tego czarne, skórzane rękawiczki oraz sztylpy i sztyblety. Wszystko z najwyższej półki, chociaż z widocznymi znakami intensywnego używania.
Ekwipunek: Słuchawki, iPod, laptop, klucze, aparat, notes, pióro
Wygląd: Białe, miękkie w dotyku, nastroszone kłaki, duże niebieskie oczy, alabastrowa, satynowa skóra, małe, całkiem umięśnione ciałko. Tatuaż smoka na lewej łopatce. W odpowiednim świetle można zobaczyć również blizny zdobiące jego ciało - może żywotu delikwenta nie prowadzi zbyt długo, ale na kilka już sobie zasłużył.
Miłość: Nie rozumiem...?
TYP: Niepokorny
Znaki Szczególne: Białe włosy, oczy o niespotykanym odcieniu błękitu i wyraz twarzy wyrażający coś między znudzeniem, a niezadowoleniem, ewentualnie wkurwieniem


Fabularnie: Zajęty~
Motto: Życie jest za krótkie na ograniczenia.
Multikonta: Taki mały Duszek.
Dołączył: 13 Maj 2013
Posty: 42
Wysłany: 2013-08-21, 01:40   

Był piękny dzionek. Słonko świeciło, ptaszki śpiewały, na niebie niemal ani jednej chmurki. Kazimir czuł się jedyną osobą, która nie cieszyła się tak piękną pogodą. Chodził naburmuszony cały dzień, zły jak osa. Nienawidził ciepła, słońca, lata. Sto razy bardziej wolał zimę. Musiał mieć na sobie prawie centymetrową warstwę sun-blocka, żeby się nie sparzyć. Nie opalał się na jasny brąz, ani na czekoladkę. Jeśli już, to na cholerną truskawkę z bąbelkami. Życie albinosa jest ciężkie. W ciepłej porze roku lubił tylko jasne, piękne niebo, na które mógłby się gapić godzinami, jazdę na deskorolce i dobre światło do robienia zdjęć. No i jeszcze mężczyźni częściej zdejmowali koszulki, noale... Tak czy siak, latem Cashmere miał zdecydowanie gorszy nastrój. A tego dnia wyjątkowo. Tak wyjątkowo, że aż zachciało mu się zapalić. A nie był uzależniony. Palił tylko dla towarzystwa. Siłą rzeczy nie miał ze sobą ani jednego papierosa. Ale wiedział, gdzie będzie ktoś, kto na pewno ma.
Klnąc pod nosem wspiął się na najwyższe piętro szkoły, zaraz potem na dach. Otworzył metalowe drzwi z glana, kopniakiem, te odleciały z trzaskiem. Wcisnął ręce do kieszeni i niedbałym krokiem wyszedł na dach. Zmrużył oczy, kiedy nagle zaatakowało je ostre światło. Mogłoby przestać tak nakurwiać, pomyślał chłopak z pogardą i rozejrzał się od niechcenia. W poszukiwaniu cienia i ludzi... Tak! Znalazło się to i to. Podszedł powoli do chłopaka w dredach, siedzącego z papierosem w ustach. W tamtej chwili białowłosy pożałował, że nie wziął aparatu, bo nieznajomy wyglądał w takiej pozycji i świetle bardzo artystycznie. Ale trudno. Kiedy był już dwa kroki od niego, przukucnął i gestem pokazując, że chodzi mu o papierosa zapytał:
- Poczęstujesz?
Starał się wyglądać względnie przyjaźnie, by dostać to, czego chciał. A przy jego samopoczuciu było to odrobinkę trudne. Dodatkowo, każdy delikwent w szkole był dość znany. Popularność typu: 'Zapamiętaj ten pysk i za cholerę się nie zbliżaj'. Kaszmir może i nie był taki najgorszy, ale... Z pewnością kojarzono go z bójek, wagarów i innych niedopuszczalnych wśród uczniów rzeczy. Na szczęście nieznajomy nie wyglądał na takiego, który z tego powodu nie podzieli się z nim papieroskiem. Przynajmniej taką albinos miał nadzieję.
_________________
 
