Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Sala nr 303
Autor Wiadomość
Andrew
Glamour


Miano: Andrew Timothy Trevena
Wiek: 19
Pseudonim: An, Andy, Drew, Timi
Klasa: 13th B
Wzrost: 175cm
Ubiór: Zwyczajowo chodzi ubrany w czarne spodnie materiałowe, białą koszulkę i na to fioletowa marynarka. Jednak bardzo często (zwłaszcza w klubie hostów lub na lekcji WOKu) można go zobaczyć ubranego w tradycjne stroje z różnych zakątków świata.
Ekwipunek: telefon, chusteczki, notesik z długopisem
Wygląd: Niezbyt wysoki młodzieniec o krótkich blond włosach i fiołkowych oczach, szczupły i zadbany. Emanuje urokiem osobistym i pozytywną energią.
Miłość: Chciałbym wiedzieć czym jest
TYP: Po co się ograniczać?
Fabularnie: pisze na laptopie
Motto: Carpe diem
Multikonta: Hide i spółka
Dołączył: 24 Maj 2013
Posty: 140
Wysłany: 2013-10-27, 19:32   

Szlag go trafiał od... Właśnie, od kiedy? Sam już dokładnie nie wiedział, ale na pewno kilkanaście dni już minęło. Tak mu się zdawało. Morana nie było w szkole, jego telefon nie odpowiadał choć codziennie dzwonił po kilka razy o różnych porach dnia. Na pewno zdarzyło się coś niespodziewanego bo w innym przypadku chłopak przecież by go poinformował, że coś się stało. To było najgorsze, mógł mieć jakiś wypadek. A co jeśli stało mu się coś poważnego? Co jeśli wylądował w szpitalu? Nie nie, w tedy na pewno by zadzwonił. No naprawdę nigdy nie zamartwiał się jak teraz, to były najgorsze kilkanaście dni w jego życiu.
Aż coś się zmieniło. Gdy znowu dzwonił do Moranka, chyba po raz setny już, usłyszał sygnał. aż mu zaparło dech w piersi, nie mógł uwierzyć w to, że nareszcie się do niego dodzwoni. Może po prostu miał omamy słuchowe spowodowane nadmiarem stresu. Dopiero głos przyjaciela wyrwał go z zamyślenia. Najchętniej chyba by się rozpłakał, ale zamiast tego zaczął się wydzierać na Morana.
Jak on śmiał mieć telefon tyle czasu wyłączony? Dlaczego o niczym go nie poinformował? Egoista jeden, nie pomyślał o przyjacielu! Gdzie jest? Co robi?
Te i wiele innych pytań wręcz wykrzykiwał przez słuchawkę i gdy wreszcie dowiedział się co i jak kazał Moranowi nie ruszać się z miejsca. On tam będzie za kilka sekund, no może nie dosłownie. Zajmie mu to trochę więcej. Rozłączył się i nie zwracając uwagi na to, że jeszcze przed nim kilka lekcji wyleciał ze szkoły z plecakiem. Dobrze, że szpital był blisko i dotarcie na miejsce zajęło mu kilka minut.
Wleciał do budynku szpitala i popędził prosto do recepcji dowiadując się, w której sali leży jego przyjaciel. Podziękował i pobiegł schodami do góry, nie zwracając uwagi na lekarzy, którzy kazali mu nie biegać po schodach. Złapał klamkę i już stał w sali patrząc centralnie na Morana i, co tu kłamać, niesamowicie przystojnego lekarza.
- A więc to tak, ja umieram ze strachu, a Ty sobie flirtujesz z lekarzem. Czego jak czego, ale tego się po Tobie nie spodziewałem - powiedział z oburzeniem w głosie i rzucił plecak na podłogę. Rzucił tylko grzeczne "dzień dobry" do mężczyzny i podszedł bliżej do Morana łapiąc go za ramiona i pchając na łóżko, zmuszając go tym samym do położenia się.
- Czemu wyłączyłeś telefon, co?! I co Ty sobie zrobiłeś?! Pomyślałeś w ogóle o mnie chociaż przez ułamek sekundy?! Wiesz co się ze mną działo przez ten czas?! Umierałem ze strachu! Myślałem, że Cię porwano! Albo, że zrobiłeś coś sobie i jesteś nie wiadomo gdzie! Nie daj Boże gdybyś umarł bo i to przeszło moją głowę! - te wszystkie oskarżenia wyrzucił z siebie na jednym wydechu z prędkością światła. Jego oczy iskrzyły od gniewu, ale też był pełne troski jak i ulgi. Zaciskając mocno palce na jego ramionach wpatrywał się w blondyna z kamienną twarzą. Nagle jego usta wykrzywił uśmiech i przechylił się w dół przytulając chłopaka mocno.
- Ty idioto, nie rób tak nigdy więcej! Umierałem ze strachu i zamartwiania się o Ciebie! - jego ciało trzęsło się lekko, a gniew powoli uchodził z niego. Przytulał się mocno do przyjaciela oddychając powoli. W końcu odsunął się i przetarł lekko zaszklone oczy, nie miał zamiaru się rozbeczeć, nie tutaj.
- No, to może przedstawisz mnie temu przystojniakowi? - zapytał Moranka, uśmiechając się lekko przy tym. Lekarz pewnie był zszokowany i nie wiedział o co chodzi, nie chciał wyjść na jakiegoś wariata czy coś.
_________________

Karta Postaci
 
     
Moran
Diabelstwo
Głowa do góry!


Miano: Moran Quert
Wiek: 19 lat
Pseudonim: Morq
Klasa: 13th B
Wzrost: 170
Ubiór: Ubiera się bardzo różnie i raczej wygodnie, ale zawsze schludnie. Obecnie to jasna koszula rozpięta pod szyją oraz jeansy i czarne pantofle.
Ekwipunek: Komórek, portfel i kieszenie pełne optymizmu.
Wygląd: Niewysoki młodzieniec o dużych zielonych oczach i falowanych, pół długich blond włosach. Ma dość delikatną urodę, ale na pewno nie może uchodzić za kobietę choćby z racji całkiem ładnie wyrzeźbionego ciała i było nie było, całkiem męskiej linij szczeki.
Miłość: No, taa... miłość od razu.
TYP: Matko... Ograniczenia są takie głupie!
Znaki Szczególne: Dziwne usposobienie.


