Uwaga! Hosting Webplus konczy dzialalnosc z dniem 31.07.2019r. Wiecej informacji tutaj.

Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Dworzec Kolejowy
Autor Wiadomość
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-10, 21:48   Dworzec Kolejowy


W połowie XIX wieku założono linię kolejową z Chicago do Milwaukee i wtedy właśnie wybudowano dworzec kolejowy. Stał w samym centrum, ponieważ wokół niego zaczęto budować osiedle. Niedaleko niego postawiono przystanki autobusowe, czy postoje taksówek. Zawsze jej tutaj tłoczno, pasażerowie jak zwykle się spieszą – jedni do kas, drudzy do przechowalni bagaży, jeszcze inni na perony. Największy ruch panuje w hali, gdzie mieszczą się kasy. Na głównej ścianie wisi rozkład jazdy pociągów. W budynku dworca znajdują się poczekalnie, pokój dla matki i dziecka, restauracje, bufety, sklepy i kioski z gazetami. System schodów i przejść łączy budynek dworca z przystankami autobusowymi, tramwajowymi i stacją metra.
_________________
 
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-11, 13:21   

W długim pociągu, pokonującym uparcie kręte tereny, siedział pewien barczysty mężczyzna. W dłoniach trzymał złożoną na pół gazetę i wpatrywał się w treść artykułu opatrzonego wytłuszczonym nagłówkiem. Miał mocno ściągnięte brwi, co chwila przegryzał dolną wargę. Czuł, jak irytacja zaczyna się w nim wzbierać na sile. Nie było mu do śmiechu po przeanalizowaniu notowań akcji na amerykańskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Spółka w którą swój spory kapitał ulokował jego dobry znajomy, spadła w kursach. A przecież tłumaczył mu, że mieszanie się w takie rzeczy jest ryzykowne. W tej chwili przeszedł mu przez myśl obraz zrujnowanego domu swojego przyjaciela, który pójdzie pod młotek. Miał wrażenie, że widzi przed sobą te dwa, małe, nieporadne szkraby kumpla, które przez decyzję swego ojca będą wychowywać się w biedzie. Negatywne myślenie pogłębiało jego rozdrażnienie.
Odziany w popielatą marynarkę i spodnie opierał się wygodnie w fotelu wyściełanym miękką tkaniną. Spojrzał przez okno na przesuwający się krajobraz. Od kilku tygodni poranki były pochmurne i ciemne. Około 7:10 niebo było całkowicie pokryte ołowianymi chmurami. Tobiasz, bo tak miał na imię ów mężczyzna, z pochodzenia Szwed, przewidywał, że zaraz spadnie ulewny deszcz. Niedługo po jego proroczej zapowiedzi, strużki kropel zaczęły spływać po gładkiej powierzchni szyby, w którą się wpatrywał.
Minęła godzina, odkąd usiadł w tym przedziale. Nie lubił tłoku, dlatego wybrał ten najmniej zaludniony. Jechał do swojej pracy. Nauczał w szkole wyższej, chociaż z wykształcenia był geologiem. Aby spokojnie zdążyć na zajęcia, budził się wczesnym rankiem, żeby pojechać najwcześniejszym pociągiem. Przemieszczanie się o bladym świcie miało coś w sobie magicznego. Dostarczało niezapomnianych doznań wizualnych, składających się na swoisty koloryt i tajemniczy klimat. Zwłaszcza, że późną jesienią o szóstej było jeszcze ciemno, co dostarczało uroku. Maszyna wypuszczała z siebie puchate kłęby ciężkiej pary. Na tą ciągnącą się po niebie skłębioną smugę czarnego dymu, nakładał się równomiernie stukot kół na złączach stalowych szyn.
W miarę upływu czasu zbliżał się do celu. Naraz pociąg zaczął zwalniać. Na peron zaczęła się wtaczać czarna lokomotywa, a zaraz za nią pięć wagonów. Koła stukały już bardzo leniwie, aż w końcu ustały. Podróżni zaczęli się zbierać. Konduktor odgwizdał przyjazd. Szwed podniósł się z siedzenia, zabierając ze sobą aktówkę. Ruszył w kierunku drzwi, po czym poczekał aż wszyscy wyjdą, aby się nie przepychać w przejściu. W końcu nadeszła i jego kolej, zeskoczył ze stopnia na beton. Na starym zegarze, który stał w samym centrum dworca właśnie wybiła 7:30. Tłum ludzi z bagażami przyspieszał kroku, aby czym prędzej uciec przed deszczem. Matki ciągnęły dzieci za ręce, by te szybciej podążały do zadaszonych terenów. Miliony kropel uderzało o podłoże. Podczas deszczu nikt się nie zatrzymywał. A on, na przekór tłumu, nie bał się deszczu. Szedł swoim normalnym tempem, omijał slalomem ludzi, którzy wyczekiwali na pociąg. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie był ani zmęczony, ni to szczęśliwy, czy rozłoszczony... W ciągu dziesięciu lat wyrobił sobie plan dnia i popadł w monotonię. Zdążył zapamiętać osoby, które wysiadały i wsiadały na tej stacji. Ale nigdy nie wysilił się na przychylny uśmiech dla takiej znajomej z widzenia twarzy. Nie rozglądał się dookoła. Szedł prosto przed siebie i nawet nie zauważył, że zdążyła zmoknąć mu marynarka a jego fryzura nieco oklapła. Zapomniał się na chwilę, zamknął oczy i zaczął zaciągać się orzeźwiającym powietrzem. Gdy padało, świat zawsze pachniał zupełnie inaczej. To odświeżenie nieco oczyściło jego myśli. Nie był świadom tego, że jego chwilowe roztargnienie spowoduje, że na kogoś omyłkowo wpadnie. Zderzył się z jakimś równie przemoczonym ubraniem co jego. Od razu oprzytomniał, otworzył szeroko ślepia. Jego wzrok padł na osobnika o długich, czarnych włosach, które zasłaniały mu większość buzi. Przez te kudły nie potrafił od razu zidentyfikować płci.
- Przepraszam. – westchnął tylko ociężale, niskim i spokojnym głosem.
_________________
 
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-12, 10:47   

Był tak nieprzytomnie zapatrzony w pociąg, że powód nagłego wstrząsu, który prawie zbił go z nóg, dotarł do niego dopiero kilka sekund później, kiedy już został przeproszony. Powoli podniósł głowę, nieznacznie odsuwając palcami mokrą grzywkę. Spojrzał w twarz mężczyzny, jakby siłą wyrwany ze snu, i tylko kiwnął nią lekko na znak, że nic się nie stało. A potem na powrót zagapił się na żelazną maszynę, wracając do swojego świata.

Może tym razem...

