Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Rezydencja - salon
Autor Wiadomość
Marc
[Usunięty]

Wysłany: 2013-04-22, 16:32   Rezydencja - salon



Nie był to stary, szlachecki dwór, ale jeden z tych nowych, świeżych budynków wznoszonych z myślą o gromadzeniu i pożytkowaniu wszelkich dostatków. Obecnie, dotkliwie zraniony pazurem czasu i zaniedbania, stanowił bardziej relikt przeszłości, obraz szeroko pojętej nędzy i rozpaczy.

Państwo Sabaud ulokowali swoją rezydencję na rozległym, trawiastym dziedzińcu. Słońce rozszczepiane w wierzchołkach wysokich traw wąskimi smugami wpadało do izb, okrywając całe pomieszczenia ciepłą pierzyną fotonów.
Budynek był kamienny, pobielany, kryty gontem, rozległy i dwupiętrowy, ze staroświeckimi oknami i z gankiem.
Obejmował 5 pokoi mieszkalnych łącznie z salonem, 4 pokoje dla służby, 3 łazienki i 3 sypialnie, schowki, spiżarnie, użytkowe poddasze i inne zakamarki.
Obecnie brunet zajmował tylko jeden z pokoi, reszta stała i marniała.

Posiadłość swoje najlepsze momenty miała już dawno za sobą. Destrukcyjny upływ lat stopniowo rozszarpywał domostwo, niczym wygłodniałe lwy dopiero co upolowaną zdobycz.
Tutaj, nad domem Sabaudów, zaczęło być cicho i samotnie. Aż ciężko powiedzieć, ile miesięcy minęło, odkąd ktoś po raz ostatni przyciął tutejsze krzewy róży, czy uporządkował sponiewierane podwórze. Chociaż nieubłaganie płynęły dni za dniami, lata za latami, budynek stał pusty, niezainteresowany tym, co działo się gdziekolwiek indziej. Wiosny i lata grały mu orkiestrą ptasich ćwierków, jesienie spowijały tańcem złotych liści i smagały zawzięcie harpunami wiatru, zaś zimy maskowały śniegiem i dekorowały przydługimi soplami lodu.
Świat zapomniał o tym miejscu i tylko niebiańskie sklepienie w bezchmurne noce zapalało miriady gwiazd, które lojalnie towarzyszyły rezydencji, jak za dawnych, szczęśliwszych czasów.
Zdawało się, że dwór wstrzymał oddech tamtej pamiętnej chwili, kiedy młody Marcus po raz ostatni zamknął wejściowe drzwi. Dopiero teraz, po trzech długich latach, ściany mogły znowu odetchnąć świeżością, pozbyć się zapachu starości i stęchlizny.

Przedmioty w środku świadczyły o życiu, które mija, lecz się nie zapisuje. I tylko ten jeden obraz w salonie wyglądał wciąż tak samo. Zupełnie, jakby niewrażliwy był na jakiekolwiek zmiany. Zupełnie, jakby jako jedyny tutaj przechowywał wciąż pełną wiedzę o wszystkim, co kiedykolwiek tutaj zaszło. Ostatnia w tym miejscu kolebka i ostoja autentycznej, niezdegradowanej historii wisiała na ścianie, drażniąc za każdym razem oczy jedynego mieszkańca tego ogromnego przybytku.

-----------------------------------------------------
Pukanie do drzwi wyrwało go z letargu. Otworzył oczy, jednak ciężkie powieki opadły bezwiednie i dopiero po sekundzie ponownie rozwarł je, wypuszczając na świat ciekawe spojrzenie. Machinalnie poderwał się na równe nogi i zerknął na telefon. 17:58.

- Punktualny, jak zawsze. - uśmiechnął się w duchu i skierował w stronę drzwi. Chwycił za klamkę i zamaszyście pociągnął w swoją stronę. Stare, nieoliwione wrota zapiszczały bezlitośnie, jakby usilnie próbowały krzykiem wystraszyć potencjalnych gości.

- Cześć... cieszę się, że już jesteś. - rzekł i naruszając nieco elementarne przykazanie skromności i powściągliwości, dokładnie zlustrował brązowookiego.

- Niewiele się zmieniłeś. - rzucił szybko, wykrzywiając usta w łagodnym uśmiechu. - Wejdź, czuj się – jak zawsze zresztą – swobodnie... - wykonał zapraszający ruch dłonią, a sam wsunął się w mroki swojego opustoszałego mieszkania...


[Dziękuję ślicznie Lucasowi za ilustrację ;)]
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-04-25, 21:16   