Fabularnie: Randka! xD
Motto: Może pozytywne nastawienie nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, ale wkurzy wystarczającą liczbę osób, by było to warte zachodu.
Multikonta: Ta...
Wiek: 28
Dołączył: 19 Mar 2013
Posty: 106
Wysłany: 2013-10-27, 23:35   

Dziwna sytuacja? Moran nie przywiązywał wagi do sytuacji w których "robiło mu się dziwnie" Zawsze zrzucał to na karb fascynacji, albo zwykłej chuci, ale nigdy, przenigdy zauroczenia czy miłości. Wystrzegał się tego jak diabeł święconej wody... już od prawie czterech lat.
Odłożył telefon na szafkę i spojrzał na lekarza, który właśnie wykazał się stanowczością, której Moran wcześniej nie dostrzegł. Przechylił na bok głowę, jak miał w zwyczaju, kiedy się czemuś wnikliwie przyglądał, a szeroki uśmiech został zastąpiony przez subtelne zamyślenie. Tak, właśnie przemknęło mu przez myśl, dlaczego ten boski lekarz aż tak się o niego martwi i jest wobec niego stanowczy. Była to pierwsza taka myśl odkąd się poznali, wcześniej nie myślał w takich kategoriach. To było przyjemne uczucie... trochę jak z Andym... który w praktyce był jedyna osobą, która tak naprawdę o niego dbała.
- Wobec tego chyba będziesz musiał - uśmiechnął się bardzo ciepło, nieświadomie serwując lekarzowi jeden z uśmiechów, które były zarezerwowane tylko na specjalne okazje.
- Ale to nie będzie problem? Że ja tak na obiady będę wpadał... i pewnie kolacje?
Tak... Moran uznał to za propozycję, no bo jak inaczej miał to odebrać? On ze swoją naiwnością i staraniem się, by nie zastanawiać się nad niczym dwa razy, po prostu szedł za ciosem. Znów przekrzywił głowę w ten dziwny szczenięcy sposób, utkwiwszy spojrzenie błyszczących oczu w lekarzu.
Nim jednak zdążyli o tym pogadać, drzwi od sali otworzyły się gwałtownie, a w nich stanął nie kto inny jak Andrew Travena od progu rzucając w Morana oskarżeniami... Własciwie nie spodziewał się niczego innego, roześmiał się więc radośnie i pokręcił głową.
- Andy, ja tu cierpię, a nie flirtuję! - zdążył odkrzyknąć niby oburzony, ale pysk cieszył mu się od ucha do ucha. Potem, kiedy Andy złapał go za ramiona, syknął cicho "uważaj!" dając się popchnąć bez sprzeciwów, by tylko nie naruszyć świeżych szwów. Ale słowa irytacji nie wypłynęły z jego ust, kiedy widział uczucia malujące się na twarzy blondyna. Wysłuchał wszystkiego z zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. Tak, to jedna z niewielu sytuacji w których Moran był prawdziwie zakłopotany.
Kiedy Andy go przytulił położył dłoń na miękkich, jasnych włosach i na chwilę zamknął oczy wdychając znajomy zapach. Drugą dłonią ścisnął jego przedramię. Wtedy tez, żałował trochę, że wcześniej nie dał żadnego znaku. Z przyjacielem u boku, ten czas byłby sto razy lepszy.
Nagle otworzył oczy jakby o czymś sobie przypomniał... No tak, przecież był tu ktoś, kto niejako zastąpił mu przyjaciół i... rodzinę. Spojrzał wprost na lekarza, a jego spojrzenie jasno mówiło, żeby został. Było w nim stanowczo zbyt wiele determinacji, jak na zwykłą niemą prośbę. Nawet po chwili wskazał palcem na łóżko... Obawiał się, ze Shi może sobie pójść, a tego... nie chciał. Tak po prostu czuł, że jak teraz sobie pójdzie, to nie wróci. Ta myśl go zaniepokoiła, ale od razu zamknął dostęp wszelkim innym, które mogły podążyć za tą jedną... Widząc, że jednak mimo wszystko Shi wstaje i ma zamiar wyjść, zmarszczył brwi. Co było z nim nie tak?
- Zostań! - zawołał - Mamy przecież sprawę do obgadania... - zaśmiał się i westchnął, ale zdawał się być trochę zmęczony. Co tu się właściwie działo? Powoli zaczynał się też irytować... a może to przez ból, który przecież towarzyszył mu nieustannie od ponad tygodnia. Miał nadzieję, że Shi sobie nie pójdzie, nie chciał szukać go później po szpitalu...
- Przepraszam Andy - szepnął gładząc jasne włosy, na powrót zamykając oczy. Komu jak komu, ale akurat temu chłopakowi nie chciał sprawiać kłopotów i być powodem takiego wzburzenia, choć gdyby matka tak się czuła... nawet poczułby złośliwą satysfakcję ale nie, ona nawet nie przyjechała. Moran pomyślał też o ojcu, ale szybko się za to skarcił. O nim nie powinien myśleć już nigdy.
Kiedy blondyn się odsunął, poszkodowany wyszczerzył się i dziwnie poufałym ruchem dotknął jego twarzy, na krótką chwilę obejmując policzek chłopaka ciepłą dłonią.
- Tylko weź mi tu nie rycz, przecież jestem cały... no prawie. Nie licząc śledzia...
Przechylił się lekko w bok zerkając na zapewne skonfundowanego lekarza. Uśmiechnął się szeroko, jak miał w zwyczaju. Wskazał palcem na gościa.
- To jest Andrew, mój przyjaciel. Własciwie jedyny jakiego mam - wzruszył lekko ramionami, jakby naprawdę nie powiedział przed chwilą czegoś smutnego, bądź nieodpowiedniego. Moran nigdy nie potrzebował ich wielu, żeby jego świat był kompletny.
- A to jest Shichiro, który ma zadatki na kolejnego...
Czy on to naprawdę powiedział? Tak, bez wątpienia i to do tego bez specjalnego rozbawienia, jakie powinno w tym momencie go charakteryzować. Nawet nie mrugnął do lekarza, posyłając mu tylko radosny, niefrasobliwy uśmiech.
Wyolbrzymiał? Być może, ale będąc zupełnie szczerym, (choć nie lubił być szczerym ze sobą) to przyjaciół poznaje się w biedzie, czyż nie? A Shi w jakiś sposób chyba mu zaimponował... Tak, to chyba było to. No i Andy słysząc to, na pewno był lekko zdziwiony, przecież Moran nie mówił takich rzeczy od tak. Własciwie nigdy nie poruszał takich tematów dobrowolnie...
_________________