Znów istniał tylko zupełnie pusty, zalany zimnym deszczem dworzec, ciągnące się bez końca tory, czarna lokomotywa i on. Czekający. Na próżno, bo po raz kolejny w drzwiach żadnego wagonu nie pojawił się ten, dla którego tu przyszedł. Był tu również wczoraj. Nie zdążył na pierwszy pociąg, bo nad ranem zmorzył go wreszcie nerwowy sen... Ale przecież On na pewno wiedziałby, gdzie się udać, gdyby wreszcie wrócił. Takich rzeczy przecież się nie zapomina. Nie musiał tu przychodzić, ale robił to przede wszystkim dla siebie. Bo chciał go jak najszybciej znów zobaczyć, i już nie mógł znieść siedzenia i czekania samotnie w pustym mieszkaniu. Nieprzerwane, miarowe tykanie zegarów obijające się echem w martwej ciszy powoli i okrutnie doprowadzało do obłędu. Więc w końcu zmusił się do wyjścia, i nogi bezbłędnie zawiodły go w miejsce, gdzie widzieli się po raz ostatni. Pamiętał każdy szczegół z porażającą dokładnością, chociaż tego nie chciał. Stał tu wczoraj do odjazdu ostatniego pociągu, i stałby jeszcze dłużej, gdyby po dwóch godzinach nie odprawił go stróż, który przyszedł na nocną zmianę. W jego piersi wezbrało westchnienie, jednak utknęło tam przez przykry ścisk żołądka, jakiego doświadczył, kiedy pociąg ruszył dalej. Przetarł dłonią zmęczone oczy, wymuszając na sobie oddech. Nie czuł się zbyt dobrze. Od kiedy On go opuścił, praktycznie przestał jeść, nie mówiąc o spaniu i wychodzeniu z domu. Robił tylko absolutne minimum. Pewnie już dawno wyrzucili go z pracy, nie odbierał telefonów. Zrezygnował z życia, wszystko stanęło w miejscu. Zastygło w niemym oczekiwaniu na dzień, kiedy znów wszystko wróci do normy. I tak minął już ponad miesiąc, a szafkę nocną po lewej stronie łóżka, stojący na niej kubek po kawie, niedoczytaną książkę i wspólne zdjęcie pokrył kurz. Patrzył na to wszystko z roztargnieniem, jakby nie chcąc, żeby do niego dotarło, co to może oznaczać. Zimny podmuch wiatru wionął mu w twarz i zadrżał, na moment wracając do rzeczywistego świata. Był przemarznięty do kości. Poczuł ten chłód nawet w środku, a to było chyba nawet gorsze od pustki.

Musi wrócić. Przecież obiecał.

Stojąc tutaj, między tymi wszystkimi ludźmi, czuł się zupełnie odrealniony. A dworzec z każdym kolejnym pociągiem regularnie wzbierał i cichł, zupełnie jakby był morzem... Obserwując rozmyte kłębami dymu kształty znikających z horyzontu lokomotyw, zawsze czuł dziwne uczucie tęsknoty do miejsc, w które zmierzają. Miał irracjonalne wrażenie, że coś traci, nie siedząc tam w środku. Że omija go coś wartego poznania... A teraz rzeczywiście coś stracił, i ta tęsknota przybrała boleśnie realny wymiar, przyćmiewając wszystko inne, dławiąc w gardle i nie pozwalając spać. Nigdy nie lubił tu przychodzić. A szczególnie nienawidził pożegnań, dlatego wtedy uparcie milczał, gdy powietrze przeciął ostry gwizd i lokomotywa powoli wtoczyła się na stację, a On spojrzał na niego niepewnie, z wyczekiwaniem. Nie powiedział też zupełnie nic, kiedy stanął w drzwiach rozpędzającego się wagonu i przekrzykując dudnienie kół złożył obietnicę szybkiego powrotu. Patrząc, jak go opuszcza po prostu czuł, że rozpada się wewnętrznie, i nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Być może był to największy błąd, jaki mógł popełnić.

Teraz prześladuje go wrażenie, jakby od tego czasu minęły wieki.

Mimo to tęsknota nie jest ani trochę mniejsza. Codziennie wsuwając się pod kołdrę prawie traci dech, czując słabnący zapach Jego obecności. Rozpaczliwie próbuje go zatrzymać i zapamiętać przyciskając twarz do poduszki, jednak ma bolesną świadomość faktu, że poniesie porażkę. Czasami nawet samo oddychanie przysparza nieznośnych cierpień, kiedy następuje moment załamania i nagle cała nadzieja gdzieś znika… Wtedy z całych sił zaciska dłonie w pięści do momentu, aż ślady paznokci na wewnętrznych stronach nie wzbiorą krwią, a tętno nie zwolni szaleńczego biegu.

Więc tak to jest kogoś kochać, całym sobą.


Gdyby wcześniej to wiedział...
_________________
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-14, 20:27   

Zatrzymał się przed nim, chociaż to nie było konieczne. Przez moment stał, jakby mu nogi wrosły w ziemię. Jego brązowe ślepia przyglądały się uważnie twarzy tej mizeroty, która z nieprzymuszonej woli mokła w deszczu. Jego postura tak, jak zasłonięta twarz -sprawiała mu problemy z odróżnieniem płci. Na pierwszy rzut oka wyglądał na wątłego i słabego. W takiej kondycji prezentował się jak większość kobiet, które przez swoją filigranową budowę ciała wydają się mężczyzną atrakcyjne. Nic w tym dziwnego, że uważał go za płeć piękną - przynajmniej do momentu, aż ten nie odgarnął włosów. Chłopak miał małą, szczupłą, podłużną twarz i mocno zarysowany podbródek. Jego oczy były czarne jak węgiel. Wydały mu się puste. Licho wyglądał z cerą bladą jak śmierć.Wtem pomyślał, że stojąca przed nim osoba jest naćpana. W takich czasach Tobiasz zdążył się wiele nasłuchać o tych całych narkomanach. Brzydził się tymi wszystkimi używkami, twierdząc, że do szczęścia nikomu nie są potrzebne, że zażywają je tylko osoby o słabym charakterze, nie radzące sobie z rzeczywistością. Nie rozumiał, dlaczego branie narkotyków można traktować jako dobrą zabawę. Bo co w tym było takiego komicznego? Naprawdę, nie znosił ludzi zniewolonych przez swoje własne „rozrywki” i „przyjemności”. Przez własne uprzedzenie i tendencyjność nie za bardzo chciał trwonić czas na odurzonego czarnowłosego. Zresztą, nawet bez tego nie miał zamiaru tracić poranku. Za niecałe pół godziny zaczynała się jego pierwsza lekcja. Odkąd rozpoczął pracę w tej placówce, jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się spóźnić. Świadczyło to o jego nienagannej, zaangażowanej i obowiązkowej postawie do wykonywania zawodu.
Strużki wody zaczęły spływać po obydwu twarzach a wielkie, chłodne krople spadały z włosów za kołnierz. Cienki jedwab marynarki szybko nasiąknął i przylgnął do ciała Szweda. Głośny komunikat, który rozległ się po całym peronie szybko wyrwał go z kilkusekundowego zamyślenia. Pokusił się na grzecznościowy, pokrzepiający uśmiech, ni to z zadowolenia, ni to ze złości, który posłał chłopakowi - po czym go zwyczajnie ominął.
Niemal od razu zapominając o ,,pozbawionych treści” oczach szczeniaka, zaczął zmierzać w stronę schodów. Nie był świadom, że to niewinne zetknięcie zwiastuje ich kolejne spotkanie.