Cały ranek nie mógł wstać z łóżka, gdyż był nie przyzwyczajony do spożywania na raz takiej ilości alkoholu, jakiej zażył wczoraj. Nie mógł dojść do siebie, przynajmniej przez pierwsze godziny. Do obiadu zdążył zebrać swoje siły.
Od dwudziestu minut szukał drogi. Oznakowanie było fatalne. Czy on naprawdę nie pamiętał? Czy zapomniał, jak udał się tutaj po raz pierwszy? Jak targały nim emocje, kiedy był zmieszany? Oczywiście, nie zapomniał. Chociaż to stare i już zamierzchłe czasy, do których raczej nie powinien wracać, chyba iż chciał bardziej upaść na umyśle. Więc czemu się pomylił? Dlaczego szukał właściwej drogi? Znów zabrakło mu pewności, by zaufać swojej intuicji. A bywała ona bezbłędna, zwłaszcza przy orientacji w terenie. To nie poprawne, by geograf zabłądził. Wstyd mu było z tego powodu. By zaspokoić swoje sumienie, zwalił wszystko na alkohol.
Posiadłość państwa Sabaud znajdowała się na ulicy, której Tobiasz za często nie odwiedzał. Mieszkał po drugiej stronie miasta, więc byłoby to nielogiczne, gdyby nagminnie szwendał się po tak oddalonych okolicach. W całym Chicago nie ma takiego miejsca, które równie mocno odpychałoby od siebie jasnowłosego. Przez trzy lata było mu dane nie spędzać tutaj swojego życia. Niestety, nie mogło to być możliwe na dłuższą metę. Marcus się odezwał. I raczej nie było to spodziewane. To spotkanie będzie jeszcze bardziej kłopotliwe, niż te wszystkie, wcześniejsze. W sumie, to telefon od bruneta po trzech latach nieobecności wydawał się niestosowny. Zwłaszcza, że Storbjörn miał mu wyświadczyć przysługę. Miał mu pomóc w znalezieniu pracy. Najwyraźniej coś przestawiło mu się w głowie, bo Marcus zapragnął być nauczycielem. Mógłby się przynajmniej nauczyć, że nie jest małym dzieckiem i nie zawsze jego kaprysy będą spełniane. Mężczyzna nieco się wahał. Był przekonany, że ten nie nadaje się na pedagoga. Mógł wmawiać sobie, że Russell, się nie zmienił, ale jeśli nie był w stanie zrozumieć zmian jakie mogły w nim zajść, to chyba był zaślepiony, albo nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Żal jaki kumulował się w jego sercu od tamtego czasu w dalszym ciągu zalegał na dnie, osiadał jak ciężki pył, cały czas sprawiając, że nie miał chęci do utrzymywania kontaktu z Marcusem. A mimo tego wszystkiego, postanowił dać mu szansę. Jedną, jedyną. Wstawił się u dyrektora w jego sprawie. Zrobił co mógł, aby tamten otrzymał stanowisko nauczyciela fizyki w szkole McLaren. Niespecjalnie pluł sobie w brodę z tego powodu. Może nie uchodził za altruistę, ale nie chciał pozostawić go samemu sobie. Zwłaszcza po takim czasie, kiedy w końcu wrócił na stare śmieci. I chyba nie miał nikogo znajomego, do którego mógłby zwrócić się o pomoc. Może to sprawiło, że odezwał się właśnie do geografa? W każdym bądź razie, gdyby go teraz tak zostawił, to bolałoby to Tobiasza jak diabli. Chciał po prostu być dla niego dobry. Przynajmniej stworzyć takie odczucie. Nie wynikało to już z zobowiązania, jakie złożył wcześniej zmarłemu Czeczenowi. Robił to bez przymusowo. Zawsze chciał być wolny i niezależny, nie podejmując decyzji pod żadnym naciskiem.
Ten ogromny dom stał na krańcu rozległego pola. Sam budynek sprawiał wrażenie ponurego. Zdawało mu się, że czas uległ niedzielnemu upałowi, stając się całkiem plastyczny - wdech podejrzanie rozciągał w takcie serca, podobnież z krwią pulsującą niezbyt miarowo w żyłach. Chciał jeszcze pięciu minut na przebudzenie się, na oddech, na życie. Ale czas go naglił. Musiał iść. Przekroczył furtkę, podążał wyznaczoną ścieżką, prosto do drzwi frontowych. Ostatecznie, dotarł. Odstawił na moment ciężką, skórzaną aktówkę i sięgnął do kieszeni po zegarek. Był jeszcze przed czasem, czyli idealnie. Zapukał. Całkiem po ludzku ciekaw był, jak bardzo zmienił się Sabaud. Zamruczał gardłowo, z wyraźnym rozdrażnieniem. Przed wejściem dzierżył pewne obawy. Był niemiłosiernie wymagający, gdy chodziło o zapełnianie w dobie swojego cennego czasu. Miał nadzieję go zastać. Przecież bywało z nim różnie. Przez to zawsze nie do końca traktował go jak poważnego człowieka. Zapatrzył się w milczeniu na zniszczone przez czas miejsce. W tym starym domu kruszyły się chyba cegły. Przynajmniej takie miał wrażenie. Widać, że czas go nie oszczędzał. Przydałaby się ekipa remontowa, ale wiadomo, nie każdego stać na restaurowanie tak wielkiego obszaru. Chociaż, Marcus nie powinien narzekać na brak funduszy. Przynajmniej było tak, kiedy jeszcze się z nim zadawał. Po chwili usłyszał cichy rumor za drzwiami. Czyżby brunet uciął sobie drzemkę pod jego nieobecność? No ładnie.
- A Ty, jak zwykle, spałeś. Przynajmniej wiadomo, że u Ciebie także po staremu. - no cóż, faktycznie. Obydwoje, tacy sami, jak trzy lata temu. Może tylko geolog zyskał co nieco zmarszczek, ale chyba tamten nie zdążył ich zauważyć. Przynajmniej Tobi mógł poczuć się młodziej, o parę zmartwień mniej. Jakby ich rozłąka trwała jedynie kilka dni. Pomimo tak długiego rozstania, Storbjörn nie odczuwał żadnych emocji. Nie okazał ani krzty radości. Był tak samo poważny, jak zawsze. Trzymał nerwy na wodzy. Jakby obawiał się jakiegoś histerycznego wybucha mężczyzny, jakimi nie raz zdążył go w przeszłości uraczyć. Zabawne. Obserwować jak bardzo są od siebie oddaleni, jak próbują sprawiać wrażenie, że między nimi jest w porządku. Nie, jasnowłosy zdecydowanie nie był jedną z osób, jakie oferowałyby swą pomocną dłoń. Nigdy w podobnej sytuacji. Jego wargi nie wytrzymały. Zawędrował na nie lekki, może odrobinę zbyt złowieszczy uśmiech. Przynajmniej był zakryty pod granatową maską, nie ujawniając jego intencji. Przez chwilę wahał się, czy to przypadkiem jemu coś nie pomyliło się okrutnie. Przypomniał sobie jednak zaraz, że ma za dużo wspomnień, by tak mogło być - twarz Włocha i jego głos, który stawał się oschły, kiedy ranił. Marcus może nie przypominać sobie, jak traktował nauczyciela przedtem. Nie znał go przed utratą Gełajewa. Ale jeśli był zawsze takim obłąkanym furiatem, to tylko współczuł Czeczenowi, że musiał z nim tak długo wytrzymywać. Brązowooki miał niezbyt przychylne zdanie na temat gospodarza. Nie mogło być inaczej, zwłaszcza po tym, jak ten oskarżył go o współwinę za śmierć przyjaciela. Nie, nie tyle, co był tym zdenerwowany, co już po prostu zmęczony. Nie zależało mu, by rozdrapywać dawne rany. Nie przeszkadzałby mu niezgoda. Nie byłby przeciwny zakopać topór wojenny. Było mu to obojętne. Patrzył na wszystko sennie.
- Naprawdę, aż tak bardzo cieszy Cię moja obecność? - uniósł brwi w udawanym niedowierzaniu. Wypuścił swoje myśli z uścisku, żeby zacząć robić coś sensownego. Nie chciał bezruchu. Zdecydowanie go unikał. Podniósł teczkę i przekroczył próg domu. Podszedł do pierwszego, lepszego, nieco zakurzone stolika. Wpierw spojrzał na mebel z niesmakiem, potem to samo spojrzenie posłał mężczyźnie. Wzdychając ciężko, położył aktówkę na blacie. Z niej wyłożył na środek stołu dokumenty, jakie musi wypełnić Russell.
- Jak to się stało, że wróciłeś do Chicago? Dlaczego? - idiotyczna gadka, jaką próbował przeprowadzać dla zabicia czasu. Owe informacje w ogóle go nie obchodziły, za wyjątkiem, gdyby miały mu się do czegoś przydać.
- Przygotowałeś te papierki dla mnie, jak prosiłem? Wiesz, dyplom ukończenia szkoły wyższej, przeszkolenie BHP, badania wstępne... - Cóż, tutaj musiał już przyznać pewien stopień autentycznego zainteresowania. Aczkolwiek nie dało się tego po nim dostrzec. Ani trochę. W którymś momencie przestał rozpakowywać teczkę, znieruchomiał. Odwrócił się w jego stronę. Uniósł gniewnie brew. Skarcił go, czujnym okiem tylko obserwując jego kroki.
- Chyba, że mam sobie wyjść. Nie chcę Cię dręczyć, pewnie jesteś zaspany. - gdy to powiedział, uśmiechnął się z rozbawieniem, wyjmując długopis z torby. Przed momentem było nawet groźnie. To w ogóle niewiarygodne, że potrafił się śmiać, co raczej nieczęsto mu się to zdarza. O dziwo, zebrało mu się na żarty. Wręcz medytując nad kartką wplótł mimowolnie swoje paluchy w zmierzwione włosy. Przyglądał się uważnie kartce jakby chłonął jej linijki każdą swoją marną synapsą. Musiał sprawdzić, czy z domu zabrał te dobre, czy przypadkowo się nie pomylił. Patrzył na te papiery jak na zdrajców własnej rodziny. Chwile potem przeniósł bezradny wzrok na Włocha. Pozbierał myśli, zaganiając je w strefę rzeczowości i myśląc już bardzo chłodno, powiedział:
- To miejsce wygląda okropnie. Dlaczego nie zatrudnisz gosposi? - dodał po chwili, a jego twarz spoważniała. Tu jego wzrok powędrował ku Marcusowi. Pokręcił lekko głowę i poczekał, aż ten podszedł do niego. Wyraźnie wskazał mu gdzie i co ma podpisać. Nie chciał po złości wytykać mu niedbalstwa, jakiego dopuścił się w swoim domu. No dobra, może trochę.
Tak naprawdę, to Tobiasz ma u siebie podobnie. Starał się nie za bardzo odbiegać myślami, chciał pozostać tu ciałem i duchem. Nic jednak nie pomagało, wszystko dookoła roztrajało jego myśli. A to przez podobieństwo, jakie dostrzegł. W mieszkaniu mężczyzny, jak i jasnowłosego doskwierała cisza. Ona przetrwała próbę czasu, wciąż ukrywając się i nasłuchując. Słuchała i czekała na echo właścicieli, które powróciło. Teraz cisza wręcz głośno krzyczy. Chcąc zwrócić na siebie desperacko uwagę, to ona sprawia, że ściany pękają. Życzy sobie, by się nią zająć. Ten dom przecież wyraźnie daje oznaki, że czeka, by ktoś po tak długiej przerwie go poskładał. Pytanie tylko, czy Marcus temu podoła? Nie chciał przyznać, ale z początku uznał, że brunet nieco zmarniał. Może to przez ten wyniszczony dom, w którym zamieszkuje? Może przesiąknął już całkowicie melancholią tego miejsca? Oczywiście, są tego pozytywne strony. Przynajmniej ten będzie za bardzo wypalony, by móc się awanturować. Naprawdę, jedynego, czego w nim nie lubił, to jego zdradliwej jadaczki, która zawsze kłapie za dużo i rani tym wszystkich wokół. Niby gospodarz domu powiedział, że jasnowłosy ma się rozgościć, jednak jakoś nie był w stanie. Był sztywny, nieobecny, poza tym, nie widział żadnego przygotowanego poczęstunku dla niego. Jakby Włoch chciał mu dać dobitnie do zrozumienia: ,,Załatwiamy sprawy papierkowe i każdy odchodzi w swoją stronę". Przynajmniej tak to odbierał Szwed.
_________________
 