They tell me I'm too young to understand
They say I'm caught up in a dream
Well life will pass me by if I don't open up my eyes
Well that's fine by me

So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time I was finding myself and I
Didn't know I was lost.
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 05 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-10-28, 20:48   

Nawet nie zdążył odwzajemnić uśmiechu, ponieważ naraz ktoś energicznie wpadł do sali. Pierwsze zdanie, jakie wypowiedział gość Morana sprawiło, że zamrugał z zaskoczeniem, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Wobec tak pochopnej oceny sytuacji i bezpardonowego jej podsumowania przy samym zainteresowanym, nie pozostało mu nic innego, jak oburzenie podszyte lekką irytacją i niesmakiem. Między jego brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka, jak zawsze w takich sytuacjach. Podniósł się niezwłocznie i już miał otworzyć usta, żeby sprostować sytuację, ale zamiast tego chwycił odruchowo Andrew za ramię widząc, jak niedelikatnie traktuje przyjaciela.
- Uważaj, zrobisz mu krzywdę. Zerwiesz szwy - oczywiście szybko puścił ramię chłopaka, żeby i teraz sobie czegoś przypadkiem nie pomyślał, ale również dlatego, że po prostu nie lubił dotykać kogokolwiek bez wyraźnej potrzeby. Przy tak wylewnym powitaniu obu chłopców Shichiro stwierdził, że nie powinien tu być i na to patrzeć. Poczuł się jak podglądacz, więc z zakłopotaniem drapiąc się po karku odwrócił wzrok w kierunku drzwi, i zrobił krok w ich stronę z zamiarem wyjścia. Nie zrezygnował z tego nawet mimo niewerbalnej prośby Morana, ponieważ pozostawszy czułby się bardzo nieswojo, poza tym nie miał ochoty kończyć rozmowy przy osobach postronnych. Chciał właśnie powiedzieć, że niedługo wróci, i miał zamiar przynieść mu wtedy karteczkę z zapisanym numerem telefonu, żeby mogli w spokoju kiedy indziej dokończyć rozmowę... Ale złotowłosy go ubiegł, tym razem prosząc go o pozostanie na miejscu werbalnie. Z wahaniem więc zatrzymał się.
- Myślę, że jednak powinienem... - westchnął i oparł się o ścianę obok łóżka, gdy mu przerwano. Zaraz potem kiwnął uprzejmie głową nastolatkowi, który został mu przedstawiony. - Miło poznać.
Później doświadczył kolejnego tego dnia zaskoczenia, tym razem jednak z gatunku tych przyjemnych. Trudno było nie odwzajemnić chociaż w niewielkim stopniu szerokiego uśmiechu Morana.
_________________
 
     
Andrew
Glamour


Miano: Andrew Timothy Trevena
Wiek: 19
Pseudonim: An, Andy, Drew, Timi
Klasa: 13th B
Wzrost: 175cm
Ubiór: Zwyczajowo chodzi ubrany w czarne spodnie materiałowe, białą koszulkę i na to fioletowa marynarka. Jednak bardzo często (zwłaszcza w klubie hostów lub na lekcji WOKu) można go zobaczyć ubranego w tradycjne stroje z różnych zakątków świata.
Ekwipunek: telefon, chusteczki, notesik z długopisem
Wygląd: Niezbyt wysoki młodzieniec o krótkich blond włosach i fiołkowych oczach, szczupły i zadbany. Emanuje urokiem osobistym i pozytywną energią.
Miłość: Chciałbym wiedzieć czym jest
TYP: Po co się ograniczać?
Fabularnie: pisze na laptopie
Motto: Carpe diem
Multikonta: Hide i spółka
Dołączył: 24 Maj 2013
Posty: 140
Wysłany: 2013-10-28, 23:00   

Słysząc ostrzeżenie ze strony lekarza posłuchał się, nie chciał przecież skrzywdzić Moranka. Wręcz przeciwnie, zawsze o niego dbał. Dlatego też poluźnił nieco uścisk i nie leżał na nic mocno gdy się przytulił do blondyna. Wystarczyło, że mógł znowu go poczuć. Nawet cichutko zamruczał gdy poczuł palce hosta w swoich włosach. Rety, dopiero teraz mógł wyraźnie poczuć jak strasznie tęsknił za tym chłopakiem. Jego zach, jego dotyk. Sama jego bliskość była dla niego czymś wspaniałym. I te ciche przeprosiny. Od razu mu wybaczył, bez chwili wahania. Wiedział, że Moran nie często zachowywał się w ten sposób i jego przeprosiny były szczere.
Zaśmiał się krótko i przetarł oczy jeszcze raz gdy przyjaciel powiedział mu żeby nie ryczał. śledź również go rozbawił i po tym jak Shichiro mówił mu coś o szwach domyślił się, że chodzi o śledzionę tak naprawdę. W końcu jego twarz wróciła do normalności i znów się uśmiechał radośnie, wystarczy rozklejania się jak na dzisiaj. Ba, wystarczy na najbliższy rok jak nie dłużej. Spojrzał na mężczyznę gdy został mu przedstawiony i choć ten nie był zbyt wylewny przy poznawaniu się to Andrew przybliżył się nieco do niego i ujął jego dłoń w swoje potrząsając nią lekko.
- Bardzo mi miło. Cieszę się, że ktoś taki opiekował się Morankiem przez ten czas kiedy tu był - powiedział z szerokim uśmiechem i puścił dłoń lekarza. Mógł się założyć, że sam Moran również był zadowolony z tego, że opiekował się nim tak seksowny lekarz. Nie dość, że miał towarzystwo do rozmów to jeszcze miał na co popatrzeć. Ach, szpitale jednak nie są takie złe.
Spojrzał najpierw na lekarza, a potem na przyjaciela. Zdaje się, że wpadł tu w środku rozmowy i im ją przerwał. No tak, nie pomyślał o tym wcześniej. Podszedł do ściany podnosząc swój plecak po czym znowu podszedł do Moranka.
- Zdaję się, że rozmawialiście, prawda? Pewnie Shi musi Ci powiedzieć jak się masz teraz obchodzić ze sobą i inne takie tam. Ja pewnie umrę z nudów przysłuchując się Wam więc zejdę do poczekalni i tam będę na Ciebie czekać, zgoda - pochylił się nad blondynem i ucałował go w policzek po czym rzucił jeszcze "Do widzenia" do lekarza i wyszedł z sali schodząc na dół. Radość wręcz promieniała od niego, cieszył się jak głupi i uśmiechał sam do siebie. Usiadł na krześle w poczekalni stawiając sobie plecak na kolanach i rozglądając się z zaciekawieniem. Wcześniej nie zwrócił uwagi na wygląd szpitala.
_________________

Karta Postaci
 
     
Moran
Diabelstwo
Głowa do góry!