 ● ● ●


Powietrze przeszywa ostry gwizdek konduktora. Pięć wagonów staje przy peronie. Wysiada ta sama matka z dzieckiem, co wczoraj. Wysiada żołnierz w mundurze, który wraca do swojej jednostki, wychodzi studentka przecudnej urody, a za nią młody dorosły z twarzą naiwniaka. Za taką buzię z bródką powinni dawać dożywocie. Tuż za nim wlecze się rencista bez prawej nogi. Jakaś pani z tyłu nalega, by mu pomóc. Zaraz kalece przychodzi na ratunek młoda, skromnie ubrana brunetka. Służy mu jako dodatkowa podpora. Przez drzwi przechodzi para z dzieckiem i jeszcze kilku pełnoletnich. Pod koniec z pociągu wyłania się postać nauczyciela w średnim wieku – Tobiasza Storbjorna. I tylko temu jednemu nie spieszno. Bo może inni mają do tego powód?
Pal ich wszystkich licho.
Powiedział w myślach, gdy odchodzący ludzie zaczęli rozpływać się w tłumie. Deszcz był jeszcze bardziej obfity niż dnia poprzedniego. Na peronach kałuże rozlały się po betonie, tworząc naturalną przeszkodę dla ludzi, którzy muszą się przed nimi zatrzymywać, obejść je lub przeskoczyć . Czasem zawadzają o taką butem, innym razem ochlapują mętną wodą innych przechodniów.
Lustrował znudzonym wzrokiem to, co działo się przed nim. Dzisiaj też szedł powoli. I także nie miał parasolki. Po krótkiej chwili tego dość karkołomnego marszu w deszczu, przeciekał cały wodą. I wbrew temu, co można by myśleć, czuł się doskonale.
Już kompletnie wyleciała mu z głowy postać kruczowłosego. Szweda późno w nocy podwiózł do domu kolega z pracy, dlatego nie było żadnego sposobu, aby Ci dwaj zobaczyli się ponownie na dworcu. Storbjorn był spokojny – przekonany, że do dzisiejszego dnia ten chłopak oprzytomniał, wziął się w garść i już nie stoi bezcelowo w tak zatłoczonym miejscu.
_________________
 
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-16, 14:20   

Dzisiaj stał trochę na uboczu, oparty o brudną, wysmarowaną graffiti betonową kolumnę podtrzymującą wąskie zadaszenie peronu. Był w tym samym przemokniętym płaszczu co wczoraj, więc było mu w nim zimniej niż cieplej, i drżał. Pocierając o siebie ręce nieco apatycznym i lekko nerwowym gestem, bezskutecznie próbował się rozgrzać. Jego długie, szczupłe palce przypominały w dotyku sople lodu. Tym razem tylko lekko mokre, związane niedbale włosy rozwiewały raz po raz podmuchy wilgotnego wiatru, wzmagając okropne uczucie chłodu. Skulił się lekko. Dziś podczas drogi niebezpiecznie zakręciło mu się w głowie, więc wszedł do pierwszej lepszej piekarni i kupił sobie bułkę, którą zjadł szarpiąc palcami po kawałku i raz po raz spoglądając w szare, smutne niebo, bo znowu zanosiło się na deszcz. Oczywiście złapał go krótko przed tym, zanim doszedł w końcu na miejsce. Prowizoryczny posiłek jednak niewiele pomógł. Pociągnął lekko zakatarzonym nosem. Nie czuł się najlepiej. Starał się nie szczękać zębami, jednak raz po raz nie w porę powstrzymany gest wprawiał jego usta w drżenie, co przy jego żałosnym stanie wyglądało, jakby zbierało mu się na płacz. Był okropnie zmęczony i czuł, że gdyby nie kolumna, o którą się wspierał, byłoby mu trudno ustać. Jednak znów zwrócił wzrok na nadjeżdżający pociąg, jakby czekając na jakikolwiek znak, że jest chociaż cień nadziei.

Odbijające blade, nikłe światło poranka szyby zwalniających wagonów przywiodły mu na myśl ekran telewizora... wtedy, kiedy ostatni raz oglądał serwis informacyjny. Był wczesny wieczór. Próbował wyłączyć umysł za pomocą rozrywek tak błahych, jak telewizja, żeby po raz kolejny nie musieć powstrzymywać się od naciśnięcia zielonej słuchawki przy wybranym numerze kochanka. Rozmawiali zaledwie wczoraj, nie było powodu, by dzwonić także dziś. Zwłaszcza, że On był tam bardzo zabiegany. Projekt na tak dużą skalę wymagał całodobowego angażu. Postanowił więc biernie czekać na telefon, zamiast przeszkadzać mu w pracy. Tak będzie najlepiej. Ale tego dnia... Pamiętał dokładnie, jak w połowie jakiegoś mało ambitnego filmu, który nadawany był na jednym z losowych kanałów, który wybrał, przerwano emisję, żeby nadać specjalne wydanie wiadomości informujące o atakach terrorystycznych, które idealnie ze sobą zsynchronizowane, niecałe dwie godziny temu wysadziły trzy najbardziej zaludnione stacje metra NY w okresie największego ruchu. Jego serce na moment zamarło, kiedy dotarł do niego sens tych słów. Uświadomił sobie natychmiast, że podczas ostatniej rozmowy On mówił mu właśnie o metrze. Skarżył się, że codziennie musi odbywać długie podróże tym właśnie środkiem transportu z jednego na drugi koniec miasta, i często zdarza się to właśnie w godzinach szczytu, co jest bardzo niekomfortowe. Otwarł szerzej oczy, w osłupieniu wpatrując się w zdjęcia i nagrania z miejsc wybuchów, które przedstawiały okropne, pełne krwi, bólu i paniki obrazy. Wszystko stanęło na głowie, nikt nie wiedział, jak i dlaczego to się stało. Były setki ofiar śmiertelnych i jeszcze więcej rannych. Gdy tylko oprzytomniał na tyle, żeby myśleć logicznie, automatycznie sięgnął po telefon. Był tak zdenerwowany, że upuścił go na podłogę, przeklinając. Miał trudności z wpisaniem numeru, palce mu drżały. Kiedy wreszcie nacisnął klawisz połączenia, prawie od razu okazało się, że nie może być ono zrealizowane. Na chwilę wstrzymał oddech, usiłując przekonać samego siebie, że to jeszcze nic nie znaczy. Próbował wciąż i wciąż, aż do późna w nocy, obgryzając paznokcie do krwi. Czekał na jakikolwiek znak, że wszystko jest w porządku. Rano zastało go na tępym wpatrywaniu się w ekran komórki, której bateria była na wyczerpaniu. Kilka następnych dni spędził na ciągłych, coraz bardziej rozpaczliwych próbach nawiązania kontaktu. Potem przyszła apatia. Przestał wstawać z łóżka, tylko leżąc i wpatrując się w mały aparat leżący na sąsiedniej poduszce. Nienawidził go za to, że milczy jak zaklęty, odbierając mu sens życia. Z dnia na dzień przestał chodzić do pracy. Unikał wszelkich wizyt i telefonów, ponieważ nie było ważniejszych rzeczy ponad tę jedną, która właśnie rozgrywała się gdzieś tam w dalekim NY zupełnie bez jego udziału. Jedynym, co mógł zrobić, było czekanie, więc poświęcił się mu w całości, z uporem pielęgnując w sobie nadzieję, żeby móc walczyć z uczuciem beznadziejności, które rodząc się gdzieś w płucach żelazną obręczą utrudniało mu oddychanie.