 
     
Marc
[Usunięty]

Wysłany: 2013-04-28, 16:36   

Udawaną grę w udawanie najwyższa pora rozpocząć! - przemknęło mu przez głowę, gdy pokój wypełnił zimnokrwisty ton bladowłosego.
Mój drogi, właśnie wkroczyłeś do paszczy Tygrysa... - złośliwie zachichotał do swoich myśli.
Wystudiowane ruchy trzydziestolatka przypomniały stary żarcik, który lata temu krążył po tutejszych salonach: co robi Tobiasz na domówce w swoim domu? Podkłada podstawki pod kufle z piwem swoim gościom, żeby mu stołu nie pobrudzili.
Uśmiechnął się w duchu, po raz kolejny zdając sobie sprawę, jak niedaleko padła rzeczywistość od groteskowej dykteryjki. A właściwie jak niedaleko padła dykteryjka od sztywnej postaci Szweda.
Bez wątpienia Tobiasz nie zmienił się prawie wcale, co już od progu ze wściekłą szczegółowością rzucało się w oczy. Dawniej niewzruszony i obojętny, teraz... nadal był niewzruszony i obojętny, a w dodatku zdystansowany i apatyczny. Marcus nie dziwił się temu, ale jednocześnie z satysfakcją uczestniczył w teatralnej sztuce, serwowanej przez dawnego przyjaciela. Z ust nie znikała mu imitacja uśmiechu, równie prawdziwa, co silikonowe piersi, które miałby jego zamaskowany towarzysz, gdyby zdecydował się kiedyś na zmianę płci.

Sabaud dokonywał rozpoznania na granicy intuicji i doświadczenia, dlatego dobrze wiedział, że cała rozmowa będzie raczej formą kurtuazyjnego kłamstwa i świadczyć powinna o dyplomatycznej polityce poprawności.
Wiedział też, że Storbjörn nie przyszedłby tutaj bez jakiegokolwiek przygotowania. Ponieważ znał Russella jak mało kto, musiał zaopatrzyć się w coś, co pozwoliłoby mu odpowiedzieć atakiem na atak, a równocześnie w ostateczności uchronić się przed niekontrolowanym obrotem zdarzeń.
Właściciel Skylandu zamierzał jednak grać mocnymi kartami. Biegła znajomość zasad rozgrywki pozwalała manipulować jej przebiegiem. Przede wszystkim jednak czuł nader dwuznaczną relację z Tobim, co nie mogło zwiastować niczego dobrego. Niezasklepioną i ropiejącą ranę trzeba było załatać, póki była ku temu okazja, ale Marcus nie potrafił odgrywać roli dialektycznego ekshibicjonisty i z gorzką szczerością spowiadać się katowi. Wolał dyskretnie kreślić szczegóły, szkicować myśli z należytym dystansem naukowca. W ten sposób tworzył mozaikę znaczeń, skojarzeń, podejrzeń i wątpliwości. Może właśnie w ten sposób pragnął pogłębić w rozmówcy poczucie spoliczkowania? Może w ten sposób próbował napluć mu w twarz? Uważał jednak, że geograf zasługuje na tę wiedzę. Obaj na nią zasługiwali. Trzeba było zakończyć to, co przez trzy lata zalegało gdzieś na dnie podświadomości.

- Napijesz się czegoś? - zasyczał jak wąż, który pewnie niejednego prawiczka nakłonił do spożycia zakazanych owoców. Na stole wylądowała butelka Johnnie'go Walker'a i dwie szklanki, wypełnione nieskromnie kostkami lodu.

- Wróciłem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że tu jest moje miejsce. W tym mieście się wychowałem, więc i w tym miejscu powinienem... umrzeć. - zaśmiał się, jakby opowiedział właśnie niebanalny dowcip. Przemawiał wolno i wyraźnie, chociaż nie temporyzował sztucznie wypowiedzi, odnosiło się wrażenie jakby każde słowo celebrował wolą. Z eksperymentalną ciekawością przyglądał się reakcji gościa. Przewidywał bowiem, że ta ironiczna sugestywność nie umknie jego uwadze. Był zbyt błyskotliwy, by nie odczytać wyraźnej analogii do smutnych losów Gełajewa.

- Oczywiście, załatwiłem wszystko, jak kazałeś. - zameldował pokornie, przysuwając przygotowany zawczasu pliczek dokumentów. Pojednawczy ton wyrażał chęć nawiązania bezkonfliktowej współpracy.
- Kiedy mogę zacząć pracę? - bursztynowooki odgrywał swoją kreację z aktorską starannością i precyzją. Wykonywał każde polecenie, stwarzając pozory przyjaźni, szacunku i zaangażowania.

- Tak Cię to dziwi? - zapytał w końcu, sztucznie podkreślając zaskoczenie. - Dlaczego miałbym się nie cieszyć na Twój widok? - dodał z nierealną niepewnością, przyprawioną szczyptą fałszywego zdziwienia.
- Dlatego, że przeszło trzy lata temu wyjechałeś w konspiracji z moim... - ten wyraz podkreślił całą oratorską mocą - … ukochanym? Dlatego, że przez pół roku zamieszkiwałeś z nim pod jednym dachem? Czy może dlatego, że Ty wróciłeś, a on zginął? - wydusił na jednym wdechu. Każdą literę namaszczał brzmieniem beztroski.

- Obaj wiemy, że nie ma to już żadnego znaczenia. - czuł, jak jego tętno ożywia się, ale swoje emocje separował mocno i stanowczo, nie pozwalając im na to, by choćby odrobinę wpłynęły na sielankowy charakter wypowiedzi. Taki był plan – wygłosić tyradę tak, jakby opowiadała o puszystej chmurce, wypinającej swój biały zadek na tle lazurowego nieba.
- Najważniejsze, że jesteśmy tutaj. Razem! - tym razem nie wytrzymał i parsknął śmiechem, niemniej szybko ugasił ten niekontrolowany objaw radości.
- Niczym kumple za starych, dobrych czasów! Najważniejsze, że mamy siebie... - wyszczerzył sarkastycznie ząbki - ... i nie mamy sobie nic do zarzucenia. Że możemy wieść swoje życia dokładnie tak, jakby nic się nie stało. Jakby Maschadow nigdy nie istniał! - zdawało się, jakby recytował już wcześniej przygotowaną kwestię, gdyż zdania stylizował poetyckim półgłosem. Wypowiadał się jak prelegent, z namaszczeniem wygłaszający dziejowy wiersz o miłości.
- W każdej sekundzie umierają na świecie prawie dwie osoby... czym jest więc śmierć jednego zaledwie człowieka...? - zakończył gestem wzorowanym na słynnym odruchu, wykonywanym podczas deklamowania „być, albo nie być”.

Poczuł, jak z jego serca spada ciężar, który widocznie gromadził się w środku, niczym ołowiane kule przepełniające komory i przedsionki.
Z każdym oddechem wypluwał z siebie nagromadzony jad, zebrane cząstki niestrawionego, skonsolidowanego poczucia krzywdy. Rzygał tym bolesnym ciśnieniem, które miażdżyło wnętrzności, tą wewnątrzmolekularną zgagą, tym autodestrukcyjnym poczuciem niedosytu i niezrealizowania. Wszystko to niknęło w cynicznym monologu, pękało jak balonik z prezerwatywy.
Wiedział, że musi zwrócić całokształt tego, co przytłaczało jego sylwetkę od śmierci Czeczena. Że każdego słowa teraz niewypowiedzianego będzie jak grzechów żałować...

- Nasze zdrowie! - zakrzyknął entuzjastycznie, upijając nielichy łyczek trunku.