Miano: Moran Quert
Wiek: 19 lat
Pseudonim: Morq
Klasa: 13th B
Wzrost: 170
Ubiór: Ubiera się bardzo różnie i raczej wygodnie, ale zawsze schludnie. Obecnie to jasna koszula rozpięta pod szyją oraz jeansy i czarne pantofle.
Ekwipunek: Komórek, portfel i kieszenie pełne optymizmu.
Wygląd: Niewysoki młodzieniec o dużych zielonych oczach i falowanych, pół długich blond włosach. Ma dość delikatną urodę, ale na pewno nie może uchodzić za kobietę choćby z racji całkiem ładnie wyrzeźbionego ciała i było nie było, całkiem męskiej linij szczeki.
Miłość: No, taa... miłość od razu.
TYP: Matko... Ograniczenia są takie głupie!
Znaki Szczególne: Dziwne usposobienie.


Fabularnie: Randka! xD
Motto: Może pozytywne nastawienie nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, ale wkurzy wystarczającą liczbę osób, by było to warte zachodu.
Multikonta: Ta...
Wiek: 28
Dołączył: 19 Mar 2013
Posty: 106
Wysłany: 2013-10-29, 20:57   

Zawsze byli sobie bliscy, odkąd pamiętał. Ponowne spotkanie dało Moranowi wiele do myślenia. Andy był... był jak rodzina, a nawet bliżej. Mimo to nie starał się określać tej relacji jakoś inaczej niż "przyjaźń", bojąc się, że może pomyśleć sobie o tym za dużo, ale prawdą było, ze tylko jego trzymał tak blisko.
Patrzył na przyjaciela uśmiechając się radośnie, próbując tym samym dodać mu otuchy. Wiedział, że zawalił, a teraz próbował naprawić, choćby samym uśmiechem czy żartem w swoim stylu. Czasem brał odpowiedzialność za swoje czyny...
Obserwował z rozbawieniem zderzenie dwóch tak bardzo różniących się od siebie osób. Nie musiał ich dobrze znać, by to widzieć. Ciepły i wylewny Andy oraz stoicki lekarz. Urocze. Widział natomiast, że Shichiro nie jest zbyt zadowolony z tego spotkania, lecz nie miał pojęcia dlaczego. Przecież nie robili nic zdrożnego, a ten tydzień spędzony na rozmowach powinien sprawić, ze coś takiego jak wtargnięcie Andyego, nie powinno robić na nim wrażenia. Nie przyszło Moranowi do głowy, ze być może Shi na co dzień nie jest ani trochę wylewny i ma inny pogląd na cielesność niż sam blondyn.
Kiedy Andy nagle zebrał się i usprawiedliwił swoje wyjście taką błahostką, Moran zmarszczył brwi. Chyba czuł w tym pewien podstęp... Jeszcze za czasów kiedy naprawdę byli gówniarzami, robili takie akcje...
- Poważnie An? - Poszkodowany blondyn uniósł brew i uśmiechnął się krzywo, ale co miał zrobić? Zatrzymać go siłą? Z resztą i tak nie miał możliwości zaprotestować, bo chwile po tym czuł tylko ciepło jego ust na policzku i chłopaka już nie było. Chwila ciszy i tym razem Moran roześmiał się już głośno, podtrzymując opatrunek na ranie, bo taki wyczyn okraszony był także bólem
- Nie było tak źle... Myślałem, ze gorzej mi się oberwie. - wyjaśnił spoglądając na opartego nonszalancko lekarza. O tak, Andy miał rację myśląc, że Moran był szczęśliwy że opiekowali sie nim tacy ludzie.
- Dlaczego chciałeś sobie pójść? - udawany wyrzut wyszedł mu zupełnie jak prawdziwy - a nasza umowa?
Urosło to już do wielkości umowy... Biedny Shichiro, nie wiedział w co się pakuje będąc dla tego lekko szurniętego blondyna tak dobrym.
- Gdybyś sobie poszedł, pewnie kucharka by mnie zabiła! Musiałbym jeść okropieństwa i na pewno złapałbym jakiegoś bakcyla! Może nawet bym umarł!
Jego twarz przybrała wyraz tej z obrazu "Krzyk" nawet ułożył podobnie dłonie. Znów gadał od rzeczy, ale ludzie którzy go znali na pewno powiedzieliby, ze on jest już po prostu zdrowy.
- ale chwila, chwila... - ręce opadły mu na pościel, a spojrzenie stało się podejrzliwe - czy Ty na pewno nie będziesz mnie karmił jakimiś paskudztwami?
_________________

They tell me I'm too young to understand
They say I'm caught up in a dream
Well life will pass me by if I don't open up my eyes
Well that's fine by me

So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time I was finding myself and I
Didn't know I was lost.
 
     
Shichiro


Miano: Shichiro Shinya Sakagami
Wiek: 25 lat
Wzrost: 185 cm
Ubiór: Zazwyczaj nosi wygodne sportowe obuwie, jeansy i tshirt lub longsleev w towarzystwie bluzy. Ale od kiedy dni stały się chłodne, w repertuarze pojawiły się swetry oraz półbuty. Wszystko to utrzymane w ciemnej tonacji.
Wygląd: Ciemnozielone oczy, smukła, dostatecznie umięśniona sylwetka i czarne niczym skrzydło kruka włosy, długie do łokcia i zazwyczaj związane w kucyk.
TYP: Zobacz.
Fabularnie: JAKA RANDKA?! xD
Motto: Nic w człowieku - nawet jego ciało - nie jest wystarczająco trwałe, aby zrozumieć innych ludzi i rozpoznać w nich siebie.
DODATKOWE: Lekarz i szkolny pielęgniarz