Potrząsnął głową, żeby pozbyć się z niej przykrych obrazów. Walcząc z roztargnieniem skupił wzrok na tłumie wysiadających pasażerów, szukając gdzieś pomiędzy nimi tej charakterystycznej sylwetki i uśmiechu, który zawsze przypominał letnie słońce. Znowu nic. Ani śladu. Nie szkodzi, niedługo przyjedzie następny... Zacisnął jedną dłoń na rancie kolumny raptem czując, jak bez udziału woli zaczyna z wolna pochylać się do przodu. Przeklął cicho w myślach, z trudem prostując plecy, i zakrztusił się nagłym atakiem kaszlu. Zaczynała boleć go głowa i ledwo trzymał się na nogach. Poczuł, że jeśli zaraz czegoś z tym nie zrobi, może niespodziewanie stracić grunt pod nogami jeszcze przed przyjazdem kolejnego pociągu. Zmobilizował się więc i powolnym, nieco chwiejnym krokiem ruszył w kierunku tunelu prowadzącego do głównego budynku dworca. Zamierzał tam wypić gorący napój z automatu i rozgrzać się nieco, co na pewno doda mu sił. A potem wrócić i przywitać kolejną lokomotywę, której złowieszczy gwizd przetnie powietrze z szyderczą kpiną oznajmiając, że i tym razem nie ma czego szukać na tym ponurym, zalanym strugami deszczu peronie.
_________________
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-18, 12:02   

Szedł w deszczu powoli, tuż za całym tłumem, jakby beztrosko spacerując. W przejściu ogłuszał go ryk zapowiedzi pociągów. Jak zwykle, starał się nie patrzyć za siebie, kierował się do przejścia podziemnego, skąd wyjdzie na powierzchnię. Zerknął ukradkiem na elegancki zegarek tkwiący w jego kieszeni od spodni. Do rozpoczęcie lekcji miał jeszcze 20 minut. Wystarczająco, by utrzymywać to mozolne tempo i dostać się na czas do szkoły. Machając aktówką w dłoni wyglądał na beztroskiego. Najwyraźniej lubił chłód a deszczowa pogoda sprawiała mu nie lada frajdę. Z cukru nie był, wody się nie bał. Dlatego nie potrafił zrozumieć pośpiechu przechodniów. Starał się wyobrazić to, co mogą odczuwać, kiedy tak krzątają się zabiegani po stacji kolejowej w ucieczce przed ulewą. Cały gwar peronu jakby zanikał, milknął. Słychać jedynie szum z rozstawionych megafonów. Dodatkowe dźwięki tworzą spadające krople, przypominające brzmienie bębenka, albo trójkąta. Dowolna deszczowa piosenka różni się od poprzedniej, dlatego każdy opad uważał za tak bardzo niepojęty i niezwykły.
Zmierzał prosto, wzdłuż wyznaczonej ścieżki, uważnie stawiając stopy na nierównej powierzchni. Chyba już pięciokrotnie zdążył w swoim życiu zliczyć ilość dziur w podłożu, wiedział, że tych większych jest dokładnie 37, małych 28 i co tydzień ich przybywa. Naprawdę, albo jego życie było bardzo nudne, albo posiadał odbiegające od norm hobby.
Z zamyśleń krążących wokół fundamentów, wyrwał go widok znajomego czarnowłosego chłopaka.
Cóż za niespodziewanie spotkanie.
Zakpił w myślach, marszcząc przy tym brwi i nos. Czy naprawdę nie potrafił obrać innego miejsca na przechadzki? Dlaczego akurat dworzec? Są przecież przyjemniejsze miejsca dla takiej rozpaskudzonej młodzieży, na przykład galerie handlowe. Przynajmniej było tam ogrzewanie, nie dokuczała wilgoć a w twarz nie dmuchał zimny wiatr.
Westchnął tylko głęboko. Jak na złość losu zmierzali w tym samym kierunku. Czuł się jak jakiś śledczy, chodź podążał za nim tylko dlatego, że obydwoje chcieli wydostać się na powierzchnię. Dziwne, bo przecież jego obecność w ogóle nie powinna go obchodzić i rozjuszać. Nie mając jednak nic lepszego do roboty, zaczął katować swój umysł myślami o czarnookim. Zastanawiał się, czego tu tak zawzięcie szuka i dlaczego chodzi w jednym przemoczonym płaszczu. Czyżby sprzedał resztę ubrań aby mieć pieniądze na używki? A może nie był narkomanem, tylko bezdomnym? Postanowił to sprawdzić, niż jawnie osądzać o cokolwiek. Wchodził za nim po schodach zmierzających na górę z nietęgą miną. Szedł nieco zgarbiony, trzymając dłonie w kieszeniach od spodni.
Wiedział, gdzie powinien pójść, by dostać się do szkoły, jednak trochę zboczył z trasy. Utrzymywał odległość dwudziestu kroków, by chłopak niczego się nie domyślił. Brązowooki nie posądzał siebie o szpiegowanie. Uważał to za obowiązek społeczny. Tak, właśnie tak! Przecież ten człowiek może potrzebować pomocy. Może nie wie gdzie znajduje się przytułek dla bezdomnych? Albo uciekł ze szpitalu psychiatrycznego i teraz szukają go miejskie władze? A może dzięki temu zdarzeniu Tobiasz wykaże się uspołecznioną odwagą i zaprowadzi zbiegłego w należyte miejsce? Przez głowę przechodziły mu doprawdy niekonwencjonalne pomysły.
Po jednej i drugiej stronie wąskiej ścieżki, po której kroczyli, płynęły strumienie wody. Samochody na jezdni były niemal zanurzone po progi w opadłym deszczu, toczyły się wolno, wylewając spod kół fale spienionej cieszy. Zapewne nadal nadzorowałby poczynania czarnowłosego, gdyby mu nie przerwano. Niespodziewanie zatrzymał się przed nim jakiś pojazd. Drzwi otworzyły się i dziwnie znajomy głos powiedział do nauczyciela:
- Tobiasz! Ogłupiałeś? Gdzie Twoja parasolka!? Wsiadaj szybko! - rudy okularnik po czterdziestce wydarł się na Storbjörna. Ten ton głosu nie pozostawiał wątpliwości, że propozycja podwózki jest nie do odrzucenia. Sam geograf zmieszał się, przez chwilę stał w miejscu, jednak ponaglenia kolegi sprawiły, że wsiadł do środka, patrząc tylko, jak ściekająca z niego woda spływa po skórzanej tapicerce i wsiąka w miękki dywanik. Gdy ruszyli, mógł tylko przez szybę obejrzeć się za postacią przemoczonego do suchej nitki chłopaka.
- Na co Ty się tak tam patrzysz? – zapytał zdziwiony kierowca auta, zerkając na przyjaciela. Tobiasz jednak nic nie odpowiedział. Wzruszył tylko ostentacyjnie barkami na jego słowa, jednocześnie obwieszając zamknięcie tego tematu.
● ● ●