[Odpowiada Ci taka długość postów? Postaram się pisać w zakresie 250-1000 wyrazów, jeżeli to dla Ciebie za mało – daj znać... chociaż ja osobiście uważam, że taka długość byłaby idealna zarówno dla twórcy, jak i odbiorcy :P]
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-04-30, 18:12   

W obcym mu kraju, Szwed był świadkiem zbrodni. Właściwie, to pojechał tam przez swoje egoistyczne zachcianki. Pragnął zobaczyć piekło, które rozpętało się na ziemi. Rozumiał, że Geławej, z pochodzenia Czeczen, posiadał swoje osobiste powody, by wrócić do rodzimego kraju. Jednym z nich była obrona państwa. Chciał za wszelką cenę przywrócić wcześniejszy spokój. Kiedy z nim przebywał, widział, że się zadręcza. Trochę nie chciało mu się wierzyć w jego patriotyczną postawę ale Tobiasz takie uwagi zachował do końca dla siebie. Do końca – znaczy nawet po śmierci kamrata. Geolog ciągle nie potrafi się nadziwić, że ten tak chętnie poszedł z pomocą do ludności. Przecież mógł siedzieć cicho i się nie wychylać. Tak, jak to czynił trzydziestolatek. Przez bite pół roku wyrobił się, by zapuścić korzenie w hotelu znajdującym się na obrzeżach stolicy. Przez tak długi okres czasu zdążył się tam zadomowić. I choć znał każdy najmniejszy zakamarek zakwaterowania, to rzadko kiedy zdobywał się na odwagę, by wyjść na zewnątrz. Lękał się mordu niewinnych ludzi i odbierania młodym dzieciństwa. Bał się wojny, która tak bardzo go fascynowała. Prowadził dziennik. Opisywał wszystko, co działo się za oknem. Spisywał także przeżycia Gełajewa, który w przeciwieństwie do niego, nie potrafił usiedzieć na miejscu. Wszędzie go było pełno. A zwłaszcza tam, gdzie nie było potrzeba. Reagował na to, co działo się wokoło. Bo tak nakazywało mu sumienie, dobra wola, czy poczucie obowiązku. I w końcu zdarzyło mu się przypłacić to własnym życiem.
Po powrocie do Stanów, Storbjorn zastanawiał się, czy cierpienie przyjaciela miało jakiś sens. Gdyby posiadał zmniejszoną wrażliwość na punkcie umiłowania ojczyzny, to może pożyłby sobie jeszcze kilka ładnych lat.
Teraz stojąc twarzą w twarz z byłym kochankiem Czeczena, zastanawiał się, czemu trzy lata temu spełnił wolę zmarłego. Może gdyby tego nie zrobił, dzisiaj w ogóle nie znałby tego człowieka.
Marcus zachowywał się jak najprawdziwszy dziedzic z XIX wieku. Jawi się nam jako pasożyt, bo jakoś nigdy Tobiasz nie widział, by czymkolwiek się zajmował oprócz marudzenia. Sabaud to osoba lubująca się w awanturnictwie o błahe sprawy. Naprawdę, ile można rozdrapywać stare rany? Czy on nie potrafi raz na dobre zostawić świętej pamięci Gełajewa w spokoju? Czy zawsze musi do tego wracać? I dlaczego robi to tak, jakby nie mógł uszanować jego odejścia. Ludzie umierają a na ich miejsce przychodzą następni. Taka jest kolej rzeczy. Czy jest on na tyle ciemny i niedouczony, że nie daje rady przyjąć tego do wiadomości?
- Polej. – dotąd jego spokojne serce, zaczęło kołatać. Dźwięk rozlewającego się alkoholu po ściance szklanki niósł się po opustoszałych salach. Geograf dzięki temu zyskiwał cenne sekundy na zebranie myśli.
Gościnnego szlachcica od początku cechowała bujna wyobraźnia. Jednak Szwed przez trzy lata zdążył uodpornić się na wszelkie niedorzeczne zarzuty, jakie wydostawały się z ust bruneta. Nie raniły go. Nie kłopotały. Po prostu stał się na nie obojętny. Swoją oziębłość ustosunkowywał koniecznością. Bo nikt nie dałby rady na dłuższą metę znieść takiego traktowania.
Zwolna i echo zamilkło w przykrej ciszy. Na sercu zrobiło mu się jeszcze ciężej. Mimo ogłoszenia swojej obojętności, przytłaczało go otoczenie. Słysząc, jak spada na niego kolejne brzemię, zmarszczył tylko brwi, chcąc podkreślić surowy wyraz twarzy. Nie myśląc już za wiele, wziął do ręki szklankę.
- Za dobra to ona pewnie nie jest. – wykonywał dłonią okrężne ruchy, by ciecz obijała się o ścianki. Nieznacznie przymrużył oczy i zacisnął delikatnie wargi. Wpatrywał się z wybrzydzeniem na to, co jest w środku.
Jeśli Marcus jest na tyle niepoważny, by zapraszać go do siebie i prowokować, to Tobi również będzie zachowywał się niedojrzale i niedorzecznie, co właściciel domu. Jak gospodarz pragnie w nieczysty sposób przechodzić na temat zmarłego, to trzydziestolatek będzie na złość nawiązywał do alkoholu. Oczywiście, grymasząc przy tym, starając się sparodiować zachowanie mężczyzny, bo według niego brunet często kręcił nosem. Jego duma i zawadiactwo, ta znienawidzona przez geologa skłonność do intryg – wszystko to powodowało, że chciał na niego zwymiotować.
- To chyba nie wystarczy mi na rozbudzenie kubków smakowych. – zamrugał ponaglająco, jakby życzył sobie, by tamten przyniósł coś lepszego. Skoro go już przyjmuje i częstuje trunkami, to mógłby robić to po królewsku.
- Trzy lata rozłąki zdają się przypieczętowywać Twoją porażkę, Sabaud. Miłość w Twoim sercu się zmieniła. Popadłeś w obsesję. I czy to przez swoją chorą fascynację tym człowiekiem zapragnąłeś zginąć w ten sam sposób? Twoje postępowanie świadczy dobitnie o braku rozumienia podstaw ludzkiej egzystencji, gdzie górę nad logiką biorą emocje. – powiedział jednocześnie biorąc głębszy wdech. Stanął naprzeciw Russella, wyprostował się i zmierzył go ostro wzrokiem. Swojej wyższości nie ukazywał jedynie wzrostem, lecz prezentowaną przez siebie postawą. Emanowała od niego zawziętość a zarazem opanowanie. Po raz pierwszy pojawił się błysk w oczach jasnowłosego. Kiedy tak obydwoje stali naprzeciwko siebie, ciężko było mu uwierzyć, iż może dzielić te dwa umysły tak wielki mur. Na chwilę zerknął w stronę papierów, które Włoch pozostawił mu na stole. Nie mógł przedłużać wszystkiego za długo. Nie czas był teraz na tego typu rozterki. Nie po to tu przyszedł. W jego oczach nie doszukiwał się smutku, czy też zrozumienia, szukał po prostu człowieka, a nie jego imitacji. A wszystko, co dotąd czynił Marcus, było zbyt sztuczne i wyniosłe.

{ Mam nadzieję, że o to Ci chodziło. }
_________________
 
 
     
Marc
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-04, 15:09   

Coś oprócz Maschadowa zginęło w Czeczeni. Zginęła wiara w prawdziwe szczęście, w nieposkromioną potęgę uczucia, w życie i śmierć u boku tej jedynej osoby. W odległych lądach zabito ufność w moc życzeń, w siłę słów i obietnic, które przecież miały zwrócić Marcusowi Gełajewa. Okazało się, że nawet przysięga ukochanego nie była niczym innym, jak zestawem sparciałych, kłamliwych deklaracji.
Gdzieś na piersi, w miejscu zdegradowanego serca, nosił zatem order świętego Józefa – patrona ojców, kobiet w ciąży i robotników. Patrona miłości. I, co najważniejsze – patrona ludzi umierających, patrona dobrej śmierci.
Ona jedna, dobra, czy niedobra, mogła przynieść ukojenie, gdy na stosie zgorzkniałych refleksji tliła się wciąż przykra prawda o tym, co zaszło, a co nie zostało ani opowiedziane, ani spisane.
Między Bogiem, a prawdą – i to zdecydowanie bliżej tej drugiej – Sabaud nigdy nie winił Tobiasza za wszystko. Winę podzielił sprawiedliwie, obarczając jej fragmentami barki wszystkich uczestników tego emocjonalnego trójkąta. Nie mógł pogodzić się z myślą, że to właśnie Szwed asystował lubemu w ostatniej podróży jego życia. Że to on był przy nim, że to on go wspierał i w końcu – że to on towarzyszył mu na łożu śmierci. A raczej przy łożu śmierci, bo sam wrócił cały i zdrowy. Ten żal tkwił w nim od samego początku.
Widok mężczyzny na nowo ożywił ukryte motywy, na nowo wybudził śpiącą od miesięcy żądzę. Nieszczęścia arystokraty wynikały z charakteru, urazów i doświadczeń miłosnych, ale przede wszystkim z zaniedbania, którego dopuścił się jedyny świadek minionych wydarzeń.