Dołączył: 05 Maj 2013
Posty: 108
Wysłany: 2013-10-29, 23:14   

- Ja... po prostu nie chciałem wam przeszkadzać. Czułem się niekomfortowo, stercząc tutaj i gapiąc się. - Odkaszlnął z zakłopotaniem. - Jeśli twój kolega odniósł mylne wrażenie, że go nie lubię... Poproś go, żeby mi wybaczył. Nie jestem... zbyt wylewny. Nie tak mnie wychowano.
Uśmiechnął się przepraszająco, ponieważ zdążył się już niejednokrotnie przekonać, że wychowanie w kulturze dystansowej odbierane jest zazwyczaj mylnie jako niechęć i chłód w stosunku do drugiej osoby. Jednak nic nie mógł poradzić na to, że dla niego ograniczanie kontaktu cielesnego z innym człowiekiem do minimum było naturalnym odruchem. Rzecz miała się inaczej, kiedy wychodził do klubu - wtedy świadomie opuszczał bariery i zachowywał się w inny sposób. Ale w życiu codziennym ten dystans był dla niego czymś tak normalnym, jak oddychanie.
- Spokojnie. - Pokręcił głową z rozbawieniem. - Chciałem podrzucić ci mój numer i dokończyć tę rozmowę telefonicznie. Żadna kucharka cię nie zabije, panikarzu. - Na widok miny, którą zrobił blondyn, prawie się roześmiał. - No przecież będę jadł z tobą! Siebie bym nie otruł.
Na chwilę zrobił butną minę, ale zaraz potem sięgnął do kieszeni jeansów i wyciągnął telefon.
- Najlepiej będzie wymienić się numerami. Będziemy mogli ustalać codziennie godziny, które pasują nam obu, poza tym jeśli wypadnie mi coś w szpitalu i będę musiał biec, możliwość szybkiego uprzedzenia cię będzie mi na rękę... A nie gotuję tak źle, bo jeśliby tak było, pewnie zamiast cię leczyć, leżałbym obok. No, dyktuj numer. Adres wyślę ci smsem, jak już ustalimy godzinę.
_________________
 
     
Moran
Diabelstwo
Głowa do góry!


Miano: Moran Quert
Wiek: 19 lat
Pseudonim: Morq
Klasa: 13th B
Wzrost: 170
Ubiór: Ubiera się bardzo różnie i raczej wygodnie, ale zawsze schludnie. Obecnie to jasna koszula rozpięta pod szyją oraz jeansy i czarne pantofle.
Ekwipunek: Komórek, portfel i kieszenie pełne optymizmu.
Wygląd: Niewysoki młodzieniec o dużych zielonych oczach i falowanych, pół długich blond włosach. Ma dość delikatną urodę, ale na pewno nie może uchodzić za kobietę choćby z racji całkiem ładnie wyrzeźbionego ciała i było nie było, całkiem męskiej linij szczeki.
Miłość: No, taa... miłość od razu.
TYP: Matko... Ograniczenia są takie głupie!
Znaki Szczególne: Dziwne usposobienie.


Fabularnie: Randka! xD
Motto: Może pozytywne nastawienie nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, ale wkurzy wystarczającą liczbę osób, by było to warte zachodu.
Multikonta: Ta...
Wiek: 28
Dołączył: 19 Mar 2013
Posty: 106
Wysłany: 2013-10-30, 20:23   

Moranowi rodzice także nie wpajali przesadnej wylewności. On sam doszedł do wniosku, że swoje pragnienia i chęci trzeba precyzować oraz brać to co się chce, bez patrzenia na innych. Nie wstydził się, nie ograniczał tym, ze jego zdanie czy zachowanie może kogoś urazić. Już dawno przestał się tym przejmować i zwykle trzymał się z tymi, którzy się nie obrażali, co chyba było akurat całkiem oczywiste.
Zbliżało się wczesne popołudnie i na szczęście deszcz chyba na dobre opuścił Chicago. Trzeba było się powoli zbierać... Pójść po wypis, zwolnienie z W-Fu i przenieść się do akademika. Moran zrobi to z przyjemnością, choć zapewne kilka pierwszych dni nie będzie przyjemnych głównie dzięki tkliwości rany... Do klubu też nie pójdzie, bo picie alko przy tylu antybiotykach zapewne zaprowadziłoby go tu z powrotem. Życie ostatnimi czasy się na niego uwzięło... Albo jak zwykle wszystko wyolbrzymiał.
Zamrugał i ściągnął usta wydymając dolną wargę. Natłok spraw powodował, ze nie miał chęci robić czegokolwiek, ale bezczynne siedzenie ich nie rozwiąże. Spojrzał na przystojnego lekarza w zamyśleniu.
- Ty tak poważnie? Ale przecież się nie przelizaliśmy, czy coś... - choć nawet taki pocałunek nie wydawał się Moranowi dostatecznym powodem, by ktoś wychodził z pokoju. Wzruszył ramionami. Cóż, ludzie byli różni... ale szczerze mówiąc, Shi nie wyglądał mu na taką cnotkę.
- Andy się nie obraża. Jeszcze nigdy nie widziałem go obrażonego na kogokolwiek, ale jak ci zależy, mogę się zapytać i powiedzieć mu w razie czego. - zapewnił sięgając po odłożony wcześniej telefon. No proszę! Więc naprawdę będzie chodził na obiadki do tego człowieka... Ma szczęście i to wielkie. Kto wie, może nawet...
Zerknął na mężczyznę mrużąc oczy. Na myśl przyszło mu kilka ciekawych, różowych myśli... przez które nie mógł powstrzymać wypływającego na usta szatańskiego uśmiechu. Choć... ze strony Shi nie wyczuł... nic. Mimo wszystko trzymał on służbowy dystans do którego Moran kompletnie nie był przyzwyczajony.
- Ciekawe... - zamruczał do siebie, ale zdając sobie sprawę, ze powiedział to zupełnie na głos, ożywił się przesadnie susząc zęby.
- Cieszę się, żeś się zlitował nad biednym poszkodowanym Moranem. Już ci dyktuję...

Wymienili się numerami i pożegnali dość sucho, jako że Shichiro był przecież na dyżurze. Moran choć bardzo chciał uwiesić się mu na szyi, to nawet nie miał okazji. Po tym załatwiając wszelkie formalności wyszedł ze szpitala w towarzystwie najlepszego przyjaciela i z numerem telefonu pewnego przystojniaka.
A może nie będzie to aż tak zły okres w jego życiu jak sadził na początku?