Dzień później, godzina 18:35. Znowu nie było za pięknie. Prócz nienajlepszej pogody, to nie zapowiadało się na nic, co chociaż trochę poprawi nastrój ludzi na stacji kolejowej. Każdy był jakiś posępny, znużony chłodną jesienią. O dziwo, dziś na peronie nie było zbyt dużego tłoku. Kasy świeciły pustkami. Pewnie dlatego jedna ze sprzedawczyń znalazła czas na odejście zza lady. Zrobiła to w dziwny sposób, nie uprzedzając o nagłym wyjściu swojej koleżanki siedzącej tuż obok. Zabrała tylko ze sobą rzecz, która znajdowała się w eleganckim, czarnym pokrowcu. Była dość przysadzista, nie miała dobrej kondycji, dlatego obawiała się zgubić z pola widzenia szybko przemieszczającego się kruczowłosego.
- Proszę pana! Proszę pana! – krzyczała za nim, by na nią poczekał. Kiedy w końcu się do niej odwrócił, wręczyła mu do rąk własnych długi, ocieplany, beżowy płaszcz z kapturem w ciemnym opakowaniu.
- Zostawił to dla pana jakiś wysoki, siwy mężczyzna w granatowej masce około siódmej rano. Niestety, nie podał mi o sobie żadnych danych. Kazał mi to tylko przekazać. – wydusiła z siebie na jednym wdechu, po czym zakasłała. Kobieta była ciekawską istotą, sama chciała wiedzieć, kim dla siebie była dwójka facetów, jednak nie spytała o to z powodu kultury osobistej.
_________________
 
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-21, 16:42   

Dziś opuszczał dworzec wcześniej, ponieważ czuł się jeszcze gorzej, niż wczoraj. Mimo, że po powrocie łyknął spore ilości jakichś leków, które były w podręcznej apteczce w mieszkaniu, choroba i tak postępowała, odbierając mu siły. Ledwie wstał z łóżka. Nie potrafił jednak odpuścić sobie wizyty na dworcu. Obawiał się jednak, że jutro już nie będzie w stanie przyjść, bo całkowicie opadnie z sił. A tego nie chciał. Między innymi dlatego pożyczył jeden z Jego swetrów, żeby założyć go na swój i tym samym zatrzymać przy sobie trochę więcej ciepła. Obchodził się z nim tak delikatnie, jakby był uwity ze snu, a nie z prawdziwej materii. Kiedy wtulał twarz w delikatną wełnę, wyczuł znajomą nutę Jego perfum, i przez to dziwnie zapiekły go oczy. Jednak stanowczo poskromił to, co gwałtownie wezbrało w jego wnętrzu. Skończył przygotowania i sięgnął po swój płaszcz; wzdrygnął się, dotykając go. Mimo tego, że w mieszkaniu było ciepło, wciąż nie zdążył wyschnąć, i nic dziwnego. Był przemoczony do suchej nitki po pamiętnej ulewie. A że należał do tego gatunku ludzi, którzy nie rozmyślają za wiele nad prozaicznymi rzeczami, nie przypuszczał, że zapasowy do czegokolwiek mu się przyda. Nie miał więc wyboru i założył na siebie chłodny materiał, uzupełniając kieszenie zapasem chusteczek higienicznych, bez których nie mógł się obejść. Idąc już nawet za wiele nie myślał, był zmęczony przywoływaniem wszystkiego wciąż i wciąż od nowa. Stawiał kroki mechanicznie, nawet nie patrząc na drogę. Po prostu się wyłączył, pozwolił strawić swoje myśli rosnącej wewnątrz pustce, która powoli i systematycznie sprawiała, że czuł się jak marionetka, a nie człowiek. Na początku było odrętwienie. Później jednak zamieniło się ono w coś większego i straszniejszego – brak. Czuł się niekompletny, niepełny. Przestał odbierać rzeczywistość, zatrzymał się; zupełnie, jakby ktoś włączył pauzę.

Właśnie przechodził przez hol głównego budynku dworca, miętosząc w zziębniętej dłoni kolejną chusteczkę i przyglądając się bezmyślnie ciemnym kafelkom w kształcie małych rombów, ułożonym w mało fantazyjny wzór. Raptem usłyszał jakieś nawoływania. Nie odwróciłby się nawet, gdyby nie to, że ich natężenie stopniowo rosło, jak gdyby ich nadawca zmierzał właśnie w jego kierunku. Przystanął więc i obejrzał się, pozwalając się dogonić jakiejś pulchnej damie w uniformie kasjerki. Całe to zdarzenie było dla niego zaskakujące, ale kiedy kobieta wyciągnęła w jego kierunku jakiś czarny pokrowiec, zrobiło się naprawdę dziwnie. Po plecach przeszedł mu okropny dreszcz i poczuł niemiły skurcz żołądka. A potem usłyszał, że to podarunek od jakiegoś siwowłosego mężczyzny w masce. Zmarszczył brwi. W jego głowie prawie natychmiast pojawiła się myśl, że nie może tego przyjąć. To absurdalne, przyjmować jakieś niewiadomego pochodzenia rzeczy od obcych ludzi. Podarunek? Siwowłosy mężczyzna? W masce?... Usiłując odkryć jakikolwiek związek między sobą, a wymienionymi rzeczami zagapił się niewidzącymi oczami na panią w uniformie na co najmniej pół minuty tak, że ciekawość, z którą śledziła go wzrokiem zastąpiona została przez zakłopotanie i uczucie dyskomfortu. Zdawała się wiedzieć nie więcej niż on, inaczej nie patrzyłaby na niego z takim głodem informacji wypisanym na twarzy. Trochę nie w porządku byłoby powierzyć jej zadanie zwrotu tej rzeczy, więc w końcu sięgnął po nią, przejmując na siebie ten przykry obowiązek. Była dość miękka w dotyku. Musiał jednak wiedzieć jedną rzecz, więc w końcu z trudem dobył zachrypniętego, dawno nie używanego głosu:
- Dziękuję... - tu zakasłał cicho i skrzywił się, bo jego gardło przeszyła setka szpilek - On... To znaczy ten mężczyzna... często się tu pojawia?
Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi postanowił jednak obojętnie w jakim stanie przyjść jutro i znaleźć tego człowieka, ponieważ sprawę należało załatwić, zanim nie ulegnie przedawnieniu. Szybko pożegnał kobietę i opuścił miejsce, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek pieniędzy na leki, które utrzymają go w stanie względnej używalności dnia jutrzejszego. Niechciany balast ciążył mu na ramieniu, stanowiąc jeszcze jeden kamień przyginający do ziemi jego zmęczone ciało.