Brunet chciał wiedzieć dlaczego. Dlaczego białowłosy mógł pojechać, a bursztynowooki nie? Dlaczego nikt nie poinformował o tym, że geograf uczestniczy w eskapadzie? Dlaczego 30-latek nie opowiedział ze szczegółami ostatnich miesięcy życia przyjaciela? Dlaczego, opowiadając o jego śmierci, udzielił jedynie krótkiej informacji wyjętej żywcem z nekrologu? Czy naprawdę uroczy fizyk nie był wart więcej? A może to 27-latek nie był godzien tego, by poznać dzieje wybranka, opowiadane z należytą drobiazgowością i dopasowanym afektem?
A skoro w jego świadomości wykwitła już ta kupa śmierdzących pretensji to z tej kupy właśnie z wolna lepił chwalebny ołtarzyk, upamiętniający żywot bezmyślnego Czeczena.

Przyszły nauczyciel miał swoje przypuszczenia. Właściwie przypuszczenia te graniczyły z pewnością, ale wciąż były zaledwie nutami, pozbawionymi sprecyzowanego układu.
Uganiał się więc – z zawziętością najlepszych psów gończych - za potwierdzeniem, węsząc, tropiąc i nękając jedyną osobę, która afirmacji mogła udzielić.
Potrzebował melodii formowanej z samej kwintesencji odczuć, relacjonującej o dramatycznej historii chłopaka, który nie zginął na darmo, mimo że nie powinien ginąć wcale.
Czy jest coś bardziej odrażającego, niż człowiek bez zdolności współodczuwania? Bardziej odrażający jest chyba tylko Tobiasz i jego słowa, tak doskonale spełniające rolę uczuciowego izolatora.
Brązowowłosy zdecydowanie bardziej wolałby dręczące odpowiedzi wyciągnąć od Maschadowa – niestety martwi nie byli zbyt rozmowni, zazwyczaj wręcz milczeli jak grób. Dlatego Russell z taką determinacją prowokował Storbjörna. Jak widać – bezskutecznie. Ta lodowata statuetka najprawdopodobniej nie była zdolna do empatii. Była zdolna jedynie do krytycznego, nieludzkiego lekceważenia i to kładło się cieniem na ich obecnych relacjach.

- Nie jest? - pytająco uniósł brew w dyskretnym osłupieniu, bo Black Label była raczej cenioną marką szkockiej.
- Wybredny się zrobiłeś, skoro nie odpowiada Ci 12-letnia whisky. - zaśmiał się, tym razem szczerze. O dziwo Sabaudowi przypadło do gustu to grymaszenie. W końcu trafił się gość, który nie przejmował się przykrą tendencją do podporządkowywania się salonowym trendom. Mówił, co myślał, bez niepotrzebnej kurtuazji i trefnej grzeczności. Właściciel dworu cenił te kaprysy, bez względu na to, czy u ich podstawy leżała nieszkodliwa złośliwość, czy rzeczywista szczerość, wzniesiona ponad ramy obyczajnej wstrzemięźliwości. Bawiły go osoby, które wmuszały w siebie nielubiane napitki tylko dlatego, by nie wyrządzić bliżej nieokreślonej szkody gospodarzowi. Bo w końcu dlaczego pan domu miałby czuć się dotknięty tym, że wizytator ma odmienny gust? Trzeba tylko mieć cywilną odwagę, by o tym poinformować. Odwagę, by skończyć z daremną galanterią.

- Więc czego sobie życzysz? Burbon z coca-colą? Piwo? Wody?
- wypluwał z wolna sugestie, by rozmówca miał szansę przemielić ich znaczenie i strawić wysnute propozycje.

Nie doświadczył złości, czy wściekłości, kiedy padła pierwsza wzmianka o porażce. Pojawił się za to amalgamat rozczarowania i frustracji. Zakładał przecież, że trzydzieści sześć miesięcy wystarczy, by nauczyciel geografii przygotował się do wymiany poglądów. Oczekiwał skutecznej dyplomacji, przytłaczających argumentów i klarownych wyjaśnień. Doczekał się jedynie afrontu, oschłego i kolczastego jak wyrosły, pustynny kaktus. W najmniejszym stopniu nie wystarczyło to, by zaspokoić potrzebę kompensaty.

Mina mu zwiotczała, jakby właśnie przeżuwał plaster cytryny o mięsistej, soczystej owocni.
- Miłość w moim sercu się nie zmieniła, lecz wygasła wraz ze śmiercią Gełajewa, a może nawet już po jego wyjeździe. - skłamał, bo cóż innego miał zrobić?
- Nie ma sensu, bym tłumaczył to komuś, kto najwidoczniej o miłości wie tyle, co o seksie, mój aseksualny towarzyszu. - tym jednym zdaniem zamierzał zakończyć dialektyczną szermierkę. Bo czy miłość nie była właśnie chorą fascynacją? Psychiczną hipermetamorfozą? Rwącym potokiem, co w zachwyt wprawia duszę? Braterskim sojuszem, znanym z książek Hemingwaya? A może wielką tragifarsą, przezabawna grą i durną fanaberią losu?
- Nie rozumiem podstaw ludzkiej egzystencji? Nie słyszałem, byś został szkolnym psychologiem. Wizyty są odpłatne? - spojrzał na rozmówce takim wzrokiem, jakim patrzy się na lepkie łajno, obrzydliwie oklejające podeszwę buta.
- Wracając jednak do sedna... kiedy mogę rozpocząć pracę? - wycedził już trochę przez zaciśnięte zęby.
Sytuacja była napięta, ale nie zamierzał tracić charta ducha i wypracowanej tożsamości. Zachował wystudiowany spokój. Gęsta cisza królowo aż do chwili, w której – po raz kolejny – rozbrzmiało charakterystyczne stukanie. Wtedy złowrogi czar prysł, a intensywna atmosfera ulotniła się, pozostawiając Marcusa w lekkiej konsternacji.
Rzucił przepraszające spojrzenie i nie czekając na reakcję Tobiego, podszedł do frontowych drzwi.

- Kogokolwiek licho niesie... ma niezłe wyczucie czasy. - pomyślał, uchylając wrota.
-Witam, czy mam - "wątpliwą", dodał w myślach - przyjemność z panem Sabaud?
- Hyh? Zależy. Jeżeli przychodzisz... - bezceremonialnie darował sobie formy grzecznościowe – ...z pochwałami, gratulacjami, lub podziękowaniami... to jak najbardziej do mnie. Jeżeli z pretensjami, groźbami, albo wyrzutami – to polecam skontaktować się z tamtym panem. - w tym momencie przechylił się w bok, rozprostował rękę i pełną dłonią wskazał sylwetkę Tobiasza.
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-05, 13:32   

Cały dzisiejszy dzień spędził w napięciu. W końcu stanie twarzą w twarz z ojcem i powie mu, co o nim myśli, oraz wyrzuci z siebie cały gromadzony przez lata gniew i żal. Cieszył się na to, oczywiście. Jednak irracjonalnie im bliżej Chicago, tym bardziej siedział jak na szpilkach. Westchnął, obserwując zmieniający się za oknem autobusu krajobraz. Tak naprawdę oprócz wściekłości i zaciętości dużo było w nim również obaw...