     
Daan
Kalejdoskop


Miano: Daan, Milan Janssens.
Wiek: 18 lat.
Klasa: 12th B
Wzrost: 174 cm.
Ubiór: Szara, luźna bluzka na krótki rękaw odsłaniająca jego obojczyki, na to ciemny, za duży, zapinany na guziki sweter. Czarne jeansy oraz czerwone trampki za kostkę. Do tego na szyi, na rzemyku, ma wisiorek składający się z dwóch trójkątów (jeden pod drugim), na lewym nadgarstku ładny czarny zegarek.
Ekwipunek: Telefon, zapalniczka, portfel, klucze od pokoju.
Wygląd: Chudy chłopak o średnim wzroście wyróżniający się w tłumie ludzi czerwonymi tęczówkami oraz długimi, sięgającymi mu pasa, brązowymi dredami. Zawsze na nosie ma okulary a w uszach swoje kolczyki. Posiada trzy tatuaże.
TYP: Error.
Znaki Szczególne: Czerwone tęczówki, dredy.


Fabularnie: Wolny.
Dołączył: 05 Lip 2013
Posty: 59
Wysłany: 2013-08-21, 11:25   

Piękna pogoda, papieros, czekolada, cisza i spokój. Byłoby fajnie gdyby to wszystko było prawdą. Jednak Daan poczuł, że takie chwile długo trwać nie mogą. Fakt, zdarzają się, ale nie trwają za długo. I tak się stało, że chyba cała ziemia, świat, kosmos a wręcz uniwersum chciały mu pokazać, że miał rację. Dokładnie w tej samej chwili kiedy o tym zaczął rozmyślać drzwi, którymi parę minut wcześniej sam dostał się na dach, porządnie odleciały i to tak mocno, że o mało z zawiasów nie wyleciały. Serio, ktoś kiedyś powinien je albo wymienić lub chociaż naoliwić. Z może nie aż tak wielkim zaciekawieniem a raczej z podświadomej potrzeby wiedzenia odwrócił się w stronę hałasu aby ujrzeć, że ktoś ku niemu się zbliża. No i to byłoby na tyle jeżeli chodziło o spokój.
Osoba zbliżająca się do niego nie była za wysoka. Była to pierwsza sprawa, na którą Belg zwrócił uwagę, bo sam dzielił ludzi na dwie kategorie tych niższych i wyższych od niego – taka rzecz, na którą zawsze w pierwszej kolejności zwracał uwagę. Poza tym szedł krokiem raczej pełnym pewności siebie i… i czegoś jeszcze. Może był podirytowany czymś albo wzburzony? No, na pewno w tej chwili nie wyglądał na słodkiego cukiereczka od cheerleaderki. No cóż, można było się od razu spostrzec, że Daan jeszcze nie wiedział kto kim jest w tej szkole i że raczej w ogóle chłopaka nie kojarzył. Na razie najłatwiej można było rozpoznać te różowe pompony i chyba najszybciej znienawidzić. Który facet lata w kiecce?! No, oprócz Szkotów… No ale nie ważne, teraz nie o nich miało być. Wracając do obserwacji, którą robił mimochodem, przyglądał się jak tamten idzie bezpośrednio w jego stronę. Tak więc pewnie czegoś będzie chciał.
I jak widać dużo chłopak się nie pomylił. Właściwie to też można było z łatwością się domyśleć czego owy nieznajomy mógłby od niego cieć. Bo na pewno nie zapytać się o drogę do stołówki. W każdym razie, Daan zwrócił swoje spojrzenie czerwonych tęczówek na stojącego przed nim ucznia i spokojnie wysłuchał prośby, a dodatkowo jakby jeszcze na złość powoli zaciągnął się tym o co białowłosy go prosił. Zerknął na swojego papierosa. I co tu teraz zrobić? Mógłby skłamać, że to był jego ostatni fajek albo, że miał przy sobie tylko jednego. Spojrzał w bok gdzie tuż obok niego leżała pełna paczka. No cóż, druga opcja odpadała a pierwsza mogła go skazać na niezapalenie ani jednego więcej tego dnia, bo jeszcze chłopak i tak by chciał się do niego dołączyć i z nim tu posiedzieć. Kto go tam wie, co temu nieznajomemu może chodzić po głowie.
- Jasne.
W końcu sięgnął wolną ręką po paczkę i powoli wystawiając ją przed oblicze chłopaka miał już jednym palcem otworzyć kiedy nagle jednak ją zamknął i spojrzał na tamtego.
- A co będę miał w zamian?
Bezczelne pytanie nie było poparte jakimś chamskim uśmieszkiem czy błyskiem wredoty w oczach. Ot, w końcu jego fajki i kto powiedział, że ma być dla kogoś darczyńcą? Jak chciał zapalić to mógł wcześniej się w papierosa uzbroić.
_________________
Karta Postaci
Tatuaż - znajduję się u dołu pleców na poziomie nerek.
Tatuaż - znajduje się na prawej ręce.
Tatuaż o napisie: End? - znajduje się na wewnętrznej części nadgarstka lewej ręki.