Ranek był istnym piekłem, nie tylko z powodu dolegliwości fizycznych. Wczoraj okazało się, że nie odbierane telefony w końcu skutecznie się na nim zemściły, materializując w osobie wściekłej i zmartwionej kobiety, która stała pod jego domem. Dotychczas na różne sposoby udawało mu się uniknąć konfrontacji face to face z ludźmi, którzy uważali się za jego przyjaciół. Teraz jednak było już za późno. Jak można było przewidzieć, chociaż osóbka płci pięknej była dość drobnym stworzeniem, zrobiła mu piekielną awanturę, brawurowo wdzierając się do zapuszczonego mieszkania. Była jak huragan, a on nie bardzo miał chęć walczyć z szalejącym żywiołem. Odpierał tylko co bardziej absurdalne zarzuty i dusił się kaszlem z oburzenia. Miarka się jednak przebrała, kiedy potwór w kobiecej skórze zaczął bezceremonialnie ruszać i przestawiać z miejsca na miejsce Jego rzeczy, które przykryte warstwą kurzu stanowiły coś w rodzaju dziwnej pamiątki, albo "skracacza czasu" sprawiając wrażenie, że ich użytkownik zniknął tylko na chwilę i zaraz wróci. W mocnych słowach powiedział, że nie jest mile widziana i ma natychmiast opuścić mieszkanie. Wywiązała się kłótnia, padły ostre słowa. Miał kaca moralnego z powodu tego, co wczoraj powiedział. Nie zamierzał jednak przepraszać. On też usłyszał wiele niesprawiedliwych słów, które teraz tłukły mu się w głowie. Z niektórymi jednak trudno się było nie zgodzić… Westchnął ciężko i zażył kolejną dawkę leków tłumiących objawy zapalenia płuc, które beztrosko sobie hodował, wychodząc w taką pogodę. Chyba rzeczywiście powinien się poważnie zastanowić na tym, co robi ze swoim życiem. Musi w końcu wziąć się w garść. Lecz jeszcze zanim spróbuje zrobić ze sobą porządek, musi załatwić tę dziwną sprawę, która wywiązała się wczoraj. Był już gotów do wyjścia, ale jeszcze zanim opuścił mieszkanie, ostrożnie rozpiął suwak pokrowca żeby zobaczyć, co się pod nim kryje. Wczoraj wypadło mu to z głowy, bo zaraz po kłótni padł bez życia na łóżko i zasnął na kilka godzin. Jego oczom ukazał się jasny, ładnie skrojony płaszcz z kapturem, dobry jakościowo i bardzo miękki w dotyku, co wskazywało na to, że był dobrze ocieplany. Gapił się na niego minutę, a potem potrząsając głową zapiął zamek. Czyste szaleństwo. Zarzucając go na ramię szybko wyszedł na zewnątrz. Po drodze zastanawiał się, gdzie najlepiej szukać mężczyzny, i kim on może być. Jedyną opcją na którą wpadł, która jednak była równie mało prawdopodobna jak inne, było to, że tajemniczą osobistością był ten, który pierwszego dnia wpadł na jego przemoczoną osobę na peronie. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć twarzy tego osobnika, a co dopiero koloru jego włosów. Był zbyt nieprzytomny, żeby mu się przyjrzeć, czego teraz trochę żałował. Poza tym dlaczego tamten człowiek miałby to robić? Na pewno już dawno zapomniał o tym zdarzeniu i zajął się ważniejszymi sprawami. Postanowił jednak spróbować wypatrzyć go na tamtym peronie. Przynajmniej do odjazdu pierwszego pociągu. Później zastanowi się, co dalej. Skierował więc kroki ku kolumnie na uboczu, przy której stał ostatnio. Stamtąd posiadał dobry widok na wysiadających, na czym mu zależało. Ścisnął kurczowo pokrowiec, który choć trochę osłaniał go przed zimnym wiatrem, i zerknął na duży, wiszący zegar. Już niedługo. Przymknął podkrążone szarawymi cieniami oczy, póki nie usłyszał gwizdu lokomotywy. Przygryzł nerwowo wargę. Trzeba było się skupić i znaleźć choć jedną z osób, na której zobaczeniu dziś mu zależało.
_________________
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-25, 15:54   

W miarę jak pociąg wjeżdżał na peron, zwalniał stopniowo, w końcu ustał. Tym razem przyjechał punktualnie, co zdarza się przy złej pogodzie nieczęsto. Podróżni powoli wychodzą na zewnątrz. Znów powtarza się ten sam cykl, wysiadają Ci sami pasażerowie co uprzednio. Po raz kolejny śpieszą się do pracy, na wykłady, zżera ich tęsknota za bliskimi, których lada ujrzą. Wśród tego zbiegowiska, tłumu, który powstał na placu, brakowało jednej osoby, elementu, który spajał ciąg monotonii w całość. Nie było go. Nie było siwego mężczyzny w granatowej masce. Czyżby nie opuścił przedziału? Nie, tam też przebywał. Nie znajdował się ani w korytarzu, nie zaciął się w ubikacji, nie sterczał przy konduktorze, nie zagadał się z maszynistą. Ot tak, nie przyjechał. Ta sama sytuacja powtórzyła się kolejnego dnia i następnego i jeszcze dalszego. Powtarzała się cały tydzień. I nikt prócz wyczekującego zanim czarnookim nie interesował się jego osobą. Bo tak naprawdę nikt nie znał geografa, chociaż widywali Storbjörna w tym samym miejscu codziennie. Tobiasz jak żył nie zagaił do żadnego dorosłego w trakcie jazdy, lub na stacji. Traktował ich jak obcych, intruzów. Pogrążał się we własnych myślach, kalkulował, rozważał problemy pierwszego świata. Może przebywał ciałem w gronie pasażerów, ale duchem był daleko. Za tymi wszystkimi pagórkami i domami, które mijał podczas podróży, za lasami, rzekami i jeziorami. Od dawna żył w swoim świecie ideologii, praw, których winien się trzymać. I nie znajdował tam miejsca dla osób postronnych. Traktował wszystkich wokoło jak powietrze. Nic więc dziwnego, że ktokolwiek nie potrafił się o nim wypowiedzieć. Wiedzieli tylko jaki jest z zewnątrz, ale co więcej? Imię, nazwisko, miejsce pracy lub zamieszkania? Hobby, zainteresowania, upodobania? A może przynajmniej barwę głosu zapamiętali? Bezwyjątkowo, żaden mierny człowiek nie potrafił odpowiedzieć na takie pytania.
- Może coś mu się stało? – odezwała się kobieta stojąca tuż za czarnowłosym. Była to ta sama, która wręczyła mu pięć dni temu płaszcz. Jej błękitne oczy jakby zostały przesłonięte przez ciemne chmury, które na nowo zapowiadały deszcz. Miała smutny i zatroskany wyraz twarzy. Najwyraźniej nie tylko ona pragnęła rozwikłać zagadkę z zamaskowanym mężczyzną. Poklepała kilkakrotnie chłopaka pokrzepiająco po plecach, po czym wróciła na swoje stanowisko.
● ● ●