[kilka godzin później]

Po zapytaniu miejscowych o lokalizację posiadłości Sabaudów i udanie się w jej pobliże za pomocą taksówki, już szedł zarośniętym, brukowanym podjazdem prowadzącym prosto do celu. Te ostatnie kilka metrów spaceru miało pomóc mu zebrać myśli, jednak na niewiele się to zdało. I tak miał mętlik w głowie, chociaż szum drzew odrobinę go uspokajał. Przechodząc ostatnie kilka kroków wyprostował się i wziął głęboki, krzepiący oddech, po czym zapukał w drzwi zaniedbanej – dlaczego? - rezydencji.
Człowiek, który otworzył mu drzwi miał znajome rysy. Fakt, że zrobił to osobiście nieco zbił go z tropu, tak samo jak stan dworu. Spodziewał się służby, blichtru... Poczuł, jak skacze mu poziom adrenaliny. Należało się jednak upewnić, z kim ma do czynienia.
- Witam, czy mam - "wątpliwą", dodał w myślach - przyjemność z panem Sabaud?
Po usłyszeniu zuchwałej odpowiedzi zmrużył złowróżbnie oczy, zaledwie przelotnie badając twarz drugiego mężczyzny. Przywołał w pamięci starą fotografię matki, która rozwiewała wszelkie wątpliwości co do tożsamości tego stojącego przed nim. Pozwolił sobie poczuć się sprowokowanym i rozdmuchał w swoim wnętrzu złość wobec tak bezczelnego powitania. Ten człowiek nawet nie domyślał się, kim jest. Nic dziwnego, od początku miał go gdzieś, tak samo jak matkę, kiedy już… Zacisnął zęby i nie myślał dalej, co robić - po prostu dał się ponieść długo tłumionym emocjom.
- TY NIKCZEMNA PARODIO CZŁOWIEKA! - krzyknął i zamachnął się, trafiając ciemnowłosego w szczękę i wyrzucając z siebie potok bluzgów. - …ZGNIŁY, BEZDUSZNY, ŻMIJOWATY, IGNORANCKI, ŻAŁOSNY DUPKU! - Dysząc cicho wbił w niego wzrok ciskający błyskawicami, zwarty i gotowy do ponownego ataku. - Nienawidzę cię za to, co zrobiłeś. – wycedził przez zaciśnięte zęby.
_________________
 
     
Tobiasz 
Współczesny Sokrates
Nauczyciel geografii


Miano: Tobias Storbjörn
Wiek: 30 lat
Pseudonim: Tobi
Wzrost: 1,89 m
Ubiór: Tradycyjny: Granatowy, opięty golf ; spodnie typu jungle w kolorze ciemnozielonym, z wieloma mniejszymi bądź większymi kieszonkami po bokach, leżą na nim luźno, nie są dopasowane. W wyposażeniu jego garderoby znajdują się oksfordy. W dzień zakłada ciemnobrązowe. W zimniejsze dni przychodzi do pracy w marynarce. Strój cechuje się uproszczeniem ale nie prostotą.
Ekwipunek: Drobne, klucze, papierosy, zapalniczka, zegarek kieszonkowy, krzyżówki, skórzana aktówka.
Wygląd: Spiczaste włosy w kolorze srebrzystobiałym. Granatowa maska, zakrywająca jego część twarzy, uwydatnia wyłącznie jej rysy. Duże, zwykle przymrużone, wyłupiaste oczy o ciemnobrązowym odcieniu. Pod nimi minimalne zmarszczki. Jasna, gładka cera. Z reguły ten sam znudzony, obojętny wyraz twarzy.
Miłość: Poślubiony pracy.
TYP: Aseksualny.
Znaki Szczególne: Szrama na oku.


Fabularnie: Baluje z kolegami w Złotym Źródle.
Motto: Taką mam zdolność cierpienia, że smuci mnie nawet upadek moich wrogów.
Multikonta: Brak.
DODATKOWE: Wychowawca 14th A


Dołączył: 15 Kwi 2013
Posty: 104
Wysłany: 2013-05-05, 14:27   

Gdzieś w nim ponownie wezbrał się niepokój. Jak zresztą każdy z jego lęków przyszedł z otchłani jego serca. Tobiasz w skrytości bał się wszelkich konfrontacji. Bał się ciężarów, jaką niesie odpowiedzialność, bał się decyzji. Nie zamierzał zostać wrobionym w śmierć byłego przyjaciela. Nie chciał się niczym obarczać. On już swoje przeżył. To znaczy, dawno już uspokoił swoje sumienie, pogodził się z jego odejściem. A Sabaud burzył jego wewnętrzną harmonię. W dodatku zajmowało mu to chwilę. Najwyraźniej dziedzic nie próżnował przez te ostatnie lata, snując oskarżenia przeciwko Szwedowi. Geograf powinien od razu się z tym liczyć, że ma przed sobą nie byle amatora, lecz kutego na cztery nogi fachowca, w dziedzinie doszukiwania się dziury w całym. To nie do wiary, że dni potrafią być tak obfite w stresujące sytuacje.
Teraz jasnowłosemu zrzedła tylko mina, jej chwilowa jasność odeszła niby przelotny, czerwcowy deszcz. Odgarnął włosy z twarzy, zaczepiając przy tym o swój policzek. Nie pokusił się o staranny dobór słów. Wpadły przez to w paranoję. Wbił wzrok przymkniętych oczu w Marcusa.
- Nie wiem jak Ty, ale ja na studiach pedagogicznych uczyłem się nieco o wychowaniu…społeczeństwie…i po latach praktyki potrafię stwierdzić, kto tu odstaje od reszty. – podzielił się mrukliwie swoim odczuciem, unosząc rękę na wysokość piersi. Palcem wskazał na niego. I nie, nie użył tego środkowego. Nie czekał na odpowiedź, jakby spiesząc się gdzieś, jakby przed czymś uciekając, nie chcąc pozwolić mu dojść jeszcze do głosu.
- Masz rację, powinieneś skorzystać z usług z zakresu psychoterapii. Niestety, ja nie czuję się zbytnio kompetentny aby udzielić Ci tej pomocy. – z ust udało się usłyszeć cichy chichot, pojawiający się jedynie wtedy, gdy w głowie pojawiały się jakieś , podejrzane – jak to niektórzy ujmą – myśli. W ostatniej chwili złapał go lekko za ramiona i nim puścił powiedział tylko:
- Skoro sam nie dałeś rady uporać się z przeszłością, to pozwól, że zanim wyjdę, to coś krótko podsumuję. – wszak drugi człowiek zawsze pozostawał najgorszym źródłem prawdy o sobie. W dodatku od tępoty jest tylko gorsza tępota nieświadoma, z jaką wzmagał się brunet. Jako „niedoszły psycholog” postanowił ten jeden raz spróbować swoich sił.
- Ludziom przytrafia się to, co się przytrafia a nie na to, co zasługują. – gwałtownie posmutniał. Spod półprzymkniętych powiek próbował przejrzeć emocje, jakie nim targały. Mocniej zacisnął palce na jego górnych kończynach. – Czego Ty jeszcze oczekujesz? Miałem przywieźć Ci order uhonorowania z Czeczeni? A może wstążeczkę, czy jeszcze inny symbol walki? – zakończył swój wywód, by w końcu rozluźnić uścisk. Stracił wszelką ochotę na roztrząsanie tego „problemu”. Zazwyczaj są ciekawsze rodzaje spędzania razem czasu, aniżeli obrzucanie się nawzajem mięsem. W ich przypadku było to jednak nie wykonalne. Z dobrej woli poklepał go po ramieniu, puszczając go już całkowicie. Przez dłuższy czas nie dopowiedział już nic, pozwalając mężczyźnie na celebrowanie wąskiej przestrzeni jego prywatności, ale zaraz usłyszeli pukanie do drzwi. Był to bardzo dogodny moment, by się ulotnić. I ta już nic go nie zatrzymywało. Poczekał, aż pan domu go wyminie, następnie ruszył w stronę stolika. Zebrał papiery z blatu, które włożył do swojej grubej teki.
- Możesz zaczynać od jutra. – rzucił do bruneta, nim ten jeszcze zdążył otworzyć frontowe drzwi. Nie skomentował obelgi Rusella. Zresztą, nie wypadało przy nowym gościu. Skłonił się lekko do przodu, składając wyrazy uszanowania dla nowo przybyłego. Gdy mijał się z Marcusem, patrzył prosto przed siebie.
- ,, Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w nim Bóg.”. Słowa Świętego Augustyna. Tak poza tym, to gustowny łańcuszek od medalika. – szepnął łagodnie na pożegnanie, po czym wyszedł.
Trzymając go wcześniej za ręce, zdążył zauważyć łańcuszek na jego szyi, który nieco odbijał się w świetle. Był ukryty pod bluzką ale zgadywał, że na jego końcu znajduje się płaski krążek z wizerunkiem Chrystusa, Matki Boskiej, czy jakiegoś świętego. Stąd te powiązanie z cytatem.
Dopiero gdy opuścił próg tego domu, czuł, jakby obudził się z letargu, stanu, zabrzmi to zapewnie śmiesznie, całkowitego odłączenia od świata i oszczędzenia energii. Niestety, nie na długo mógł ucieszyć się z odzyskanego spokoju. Z mieszkania dobiegały niepokojące odgłosy. Oczy zaczęły mu podejrzanie błyszczeć ale wtedy właśnie jasnowłosy pokręcił do siebie głową, przywołując do porządku, a zarazem ponownie przybierając typowy, nieco znudzony wyraz twarzy. Czym prędzej udał się w stronę furtki. I tyle go widziano.
[z/t]
_________________
 