Cheer up, friend!
 
     
Cashmere 
Blizzard
Mały i wkurzony


Miano: Kazimir Attila Csintalan.
Wiek: 17.
Pseudonim: Kaszmir.
Klasa: 12th A
Wzrost: 161 cm w glanach.
Ubiór: Aktualnie biała koszulka polo wsunięta w szare, obcisłe bryczesy w kratkę. Do tego czarne, skórzane rękawiczki oraz sztylpy i sztyblety. Wszystko z najwyższej półki, chociaż z widocznymi znakami intensywnego używania.
Ekwipunek: Słuchawki, iPod, laptop, klucze, aparat, notes, pióro
Wygląd: Białe, miękkie w dotyku, nastroszone kłaki, duże niebieskie oczy, alabastrowa, satynowa skóra, małe, całkiem umięśnione ciałko. Tatuaż smoka na lewej łopatce. W odpowiednim świetle można zobaczyć również blizny zdobiące jego ciało - może żywotu delikwenta nie prowadzi zbyt długo, ale na kilka już sobie zasłużył.
Miłość: Nie rozumiem...?
TYP: Niepokorny
Znaki Szczególne: Białe włosy, oczy o niespotykanym odcieniu błękitu i wyraz twarzy wyrażający coś między znudzeniem, a niezadowoleniem, ewentualnie wkurwieniem


Fabularnie: Zajęty~
Motto: Życie jest za krótkie na ograniczenia.
Multikonta: Taki mały Duszek.
Dołączył: 13 Maj 2013
Posty: 42
Wysłany: 2013-08-21, 22:54   

Cóż, Kazimir wiedział, że może popsuć komuś wypoczywanie w samotności. Doskonale wiedział, ale na względzie miał wszak głównie swoje własne dobro. Chłopak w dredach patrzył się na niego, jakby doskonale wiedział o co chodzi. Że podejdzie. Że będzie czegoś chciał. I że tym czymś będzie papieros. Ale w sumie nie sztuką było się domyślić. A nie przeszkodziło to albinosowi i tak się zapytać.
Wiedział również, że jeżeli ów nieznajomy jest normalnym człowiekiem, to mu wprost nie odmówi. Musiał mieć dodatkowo jeszcze papierosy, bo przecież tuż koło niego leżała cała paczka. Niemniej jednak, powolność chłopaka irytowała Kaszmira. Jednak starał się tego nie zdradzać. Kiedy już było tuż, tuż... A jednak. Chłopak w dredach zamknął opakowanie i zadał to wkurwiające pytanie. Teraz już nie mógł ukryć tego, że jego żyłka na czole zaczęła odrobinę pulsować.
Jednak złość szybko ustąpiła rozbawieniu. Taki już był. Odchylił się do tyłu i roześmiał się głośno.
- Hm, pomyślmy... - udał, że się zastanawia. - A jest coś konkretnego, co byś chciał? Ja mogę zaproponować tylko całusa.
Kazik uśmiechnął się bezczelnie, utrzymując żartobliwy ton. Nie sądził, że chłopak się na coś takiego zgodzi, a nawet jeśli... Później będzie żałował swoich słów. No bo co mógł dać w zamian? Odrobić pracę domową? Dać kawałek czekolady? Z tego co widział, chłopak z dredami miał już jedną i to prawdopodobnie lepszą, sądząc po zapachu. Cashmere nie mógł się powstrzymać przed rzuceniem pożądliwego spojrzenia w jej stronę.
Niechętnie odwrócił wzrok od pyszności i powrócił do obserwowania twarzy nieznajomego. Bledsza skóra, czerwone oczy, dredy... Chyba skądś go kojarzył... Czy nie chodził on przypadkiem do równoległej klasy? Może. Ale Kaszmir miał taką pamięć do ludzi, że pożal się Boże. Zainteresowały go natomiast tęczówki nieznajomego. On sam był albinosem, jednak miał białe włosy.
- To kontakty? - zapytał z ciekawością, przechylając głowę odrobinę na prawo. Jeszcze nie spotkał osoby z naturalnymi czerwonymi tęczówkami i naturalnym kolorem włosów. Dziwne.
_________________
 