Przystań kolejowa. Niby całkiem sympatyczne miejsce, jeśli nie wyczekujesz pociągu, nie stoisz i nie spodziewasz się powrotu bliskiej Ci osoby, kiedy nie obchodzi Cię, że Twój transport się opóźnia, gdy czas nie ma dla Ciebie znaczenia, może przelatywać przez Twoje palce, a Ty - nieaktywny i nieprzygotowany, obserwujący swoje życie z boku - z cieniem uśmiechu na ustach się na to zgadzasz. W tym zagmatwanym wywodzie znajdzie się wyjaśnienie, dlaczego właśnie Tobiasz lubił to miejsce. Sam nigdy się nie spieszył, separował się od społeczeństwa, nie posiadał rodziny, która mogłaby do niego przyjeżdżać w odwiedziny. Był typowym samotnikiem izolującym się, na ile mógł, od codzienności. Brakowało w nim empatii, dlatego tym dziwniejsze było jego zachowanie w stosunku do chłopaka, którego po raz kolejny zobaczył na dworcu.
10 listopada, tydzień później, godzina 21:45. Wieczory o tej porze roku były już naprawdę chłodne. Wiatr dawał jasno do zrozumienia, że niedługo nadejdzie zima. Szara rzeczywistość przytłaczała to miejsce. Tylko przepiękna srebrzysta tarcza księżyca ratuje te nieprzychylne warunki atmosferyczne. Miasto pogrąża się w ciemności. Storbjörn sunął niespiesznie po peronie, lustrując mijających osobników raczej nieprzyjemnym spojrzeniem ciemnych ślepi. Zatrzymał się tuż za ławką, na której siedział czarnooki. Stanowczo nigdzie indziej się nie wybierał.
- Nadal tu jesteś? – prychnął tylko, ledwie ukrywając uśmieszek, który zrodził się na jego ustach gdy odnalazł, hm..swoją zgubę. Przysiadł obok niego, księżyc zaś bezlitośnie błysnął mu po twarzy. Odwrócił wzrok w jego stronę, z przyzwyczajenia wciskając dłonie w kieszenie spodni.
- Mam nadzieję, że płaszcz się przydał. – dodał po chwili zmieniając zupełnie temat. – Słyszałem, że były z nim problemy. Ta pani powiedziała mi, że nie za bardzo chciałeś go przyjąć. – przeszywał go swym brązowookim spojrzeniem na wskroś. Jego głos jak zwykle był cichy. Wyglądał na spokojnego i dobrze nastawionego do rozmowy. Nagle jego telefon zaczął wibrować w czarnym płaszczu. Nie przejął się tym, z głębokim westchnięciem i cierpkim uśmiechem na ustach odrzucił połączenie.
- Teraz nikt nam nie powinien przeszkadzać. – dodał stanowczo.
_________________
 
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-26, 12:31   

Nie odwrócił głowy, słysząc skierowane do siebie słowa. Wzrok wciąż miał utkwiony w księżycu, który hipnotyzował swoim srebrnobiałym blaskiem, niczym latarnia na tle czarnego jak atrament, niezmierzonego nieba. Nie bał się, jeszcze wszystko było mu zbyt obojętne. Silny wiatr unosił mu włosy, a te okalając jego twarz pieściły ją lekkimi muśnięciami, które były niczym delikatna pieszczota kochanka. Odezwał się dopiero, kiedy przybysz zasiadł obok, powoli zwracając na niego wzrok i odsuwając kruczoczarne kosmyki.
Ostatni raz. – Westchnął, po czym uśmiechnął się słabo na dalszą część monologu. Dziś miał ten płaszcz na sobie. Po dość ciężkim zapaleniu płuc nie mógł sobie już pozwolić na wybrzydzanie i chodzenie w tej mokrej szmacie, którą stało się jego poprzednie odzienie. Leżąc na swoim łożu boleści i krztusząc się powietrzem miał czas, żeby przemyśleć kilka spraw, i zrobił to z należytą dokładnością. Oczywiście nie był wtedy sam. Zaopiekował się nim kolega z pracy przysłany przez kobietę, z którą wcześniej się kłócił. Dobre serce nie pozwoliło jej zostawić go w spokoju. Pewnie myślała, że mężczyzna lepiej poradzi sobie z przemówieniem mu do rozumu. Przyszedł w samą porę, żeby zobaczyć go w najżałośniejszym stanie, jaki można było sobie wyobrazić. I niewiele mówiąc, co było najlepsze dla nich obu, po prostu się nim zajął. A on paradoksalnie im gorzej się czuł i wyglądał, tym klarowniejsze stawały się jego myśli. To było tak, jakby odchorowywał wszystko, co działo się w jego umyśle; jakby cały ból trawiący jego świadomość przeniósł się na ciało, wreszcie dając mu możliwość trzeźwiejszego osądu sytuacji. Powoli i z dużym trudem doszedł do wniosku, że najwyższy czas się otrząsnąć. Rozpoczął mozolne próby składania swojej codzienności od nowa, na początek kreśląc plany w głowie, żeby następnie postarać się zamienić je w czyny. Nigdy nie przypuszczał, że będzie to aż takim wyzwaniem... W końcu będąc lekarzem był przyzwyczajony i odporny psychicznie na trudne sytuacje, a ta teoretycznie nie była gorsza od tragedii, które codziennie rozgrywały się na salach szpitalnych. Więc co sprawiało, że tak długo nie chciał się z tym pogodzić? Wspomniał matkę i uśmiechnął się do obrazu, który wszczepił sobie do umysłu siłą, żeby zamazać ten okropny widok jej truchła we wraku samochodu, który jako ostatni wrył mu się w pamięć. Z nią było tak samo. W końcu stracił kogoś, kto był mu najbliższy. I wiele lat później wreszcie odnalazł osobę, przy której poczuł coś cudownego – że znowu znalazł swoje miejsce na ziemi. A teraz historia miała zatoczyć koło, przed czym bronił się rękami i nogami. Niedawno uświadomił sobie, że przeszedł wszystkie fazy żałoby, które zawsze obserwował u krewnych pacjentów, dla których nie było już nadziei. Wiódł go niewyraźny, nieokreślony lęk, który gdzieś w środku szeptał, że to się znów stało, i utracił filar, na którym wspierały się podstawy jego posklejanego świata. Najpierw wszedł w fazę szoku i zaprzeczenia, która była jednym wielkim niespokojnym snem wariata. Potem przeszedł do dezorganizacji zachowania połączonej z depresją, z której najtrudniej się było podnieść. Teraz powoli i mozolnie następowało pogodzenie się ze stratą. Jednak między zaprzeczeniem a depresją brakowało jednego bardzo ważnego etapu – złości i buntu, które były ważnym elementem oczyszczenia. Wszystkie gwałtowne emocje zostały zamknięte gdzieś głęboko w klatce i przykryte ciemną kurtyną, aby nigdy nie ujrzały światła dziennego. Nie było to najlepszym rozwiązaniem, jednak finalnie znów wylądował tu. Ale tym razem przyszedł się pożegnać. I tak naprawdę list, który przyszedł kilka dni wcześniej, i który wychodząc dziś znalazł w skrzynce, niczego nie zmienił. „Gdzieś w głębi duszy wiedziałem o tym dużo wcześniej...” zmiął papier w dłoni, i po chwili stania w miejscu w głębokiej zadumie ruszył w dalszą drogę. Po drodze kupił różę, którą po prostu rzucił pod koła ostatniej odjeżdżającej tego dnia lokomotywy. A potem usiadł na ławce i patrzył na wschodzący księżyc, wspominając najlepsze chwile i delektując się nimi. I tak zastał go człowiek, który teraz usiadł obok.
Nie zwykłem przyjmować podarunków od zupełnie obcych mi osób. – Stwierdził spokojnie na domniemany zarzut jasnowłosego. – Jednak jak widać w końcu się przełamałem. I jestem… – tu szybko zastanowił się, jak zwrócić się do niego, ale wyglądał na starszego, więc finalnie wybrał opcję najbezpieczniejszą – …panu winien podziękowania.
Zakaszlał i poprawił gruby szal owinięty wokół szyi. Nie był jeszcze do końca zdrowy, choroba nie chciała odpuścić. Prawdę mówiąc powinien jeszcze przynajmniej tydzień nie wychylać nosa z domu. Uparł się jednak, że skoro już może się poruszać o własnych siłach, sam się sobą zajmie, i takie były tego efekty. Był jeszcze straszliwie blady i miał czerwonawe cienie pod oczami, co upodabniało go do ćpuna, za jakiego z początku wziął go mężczyzna, albo do głodnego wampira, za którego zapewne brały go włóczące się po dworcu nastolatki o wybujałej wyobraźni. Ale dziś już przynajmniej potrafił wygiąć usta w coś na kształt słabego uśmiechu i nie tracił kontaktu z rzeczywistością. Spojrzał na niego uważnie, próbując odczytać zarówno jego rysy twarzy, jak i intencje. Na szczęście światło niedalekiej latarni pozwalało na to w stopniu zadowalającym. W reakcji na ostatnie wypowiedziane przez ciemnookiego mężczyznę zdanie delikatnie zmarszczył brwi; ten najwyraźniej czegoś od niego chciał.
_________________
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-07-02, 08:51   