 
     
Marc
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-12, 01:37   

Przewrócił oczyma, co zwykł robić zawsze, gdy argumenty dyskutanta lawirowały niebezpiecznie na granicy prozaizmu. Russell junior nigdy nie był na studiach pedagogicznych, czego właściwie wcale nie żałował. Uprawnienia nauczyciela zdobył innymi metodami, ale nie czyniło go to przecież gorszym pedagogiem. Głównie dlatego, że pedagogiem nie był wcale.
Najlepsze książki piszą zazwyczaj miłośnicy tematu, a nie absolwenci kierunków humanistycznych. - tłumaczył sam sobie.

- Masz rację. Może i powinienem skorzystać z usług z zakresu psychoterapii, ale Ty za to powinieneś skorzystać z tego uniesionego palca i wsadzić go sobie tam, gdzie kończy się Twoja aseksualność... - prychnął w myślach, wyraźnie rozdrażniony propozycją. Po raz pierwszy ugryzł się w język, zdając sobie sprawę, że za daleko posunąłby swój niepokorny narząd jamy ustnej.

- Znowu masz rację. Ale to nie jest powód, dla którego mielibyśmy bezkrytycznie asymilować każdy ogryzek, jeżeli zasługujemy na obfity owoc. I niczego już więcej nie oczekuję. Właśnie po raz kolejny dałeś mi dowód na to, że po Tobie niczego dobrego oczekiwać nie powinienem. - frazy wypływały ufne w swą siłę, inspirowane szczerą wolą i doszczętnie nagie, rozebrane z cynizmu, ironii, bądź sarkazmu. Przemawiał tak, jakby zrzucił skórę drania, którą nosił od początku tego spotkania, dając świadectwo wiary w oczyszczającą moc debaty wolnej od degrengolady i apokryficzności.

- Od jura? Dziękuję. - miotnął bardziej w eter, niż do odbiorcy, bo w zasadzie nie zależało mu, by wyraz wdzięczności dotarł do czyichkolwiek uszów. Nie zdążył nawet zinterpretować cytatu, gdyż w mgnieniu oka...
...oberwał. W jednej chwili otrzymał silny cios zaskoczeniem i nieznacznie słabszy cios pięścią. Oba splotły się w romantycznym uścisku i ze skutecznością zawodowego boksera wytrąciły chłopaka z równowagi. Zachwiał się nieco, jak niesforna baletnica, jednak ostatecznie odzyskał równowagę i stanął pewnie na niepewnej posadce. Musiał przyznać, że rzadko ktoś wita go z serdecznością wymierzoną prosto w jego szczękę. Świat postarzał się o kilka sekund, zanim mózg Marcusa zmielił, przełknął i przetrawił ten raptowny zbieg akcji.
- Tobiasz, Ty karykaturo mężczyzny, nie miałeś odwagi mnie uderzyć, więc kogoś wynająłeś?! - zaalarmował mózg, dławiąc się w gęstej wydzielinie oskarżeń.
Spojrzał na przybyłego wzrokiem psychopatycznego mordercy, który najpierw zaraża ofiary priapizmem, a później z pasją poddaje je wymyślnym praktykom, pluskając się wesoło w mieszaninie ejakulatu i krwi i śmiejąc się przy tym diabelskim, filmowym rechotem. Szybko jednak spojrzenie zgęstniało, jak stężała galareta, pozostawiając w tęczówkach jedynie złośliwe ogniki zwiastujące w najlepszym wypadku bezlitosną zemstę.

- Parodio człowieka? Zgniły? Bezduszny?! Co tam jeszcze... Ignorancki?! - wymieniał z egzaltowanym napięciem, równym zapewne napięciu materiału bokserek podczas wytrawnego wzwodu.
- Wygląda na to, że... dość dobrze mnie znasz. - uśmiechnął się wymuszenie, wertując jednocześnie księgozbiory wspomnień i próbując odnaleźć w nich jakąkolwiek wzmiankę o tajemniczej osobie, która już od progu rzucała się, jak żywa ryba wyrzucona na rozgrzaną patelnię, z tą zaledwie różnicą, że zmiennocieplny kręgowiec nie rzucał się z bolesnymi czułościami na innych.
Im dłużej patrzył na nieznajomego, tym bardziej rosło w nim uczucie maniakalnej ambiwalencji. Ten drapieżny brunecik był mu dziwnie bliski, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć, skąd ta bliskość się brała. Zupełnie, jakby brała się znikąd, co przecież było tak samo niedorzeczne, jak witanie ludzi pięściami.
Prawdopodobnym było, że w drzwiach stał właśnie mężczyzna, który w przeszłości urozmaicał Sabaudowi wolne chwile. Nawet wyglądał na kogoś, kto te chwile mógł urozmaicać z nieziemską skutecznością. Czyżby Włoch stracił zainteresowanie i zniknął bez słowa, prowokując tym samym wrogość, która teraz tryskała w miejscu tryskającej dawniej spermy?

- Możesz mi łaskawie zdradzić, kim jesteś i co takiego Ci zrobiłem? - zapytał z rzetelną ciekawością, obserwując nowego gościa przeintelektualizowanym spojrzeniem i szykując się do sparowania kolejnego natarcia, gdyby niespodziewanie miało nastąpić...
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-15, 03:09   

Przez chwilę zapragnął wymierzyć mężczyźnie jeszcze jeden cios za paskudny uśmiech, który wykwitł na jego wargach, gdy do niego mówił. Ten człowiek chyba w ogóle nie przejmował się faktem, że może mieć do czynienia ze zwykłym wariatem, który w każdej chwili mógłby wyciągnąć zza paska od spodni jakiś pistolet albo nóż i wycelować w niego z zamiarem zrobienia poważniejszej krzywdy, niż cios w szczękę na dzień dobry.
- Widzisz, intuicja. Też powinieneś mnie dobrze znać, a nawet nie kojarzysz. - uśmiechnął się brzydko, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Zauważył, że mężczyzna stojący przed nim mimo luźnego tonu i wyrazu twarzy jednak trochę się spiął, aby w razie czego uprzedzić jego ewentualny ruch. Poczuł coś w rodzaju satysfakcji, jednak nie na długo. Prychnął, słysząc pytanie. No tak. Dokładnie tego się spodziewał, ale i tak mimowolnie poczuł gorycz, która zapiekła go nieznośnie w żołądku, powodując jego niemiły ścisk i nie pozwalając rozluźnić pięści. Nie spuszczając wzroku z jego twarzy wziął głębszy oddech i powiedział powoli i wyraźnie:
- Oczywiście. Tak się składa, że - zrobił krótką pauzę, żeby zaznaczyć słowa, które miały paść za chwilę - jestem twoim synem. Shichiro Shinya Sakagami, do usług. - Dodał z lekkim tylko opóźnieniem i uśmiechnął się szyderczo, lekko skłaniając głowę w parodii grzecznego ukłonu, nadal jednak utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Delikatnie zaniepokoił go przy tym zauważony poniewczasie zbyt młody wygląd domniemanego ojca. Jednak z tego, co wiedział, operacje plastyczne i zabiegi odmładzające były w dzisiejszych czasach bardzo modne, więc to nie musiało być nic dziwnego. Był ciekaw, jaka tym razem będzie reakcja tego dziwnego człowieka na słowa, które właśnie padły. Podświadomie jednak obawiał się, że reakcji nie będzie żadnej, albo co gorsza będzie nią śmiech, ale nawet sam przed sobą się do tego nie przyznawał. Cokolwiek by to jednak nie było, zniesie to z honorem. Przychodząc tutaj nie mógł przecież liczyć na nic lepszego, niż mieszanka obelg i kpin lub wyniosłe, pogardliwe milczenie.
_________________
 