     
Daan
Kalejdoskop


Miano: Daan, Milan Janssens.
Wiek: 18 lat.
Klasa: 12th B
Wzrost: 174 cm.
Ubiór: Szara, luźna bluzka na krótki rękaw odsłaniająca jego obojczyki, na to ciemny, za duży, zapinany na guziki sweter. Czarne jeansy oraz czerwone trampki za kostkę. Do tego na szyi, na rzemyku, ma wisiorek składający się z dwóch trójkątów (jeden pod drugim), na lewym nadgarstku ładny czarny zegarek.
Ekwipunek: Telefon, zapalniczka, portfel, klucze od pokoju.
Wygląd: Chudy chłopak o średnim wzroście wyróżniający się w tłumie ludzi czerwonymi tęczówkami oraz długimi, sięgającymi mu pasa, brązowymi dredami. Zawsze na nosie ma okulary a w uszach swoje kolczyki. Posiada trzy tatuaże.
TYP: Error.
Znaki Szczególne: Czerwone tęczówki, dredy.


Fabularnie: Wolny.
Dołączył: 05 Lip 2013
Posty: 59
Wysłany: 2013-08-22, 00:09   

Taa, bo wiedział, bo doskonale zdawał sobie sprawę z jakim interesem do niego zmierzał białowłosy. Trudno było go nie odgadnąć. Wystarczyło połączyć punkty A z B a następnie jeszcze z C i dochodziło się do wszystkiego. Jednak nie do końca owy plan mu się podobał, bo z góry zakładał, że to właśnie on będzie stratny. A jak to wcześniej przedmówca zauważył powinno się najpierw dbać o swoje dobro a następnie o czyjeś. O ile w ogóle chciało się komuś obcemu pomagać. W każdym razie, nieznajomy powinien się cieszyć, bo jak było widać Daan potrzebę z paleniem właśnie załatwiał co dawało wielkie prawdopodobieństwo, że się jednak ugnie i poczęstuje fajeczką.
O dziwo Belg nie robił tego na specjalnie, jego ruchy nie były spowolnione tylko po to by niższego powkurwiać. Ot, jemu po prostu nigdzie się nie śpieszyło. W końcu on miał przy sobie akurat wszystko czego w tej chwili potrzebował oraz mnóstwo wolnego czasu. Czasu, który mógł sobie marnować do woli na co tylko chciał.
Swoją drogą musiał przyznać, że reakcja chłopaka trochę go zdziwiła. Była raczej dość niespotykana, bo chyba nie każdy kto był akurat na głodzie nikotynowym potrafił ot tak sobie przejść z prawie złości do śmiechu. Reakcja dość nadzwyczajna, co akurat o dziwo, Daan’owi się spodobało. Jeden z kącików ust powędrował mu do góry, tworząc w ten sposób swego rodzaju uśmieszek.
- Dzięki, ale pneumokoków nie kolekcjonuję. – I zaraz po tym stwierdzeniu, a w dodatku tym razem na poważnie, otworzył paczkę, w której też znajdowała się zapalniczka. - Częstuj się.
Przy okazji przeniósł plastikową torbę, wraz z jej zawartością, na drugą stronę swoich nóg tworząc dzięki temu, od strony gdzie znajdował się białowłosy, miejsce obok siebie. Było to nieme zaproszenie aby tamten się do niego dosiadł, co na pewno chłopak pojął. Nie wyglądał na niekumatego, a jak już mają tu oby dwaj palić, w dodatku jego fajki, to niech się chociaż nie alienują.
Strzepnął popiół z papierosa.
Zdawał sobie sprawę, że w tym momencie był lustrowany przez nieznajomego i się zbyt bardzo tym nie przejął. Normalna sprawa, on sam to zrobił zanim tamten jeszcze do niego podszedł. I pewnie by dalej mu się przyglądał zastanawiając się czy może go zna gdyby nie to, że było to bez sensu. Był tu zaledwie trzy miesiące i jedyne kogo dobrze rozpoznawał to jego współlokator i gość, który siedział w ławce za nim na lekcjach. Jeszcze trochę ogarniał swoją klasę, ale też nie wszystkich. Tak więc małym prawdopodobieństwem było, że nawet jeżeli chłopaka gdzieś widział, to że będzie go pamiętał.
Prychnął na jego pytanie. No tak, jak dawno on go nie słyszał, zaledwie jakieś… trzy godziny temu.
- Jasne, bo mi się nudzi i zakładam soczewki do okularów. – A później mniej kpiącym tonem głosu jeszcze dodał –dostałem takie w genach.
Mimo iż jego teksty był z odrobiną kpiny czy zaczepki to jednak dawało się wyczuć, że Belg wcale nie chciał być jakiś specjalnie chamski. W gruncie rzeczy można było jego wypowiedzi odebrać na gruncie co najwyżej lekko uszczypliwych żarcików. Oczywiście w zależności jak kto chciał go odbierać, bo zapewne ci bardziej obrażalscy, niekumaci czy słodcy by się po obrażali i czuli urażeni.
_________________
Karta Postaci
Tatuaż - znajduję się u dołu pleców na poziomie nerek.
Tatuaż - znajduje się na prawej ręce.
Tatuaż o napisie: End? - znajduje się na wewnętrznej części nadgarstka lewej ręki.