Tak, tak zet/te razy trzy (chyba)
_________________

They tell me I'm too young to understand
They say I'm caught up in a dream
Well life will pass me by if I don't open up my eyes
Well that's fine by me

So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time I was finding myself and I
Didn't know I was lost.
 
     
Jonathan
Antykwariusz


Miano: Jonathan Sparks
Wiek: 28lat
Wzrost: 192cm
Ubiór: Eleganckie, czarne spodnie, kamizelka, granatowa koszula, półbuty
Ekwipunek: telefon, klucze, portfel, kluczyki do samochodu
Wygląd: Wysoki, szczupły mężczyzna o czarnych włosach sięgających ramion. Brązowe tęczówki często zasłonięte są kolorowymi soczewkami.
Miłość: Chyba przestaje w nią wierzyć
TYP: Seke
Znaki Szczególne: Kolczyki w uszach, tatuaż na żebrach


Fabularnie: można powiedzieć, ze terapia oczyszczająca...
Multikonta: może...
Dołączył: 21 Paź 2013
Posty: 113
Wysłany: 2013-11-28, 16:00   

Gdyby ktoś mu wczoraj powiedział, że skończy w szpitalu po wypadku samochodowym, chyba by go wyśmiał. To absurdalny pomysł! Zwłaszcza, że jeździł bardzo dobrze, ba chyba nawet mandatu jeszcze nigdy nie dostał. No ale pech chciał, że ten dzieciak wyskoczył mu przed maskę i tylko cudem Jona go nie przejechał. Poza szokiem, pewnie nic mu nie było, zwłaszcza, że nawet go nie musnął. Pewnie gdyby nie to, to teraz ten dzieciak leżałaby zakrwawiony zamiast niego.
Całe szczęście, że Terry szybko wezwał pomoc, a ta nie ociągała się z przybyciem. Może z pozoru wydawało się, że nic takiego, poza rozbitą głową mu nie doskwiera, ale szybko pojawiły się inne komplikacje. Połamane żebra, były przyczyną kolejnego problemu. Okazało się, że kawałek kości przebiło płuco, doszło do odmy. Już w czasie przejazdu trzeba było zakładać dren i walczyć o jego życie.
Przybyli do szpitala, Jonathan od razu został przewieziony na salę operacyjną. W końcu nie można było zostawić dziury w klatce piersiowej bez nadzoru. Całe szczęście płuco się nie zapadło, ale i tak należało usunąć uszkodzone pęcherzyki i załatać ranę. Dwie godziny później, było po wszystkim. Mężczyzna został przewieziony na salę. Jego głowa była zawinięta w bandażowy czepek, tors również pokryty został grubą warstwą opatrunków z pomiędzy których wystawał dren. Na twarzy znalazła się maska z tlenem, a aparatura pipczała cicho. Jego stan był stabilny, w zasadzie niedługo powinien się wybudzić, zwłaszcza, że zagrożenie życia minęło. Co prawda pewnie zostanie tu na kilka dni, jeśli nie tygodni. Grunt jednak, że już wszystko było dobrze.
Pracownicy z izby przyjęć zadzwonili do sklepu Jona powiadamiając o wszystkim. Teraz już tylko pozostało czekać, aż on otworzy oczy.
_________________


O mnie:


Tatuaż na żebrach - dłoń trzymająca czaszkę
 
     
Terry
Nauczyciel W-Fu
Etatowy Złośliwiec


Miano: Terry John Johnson
Wiek: 31
Pseudonim: T.J.
Wzrost: 210cm
Ubiór: Zależnie od okazji, ale czuje się dobrze w stroju sportowym jak i pod krawatem. Obecnie ma na sobie czarno szarą, zapinaną dresową bluzę z kapturem, czarne dresowe spodnie i buty do biegania.
Ekwipunek: Portfel w kieszeni, a poza tym plecak, a w nim notatnik, teczka, trochę śmieci...
Wygląd: Ciemne blond włosy w lekkim nieładzie, których grzywka wchodzi mu już do oczu o jasnych zielonych tęczówkach. Dość ostre rysy twarzy i mocno zarysowana linia szczęki, wąskie wargi. Na brodzie krótka, zadbana bródka. Prócz tego wielkie dłonie, stopy... Ogólnie przecież wielki z niego gość. Szeroki w barkach i dość żylasty, ale bardzo dobrze zbudowany. Lekko włochaty na klacie - o to cały Terry.
TYP: Seme.
Znaki Szczególne: Wzrost.


Fabularnie: Spotkanie po latach.
Motto: Kto się zanadto zwykł oszczędzać, chorzeje wreszcie z oszczędzania tego. Chwała wszystkiemu, co twardym czyni.
Multikonta: Tak.
DODATKOWE: Trener drużyny koszykarskiej