     
Marc
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-15, 19:28   

Przez kilka wdechów i wydechów wpatrywał się w chłopaka pustymi, otępiałymi źrenicami. Przed oczyma wyobraźni wymalował się obraz sylwetki odzianej w czarną zbroję, płaszcz i hełm. Miała ona, dysząc i charcząc, wymamrotać kultowe już słowa: 'I am your father'. Bursztynowooki przełknął kwestię wraz ze zgromadzoną w ustach śliną i wyrwał się z letargu rozgrywanej w świadomości scenki.
W pomieszczeniu zapanowało wyniosłe, pogardliwe milczenie przerwane dopiero złowróżebnym chichotem. Sabaud rozejrzał się gorączkowo jak surykatka po prerii, próbując wypatrzyć grupkę roześmianych ludzi, wyposażonych w kolorowe serpentyny, barwne konfetti, baloniki i co najważniejsze – ukrytą kamerę. Zgraja błaznów złożyłaby swoje – godne pożałowania – gratulacje i wyrazy szczerej niewdzięczności, ofiarowałaby upominek za wzorowy udział w programie i poszłaby w cholerę, zostawiając Marcusa w towarzystwie zażenowania i odrazy. Niestety... to nie była reżyserowana audycja na żywo. Nie był to również sen, bo nawet on miałby w sobie więcej groteskowego sensu. Życie konstruowało własną agendę ze strzępek jakiegoś obłąkanego scenariusza.
- Więc... drogi Schichiro... jesteś moim zaginionym synem i przybyłeś tu... by mi służyć, tak? - wypalił z rozbrajającą szczerością, resztką woli powstrzymując struny przed eksplozją śmiechu. Niewiele brakowało, bo już teraz te głosowe więzadła przypominały bardziej bicz z brutalną zawziętością smagający nagie ciało masochistycznego eunucha, niż części fałd głosowych.
Czuł, że gdyby absurd mógł doprowadzić do orgazmu to przeżyłby właśnie wielokrotny wytrysk. Zaczął nawet żałować, że tak nie jest.
- Wyglądasz na jakieś.. - rozbierał przybyłego wzrokiem od stóp do głowy, zatrzymując nieco dłużej spojrzenie na jego kroczu i twarzy, jakby te dwa miejsca mogły powiedzieć o człowieku wszystko. Pokaż mi swoją twarz i swoje krocze, a powiem Ci, kim jesteś...
-...Na jakieś... 25 lat. Ja mam niecałe 30. Czyli... spłodziłem Cię w wieku 5 lat? - kalkulował ostrożnie tonem fizyka, mówiącego na konferencji o 'sposobach wytwarzania kontrolowanej reakcji łańcuchowej, czyli metodach ciągłego pozyskiwania energii z rozszczepienia jąder atomowych'. A propos rozszczepiania jąder... daleko musiało w takim wypadku spaść jabłko od jabłoni.
Chociaż Włoch wciąż uważał, że ten akurat owoc leżał pod nieodpowiednim drzewem. Czyżby zakazane dziedzictwo Edenu dawało o sobie znać?
- Przykro mi to mówić... synu... - sarknął cicho – ale najprawdopodobniej z kimś mnie pomyliłeś. Z pustego i kobieta w ciąże nie zajdzie. - próbował zabłysnąć zabawną parafrazą.
Gdzieś w synapsach zaiskrzyła świadomość, że Sakagami zawitał w nieodpowiednim domostwie. Drogą dedukcji nie trudno było wpaść na właściwy trop. Neurony przetoczyły niepewności po labiryncie ludzkiej logiki i wtem w ciemnościach niewiedzy zapaliła się lampka rozsądku.
- Nazywam się Russell Sabaud junior, znany raczej jako Marcus Russell Sabaud. Nie szukasz przypadkiem Russella Sabauda seniora? - zadał pytanie tak, jakby wraz z odpowiedzią oczekiwał gorących przeprosin. Najlepiej tak gorących, by roztopiły nawet kostki lodu wystające ponad tafle niedobitej wcześniej whisky.
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 04 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-05-17, 18:55   

Zmarszczył brwi na dłuższą chwilę, widząc autentyczny szok na twarzy rozmówcy. Czyżby miał aż takie luki w edukacji, że nie zdawał sobie sprawy, czym się mogą skończyć jego zagraniczne wojaże i romanse?... W jednym nieświadomie się zgadzali - absurdalność tej sytuacji była przytłaczająca. Kiedy usłyszał nerwowy chichot mężczyzny stojącego naprzeciw niego, w jego głowie pojawiła się myśl, że ten chyba naprawdę jest obłąkany, i lepiej wycofać się, zanim napadnie na niego, zwiąże i zawlecze do piwnicy w sobie tylko wiadomym celu. Jego brwi mimowolnie uniosły się do góry w geście dezaprobaty i pogardy, kiedy poczuł na sobie spojrzenie Sabauda, które lustrowało go od dołu do góry z systematycznością skanera; z tą jednak różnicą, że skaner nie zacinał się w miejscach strategicznych... Z trudem powstrzymał się od pretensjonalnego odchrząknięcia. Cała ta sytuacja wprawiała go w konsternację, zahaczając przy tym niebezpiecznie o żenadę. A słowa, które dobiegały do jego uszu, bynajmniej nie umniejszały wrażenia surrealizmu i groteski, które stawały się coraz wyraźniejsze, zwiastując widowiskowy krach klarowności i nieskomplikowania całego zajścia. Należy również dodać, że poczucie humoru tego faceta naprawdę działało mu na nerwy, ale postanowił tego nie komentować, skupiwszy się na sednie sprawy.
- To ten drań ma jakieś potomstwo, do którego się przyznaje? - wypalił, zanim zdążył ugryźć się w język. - ...Na to wygląda. - Zreflektował się zaraz spokojniejszym tonem, odpowiadając na zadane pytanie, i jednocześnie podsumowując swoją refleksję. - Nie wziąłem pod uwagę tego, że... jest was dwóch. - Dodał, jakby się usprawiedliwiając. Teraz miał wrażenie, że poziom nielogiczności i niedorzeczności całego zajścia wzrósł co najmniej dwa razy. Na chwilę odebrało mu mowę i zaczął żałować, że zdobył się na coś tak głupiego, jak udanie się do całkowicie obcej osoby, obrzucenie jej wyzwiskami, uderzenie w twarz, a na deser, jak wisienkę na torcie, zaserwowanie oskarżenia o ojcostwo. Miał ochotę popukać się w czoło. Należało jednak wreszcie coś powiedzieć, żeby oczyścić atmosferę z nieporozumień i rozwiązać zaistniały problem, więc trochę niepewnie, aczkolwiek w końcu przemówił:
- Jeśli naprawdę jesteś jego synem... - Doprawdy, nienawidził przyznawać się do błędów, i to się chyba nigdy nie zmieni. Przełknął z zakłopotaniem i irytacją jednocześnie. - To jestem ci winien przeprosiny.
Spojrzał na niego uważnie, próbując dociec, czy to, co właśnie usłyszał, nie było kłamstwem. Trudno mu było uwierzyć w tę niespodziewaną nowinę. Z drugiej jednak strony, nie powinna ona go również zbytnio dziwić. Przeklął w duchu i westchnął, cofając się dwa kroki, gotów do odejścia.
- Przykro mi z powodu siniaka, jaki pojawi się na twojej szczęce najpóźniej jutro, ale nic nie mogę zrobić, oprócz zaproponowania ci standardowych okładów z lodu, żeby opuchlizna się zmniejszyła. I dania ci świętego spokoju. - Uśmiechnął się, ale nie było w tym wesołości, a jego oczy nadal patrzyły na niego z rezerwą. Czas na poczucie winy przyjdzie później. Zrobił jeszcze dwa kroki w tył i odwrócił się, aby odejść.

[z/t]
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 8