Cheer up, friend!
 
     
Cashmere 
Blizzard
Mały i wkurzony


Miano: Kazimir Attila Csintalan.
Wiek: 17.
Pseudonim: Kaszmir.
Klasa: 12th A
Wzrost: 161 cm w glanach.
Ubiór: Aktualnie biała koszulka polo wsunięta w szare, obcisłe bryczesy w kratkę. Do tego czarne, skórzane rękawiczki oraz sztylpy i sztyblety. Wszystko z najwyższej półki, chociaż z widocznymi znakami intensywnego używania.
Ekwipunek: Słuchawki, iPod, laptop, klucze, aparat, notes, pióro
Wygląd: Białe, miękkie w dotyku, nastroszone kłaki, duże niebieskie oczy, alabastrowa, satynowa skóra, małe, całkiem umięśnione ciałko. Tatuaż smoka na lewej łopatce. W odpowiednim świetle można zobaczyć również blizny zdobiące jego ciało - może żywotu delikwenta nie prowadzi zbyt długo, ale na kilka już sobie zasłużył.
Miłość: Nie rozumiem...?
TYP: Niepokorny
Znaki Szczególne: Białe włosy, oczy o niespotykanym odcieniu błękitu i wyraz twarzy wyrażający coś między znudzeniem, a niezadowoleniem, ewentualnie wkurwieniem


Fabularnie: Zajęty~
Motto: Życie jest za krótkie na ograniczenia.
Multikonta: Taki mały Duszek.
Dołączył: 13 Maj 2013
Posty: 42
Wysłany: 2013-08-22, 01:16   