Dołączył: 17 Paź 2013
Posty: 35
Wysłany: 2013-11-28, 23:39   

I Terry czekał... czekał właściwie przez cały dzień, wpatrując się tępo w posadzkę szpitalnej poczekalni. Bił się z myślami, wciąż rozważając, czy lepiej byłoby gdyby po prostu zniknął i zapomniał o wszystkim. Jon nawet nie wiedział kto go znalazł, wobec tego warto było tu siedzieć?
Najpierw mówił sobie, że poczeka aż operacja się skończy, tylko po to by zapytać, czy wszystko będzie z nim w porządku, ale kiedy lekarz niechętnie oznajmił mu, ze wszystko przebiegło pomyślnie, nie mógł wyjść i zapomnieć. Nie teraz kiedy miał przed oczami jego zakrwawioną twarz.
Czekał więc aż do późnego popołudnia, kiedy jedna z pielęgniarek widząc, że siedzi tu cały dzień jak zbity pies, zlitowała się i ze współczującym, służbowym uśmiechem, podpowiedziała, że może odwiedzić przyjaciela.
Minęła kolejna godzina nim zebrał się w sobie i choćby zajrzał na małą, pustą salę. Najpierw krążył przed nią jak wściekła bestia, wydeptując w szpitalnym linoleum równą ścieżkę dziesięciu kroków. Potem siedział przed nią wlepiając spojrzenie w zamknięte drzwi, aż w końcu klnąc w myślach na swoją głupotę, po prostu wstał i wszedł.
Zamknął za sobą drzwi najciszej jak umiał i dopiero wtedy z ociąganiem spojrzał na podpiętego do aparatury mężczyznę. Na szczęście spał jeszcze niespokojnym snem rannego. Z daleka wydawała się być takim jakim go zapamiętał... Te same czarne włosy, które kiedyś tak lubił przeczesywać, ta sama blada twarz o przystojnych ostrych rysach... Teraz może odrobinę bledsza.
Westchnął cicho. Nie powinno go tu być. Powinien odejść po dowiedzeniu się, ze wszystko w porządku... albo nie, nie powinien się nawet zatrzymywać. Czy naprawdę obchodziło go to, czy żył? Przecież gdyby Jona zginąłby w tym wypadku i akurat wtedy Terry wyjechałby trochę później, nawet by się o tym nie dowiedział...
Zacisnął szczękę złoszcząc się na samego siebie. Nie, nie mógł tak myśleć. Nigdy nie powinien myśleć w taki sposób. To co było między nimi nie powinno mieć wpływu na kwestie życia i śmierci.
Ostrożnie zbliżył się do łóżka i spojrzał na leżącego mężczyznę z bliska. Może mu się wydawało, ale miał wrażenie, ze rysy twarzy trochę mu się wyostrzyły... Mimowolnie uśmiechnął się, ale był to smutny uśmiech pełen obaw.
Tylko chwilę... powtarzał sobie siadając na stojącym obok łóżka stołku. Tylko chwilę...
Choć nie wiedział po co, choć podświadomość mówiła mu "uciekaj, tak będzie lepiej" to przysiadł patrząc na nieruchomą sylwetkę z tym swoim głupim, tkliwym uśmiechem.
Chwila
Dwie
Trzy
Kłębowisko myśli.
Dość
Miał rację w swoich przemyśleniach i nigdy nie powinien tu przychodzić. Przetarł dłonią naznaczoną zmęczeniem twarz.
- Cholera... - syknął do siebie i poderwał się z zamiarem jak najszybszego opuszczenia sali. Jednak niechcący, gdy z impetem wstawał z miejsca, przewrócił stołek, który z hukiem upadł na ziemię...
_________________
 
     
Jonathan
Antykwariusz


Miano: Jonathan Sparks
Wiek: 28lat
Wzrost: 192cm
Ubiór: Eleganckie, czarne spodnie, kamizelka, granatowa koszula, półbuty
Ekwipunek: telefon, klucze, portfel, kluczyki do samochodu
Wygląd: Wysoki, szczupły mężczyzna o czarnych włosach sięgających ramion. Brązowe tęczówki często zasłonięte są kolorowymi soczewkami.
Miłość: Chyba przestaje w nią wierzyć
TYP: Seke
Znaki Szczególne: Kolczyki w uszach, tatuaż na żebrach


Fabularnie: można powiedzieć, ze terapia oczyszczająca...
Multikonta: może...
Dołączył: 21 Paź 2013
Posty: 113
Wysłany: 2013-11-29, 00:04   

To zabawne jak wiele może się dziać, gdy ty myślami jesteś zupełnie gdzie indziej.Nie jesteś świadomy wewnętrznej walki, jaką toczą niektórzy, ani tym bardziej nie zdajesz sobie sprawy z tego jak jesteś postrzegany. Nic, tylko pustka i ciemność. Przez leki jego umysł balansował gdzieś na krawędzi jawy a leczniczego snu. Nie czuł bólu, chłodu, ani nie słyszał tego irytującego pipczenia aparatury monitorującej jego stan. Może to i lepiej. Gdyby dostrzegł twarz tak drogiego kiedyś jego sercu mężczyzny, pewnie nie miałby ochoty się budzić. Nie z powodu żalu czy złości. Raczej dobiłby go fakt, że Terry zwyczajnie zdawał się żałować, że w ogóle tutaj jest. Czy więc nie łatwiej by było dalej udawać, że obaj dla siebie nie istnieją?
Leki powoli przestawały działać, a nieubłagana rzeczywistość zbliżała się wielkimi krokami. Powoli do jego uszu dochodziło pikanie aparatury, lecz to dopiero czyjś głos przywołał go do świadomości. Tylko jak to możliwe, że to akurat ta barwa rozbrzmiała w jego uszach? Pewnie mu się tylko wydawało i to lekarz albo ktokolwiek inny. Tak, na pewno tak było. Lecz huk upadającego stołka sprawił, że nie mógł już dłużej walczyć z otaczającym go światem. Powoli otworzył oczy jeszcze przez chwilę dochodząc do siebie. Z jego gardła wydobył się cichy syk stłumiony przez maskę tlenowa. Jednak rurka w klatce piersiowej wcale nie była przyjemna.
Powoli też zaczynało do niego docierać gdzie jest i co się stało. Wypadek, dzieciak na drodze i zbliżające się drzewo. Aż przeszły go ciarki. Na chwilę przymknął oczy próbując się pozbyć tego obrazu spod powiek, lecz to co a w zasadzie kogo zobaczył stanowczo nie było tym czego się spodziewał. To prawda? Ale jak? Przecież on powinien być gdzie indziej... w Nowym Jorku... Co więc robi w szpitalu, przy nim? To w ogóle możliwe?
-Te..rry?- zapytał cicho i z niejakim trudem. Przeklęta maska utrudnia mu wszystko. Podniósł rękę i zsunął to ustrojstwo z ust. Od razu wyczuł różnicę w oddychaniu ale chwilowo to nie było ważne. Obchodził go tylko mężczyzna, który prawdopodobnie chciał dać drapaka - To ty? Ale jak...- kolejne ciche pytanie. Odruchowo próbował się podnieść, ale kłucie w piersiach go przed tym powstrzymało. Opadł na poduszki i dalej przyglądał mu się z mieszanką zaskoczenia i niedowierzania wymalowaną na bladej twarzy. To zabawne miał mu tyle do powiedzenia, nie raz wyobrażał sobie ich ponownie spotkanie, a tu proszę. Kiedy wreszcie to się stało, zabrakło mu języka w gębie.
Pomijając jednak szok, był szczęśliwy. Widok Terrego sprawiał, że od razu zrobiło mu się jakoś tak lżej. Jakby nie patrzeć jeszcze w nocy wyznał, że nie wie czy się z niego wyleczył. Że powinien zapomnieć. A tu proszę. Jego zmora stała przed nim, w tym najgorszym momencie. Czy to był jakiś znak? Przeżył tylko po to, by moc z nim teraz porozmawiać? Możliwe. A jeśli nie, to i tak miał zamiar skorzystać z tej szansy. To idiotyczne, by ich rozmowa była możliwa dopiero w momencie wypadku. Gdyby nie wjechał w drzewo nawet by się nie dowiedział, że Terry mieszka w Chicago. Może i nie wiedział ile czasu był nieprzytomny, ale za pewne nie na tyle by sprowadzić go tutaj z innego stanu. Tyle, że uśmiech szybko spełzł mu z twarzy. Skoro tak, to czemu spotykali się dopiero teraz? Powinni już wcześniej na siebie wpaść. Chyba, że ten wielkolud tego nie chciał. W sumie nawet teraz wyglądał jakby chciał być gdziekolwiek indziej tylko nie tutaj. Cudownie. I cały jego chwilowy entuzjazm gdzieś prysł. Może lepiej by było, gdyby faktycznie zdążył wyjść i by się nie zobaczyli? Teraz jeszcze trudniej będzie zapomnieć.
_________________