Przeniósł wzrok na puste tory kolejowe. Najwidoczniej dzisiaj już nic nie przyjedzie, przynajmniej tak obstawiał, choć całego rozkładu jazdy na pamięć nie znał. Z jednej strony o to się najbardziej obawiał, bo najwyraźniej nie będzie miał czym wrócić do domu. Tak, to ewidentnie jego wina, zasiedział się i po raz pierwszy nie pomyślał naprzód. Obecnie obydwu otaczała jedynie ciemność, pustka, nikt nie mógł im w tym momencie przeszkodzić. To nie tak, że dokuczała mu ta cisza, Szwed przepadał za opustoszałymi przestrzeniami, jednakże chciał stąd wyjść. W nocy wzrasta szansa na okradnięcie czy pobicie, albo dwa w jednym przy natknięciu się na wyrostków z IQ poniżej 30. Nie, nie bał się tego typu ludzi, po prostu z reguły nie przepadał za wchodzeniem w konflikty, wolał postać z boku. W dodatku dzień go nie oszczędził, najpierw problemy i sprzeczka z najlepszym przyjacielem, potem komplikacje w pracy a na koniec czekała go jeszcze papierkowa robota nad którą miał spędził całą noc. O, co to, to nie. O ile go pamięć nie myli to po raz pierwszy w historii się zbuntował, odstawił dokumenty, wyszedł ze szkoły przed południem i tyle go widziano. Większość czasu przesiedział w kawiarence ze swoją nowo zakupioną książką z pobliskiej księgarni. Był zadowolony ze swojej decyzji jaką podjął, nie przejmował się nawet swym kolegą, który go przez cały ten czas poszukiwał na mieście. Potrzebował odpoczynku, ponieważ powoli zaczynała dopadać go rutyna, a chyba nie ma na świecie nic gorszego od monotonii, kiedy to jesteś na sto procent przekonany, że ten dzień zleci tak samo jak uprzedni, że znów nic ciekawego Cię nie spotka. Nie wiedzieć dlaczego chciał z kimś porozmawiać, niemniej jednak do tego nie potrzebował angażować znajomych. Pragnął zachować o sobie opinię człowieka jakiego jeszcze nigdy nic nie poruszyło, statycznego twardziela, który na każdym kroku wykazuje się konsekwentnością. Co więcej, on nigdy nikomu nie próbował się wyżalać, czy zwierzyć się z problemów. Choć przypominał głaz nie do ruszenia, to w środku zawsze po cichu cierpiał. Przysiadając się do osoby która jego zdaniem również potrzebowała pomocy nie wiedział na co liczy. Zresztą, w obecnej chwili nie zamierzał mówić o sobie, wolał dowiedzieć się czegoś więcej o mężczyźnie, który spędzał na peronie o wiele za dużo swojego czasu. Przyjrzał mu się jeszcze raz, jego sylwetce. Mizernie się prezentował, tak jakby schudł w szybkim odstępie czasu, na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że coś było z nim nie tak.
- Nie przesadzaj już z tą grzecznością. Jestem Tobiasz, zwracaj się do mnie po imieniu. – oznajmił głębokim, nawet nieco szarmanckim tonem. Nie mieli co robić podchodów, w końcu znaleźli się w takim a nie innym miejscu i w czasie, mogliby nawet nawiązać znajomość i zwyczajnie porozmawiać. Mimo zmartwień, srebrnowłosy prezentował swój łagodny uśmiech, chciał wprowadzić pogodną atmosferę.
- Kiepsko wyglądasz. – rzucił z pełną szczerością w głosie, lustrując jego cienie pod oczami. Bardziej wrażliwa osoba w takim momencie zrobiłaby zmartwioną minę, jednak temu żaden mięsień nawet nie drgnął. Wypowiedział się na temat nieznanej osoby z tymi lekko uniesionymi kącikami ust, które mogłyby zostać odebrane na opak, chociaż trzydziestolatkowi naprawdę nie o to chodziło, żeby szydzić z kruczowłosego. Może w ogóle nie powinien zwracać uwagi na tak oczywistą sprawę, jednakże chciał zrobić jakiś wstęp dla swojej dłuższej wypowiedzi.
- Mamy końcówkę listopada, sam jak zaraz się stąd nie ruszę to chyba zamarznę. Nie za bardzo rozumiem jak tutaj codziennie godzinami wytrzymujesz. – dał ciemnookiemu wskazówkę, że zna jego zwyczaje, że często widywał go na stacji i nie jest to dla niego obojętne jakby się nawet samemu Tobiaszowi wydawało. W pewnym momencie przeszedł go zimny dreszcz, mimo, że był mocno opatulony to i tak odczuwał chłód.
- Chcesz tu dalej siedzieć? – zapytał spokojnie, swym łagodnym tonem. Sam nie wiedział skąd posiada w sobie takie coś jak dobroduszność. W końcu przez lata upozorowywał siebie jako człowieka bez empatii.
_________________
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,34 sekundy. Zapytań do SQL: 8