Jeśli chodzi o pomoc innym, Cashmere niekoniecznie się do tego skłaniał. Kiedy pomagał komuś bezinteresownie, cóż... Zwykle po prostu tego kogoś lubił. Ewentualnie miał dobry dzień po prostu. Ale w sumie, jeśli mu nie szkodziło, to nie miał oporów przed wyciągnięciem pomocnej dłoni. Zwłaszcza, że czasem nie potrafił odmawiać. Nie lubił tego, że nie bywał do końca asertywny. Czasem po prostu zwyczajnie się uginał, sam nie wiedział czemu.
Cóż, Kazimir był zwyczajnie osobą, która łatwo się denerwowała. I łatwo zmieniała nastrój. No i nie był też na jakimś specjalnym głodzie. Właściwie, jakby papieroska nie dostał, to jakoś by to przeżył, nawet jeśli już do końca dnia był cholernie poirytowany. Przeżyłby. Jakoś bo jakoś, ale zawsze. Dawał radę, tak czy siak. A jego nagłe zmiany nastrojów zaskoczyły już niejednego. Był odrobinę niczym burza w szklance wody. Równie łatwo było go zdenerwować, co rozbawić.
Zaśmiał się, słysząc odpowiedź chłopaka. Jednocześnie oparł sobie ręce na biodrach i przesadnie obrażonym tonem odparł:
- Wypraszam sobie!
I zadarł nosa niczym rasowa obrażalska dziunia, jakoby głęboko urażony faktem, iż ciemnowłosy śmie podejrzewać jego paszczę o bycie pełną bakterii. Co wcale nie musiało się tak drastycznie mijać z prawdą, ale mniejsza. Zaraz potem na jego twarz wrócił jego normalny wyraz i przyjął papierosa z wdzięcznością. Zapalając go wymamrotał jeszcze:
- Dzięki, wiszę ci przysługę.
Daan mógł pomyśleć, że Kazik mówi to tylko tak, bo wypada. A to nie była prawda. Białowłosy był zaskakująco honorowy. I jeśli Belg by mu kiedykolwiek o tym przypomniał, Kaszmir nie wahałby się, czy mu pomóc. Po prostu robiłby, co do niego należy. Co obiecał.
Widząc, że chłopak szykuje mu miejsce odsuwając torbę z wałówką, Węgrzyn dosiadł się posłusznie i wypuścił ustami i nosem białe kłęby dymu. I teraz dzień nie wydawał się już taki zły.
- Po prostu to dość niespotykane, by dostać czerwone tęczówki, które nie są w pakiecie z białymi kłakami - Csintalan mimowolnie pogładził swoje włosy. Wszak on też był albinosem i coś o tym wiedział. No, ale nieistotne. Zaciągnął się jeszcze raz i podniósł głowę, by zerknąć na niebo. Znów wypuścił powoli z płuc dym. I mimo wszystko wciąż zerkał na nieznajomego kątem oka. W końcu podał mu dłoń i rzekł:
- Kazimir - przedstawił się. - Ale wszyscy wołają na mnie Cashmere, głównie dlatego, że nie potrafią wymówić mojego imienia.
Uśmiechnął się szeroko i strącił popiół z papierosa. Chwilę potem wrócił do oglądania nieba. Było cudnie. Nie trzeba było niczego więcej.
A jednak, Kazik wiedział, że coś im zaraz przeszkodzi. Mianowicie dzwonek. Nie mieli prawdopodobnie wiele czasu. Kątem oka zerkał na swojego towarzysza. Zastanawiał się, czy dzwonek go stąd przepędzi, jak każdego grzecznego ucznia, który chce zdążyć na lekcje. A grzeczni uczniowie znajdowali się nawet wśród tych popalających. Cóż, Kaszmir zdecydowanie do nich nie należał. Był, bardzo prawdopodobne, absolutnym mistrzem wagarów. Znał wiele miejsc, gdzie można się było skutecznie schronić przed glinami. Poza tym, dobrze uciekał. No i na każdych wagarach miał ze sobą jakieś procenty. I mimo że samemu się słabo opuszczało lekcje, to albinos często decydował się na to nawet bez towarzystwa. Mógł wtedy porobić zdjęcia, czy cokolwiek innego. Pobyć chwilę samemu, z własnymi myślami i uczuciami. Wychodził z założenia, że nie do wszystkiego potrzebni są ludzie. Właściwie, nie lubił ludzi. Jasne, odczuwał przyjemność z kontaktów z nimi, ale mimo wszystko... Uważał ich za najgorszy i najbardziej zepsuty gatunek. Łącznie z sobą. A jednak nie przeszkadzało mu to w czerpaniu z życia jak najwięcej.
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,68 sekundy. Zapytań do SQL: 9