O mnie:


Tatuaż na żebrach - dłoń trzymająca czaszkę
 
     
Terry
Nauczyciel W-Fu
Etatowy Złośliwiec


Miano: Terry John Johnson
Wiek: 31
Pseudonim: T.J.
Wzrost: 210cm
Ubiór: Zależnie od okazji, ale czuje się dobrze w stroju sportowym jak i pod krawatem. Obecnie ma na sobie czarno szarą, zapinaną dresową bluzę z kapturem, czarne dresowe spodnie i buty do biegania.
Ekwipunek: Portfel w kieszeni, a poza tym plecak, a w nim notatnik, teczka, trochę śmieci...
Wygląd: Ciemne blond włosy w lekkim nieładzie, których grzywka wchodzi mu już do oczu o jasnych zielonych tęczówkach. Dość ostre rysy twarzy i mocno zarysowana linia szczęki, wąskie wargi. Na brodzie krótka, zadbana bródka. Prócz tego wielkie dłonie, stopy... Ogólnie przecież wielki z niego gość. Szeroki w barkach i dość żylasty, ale bardzo dobrze zbudowany. Lekko włochaty na klacie - o to cały Terry.
TYP: Seme.
Znaki Szczególne: Wzrost.


Fabularnie: Spotkanie po latach.
Motto: Kto się zanadto zwykł oszczędzać, chorzeje wreszcie z oszczędzania tego. Chwała wszystkiemu, co twardym czyni.
Multikonta: Tak.
DODATKOWE: Trener drużyny koszykarskiej


Dołączył: 17 Paź 2013
Posty: 35
Wysłany: 2013-12-03, 01:20   

Prawdopodobnie nikt, prócz Jona nie potrafił czytać z twarzy Terry'ego tak dokładnie i tak bezbłędnie. Terry zdążył już o tym zapomnieć, nieświadomy więc patrzył ze zgrozą, jak Jonathan się budzi. W pierwszym momencie dopadła go panika, bo przecież postanowił zniknąć, nim otworzy oczy, ale w drugiej z politowaniem prychnął na samego siebie. Czy był aż takim tchórzem, by cienie przeszłości mogły pomieszać mu w głowie i doprowadzić do tego, by zachował się jak idiota?
Nie.
Schylił się i podniósł nieszczęsny stołek. Złośliwość rzeczy martwych... a może jednak złośliwość losu? Jedno było pewne, przez cały dzisiejszy dzień, coś co nad nimi czuwało o ile istniało, bawiło się ich kosztem.
Zmarszczył brwi słysząc swoje imię. Czyli głosu się nie zapomina. Nawet w takim stanie... Ustawił stołek na miejsce i zmusił sie do uśmiechu, ale był to dziwny uśmiech. Rzadko ktokolwiek widział na twarzy Terry'ego taki wyraz... wyraz kompletnego zażenowania. Tak, czuł się po prostu jak idiota. Wziął wolne w pracy, siedział tu cały dzień, martwił się, a teraz chciał uciec jak zwykły tchórz. Nie spodziewał się po sobie takiego emocjonalnego rozchwiania. Czuł mieszaninę złości i zaniepokojenia. Czy to wszystko aby nie zamiesza w ich życiach? Terry nie wiedział jak było z Jonem, ale on sam nauczył sie żyć na nowo.
- Przepraszam, nie chciałem cie budzić.
Głos miał ochrypły. Przez cały dzień praktycznie nie wymówił słowa. Odchrząknął w zwiniętą dłoń kupując sobie chwilę czasu na pozbieranie myśli.
Jeszcze pół roku temu zastanawiał się co by zrobił, gdyby kiedyś na siebie wpadli, ale nie przewidział takich okoliczności. Choć jedno ze starych przemyśleń mógł zachować. Rozstali się przecież polubownie... prawie. Terry nie chował tak wielkiej urazy jak można było sądzić. Po prostu obaj uznali, że to nie wyjdzie. Przystali na to, przestając walczyć o swój związek. Czy zrobili źle? Być może... Przecież żaden z nich nigdy nie powiedział drugiemu w twarz. "Nie kocham cię." Chociaż na palcach dłoni mógł policzyć ile razy powiedział Jonowi coś odwrotnego... Obaj nie byli bez winy.
Znajomym, nerwowym gestem przeczesał jasne włosy decydując się znów przysiąść na stołku.
- Leż. - odezwał się miękko, widząc jak mężczyzna próbuje się unieść. Nawet wyciągnął dłoń, chcąc go powstrzymać, ale zatrzymał ją w pół ruchu. Każdy najmniejszy nawet dotyk zdawał mu się teraz nieodpowiedni.
- Przypadek. - wzruszył szerokimi barkami pierwszy raz od dwóch lat spoglądając w znajome oczy. Uśmiechnął się. Nie sposób było zrobić cokolwiek innego. Nawet teraz nie straciły tego "czegoś" co Terry niegdyś zwykł zwać magnetyzmem.
- Przypadek. - powtórzył, jakby sam dopiero teraz zrozumiał, że to co mówi jest prawdą. - Akurat jechałem do pracy. Byłem pierwszą osoba na miejscu wypadku. Wezwałem karetkę...
Reszta słów ugrzęzła mu w gardle. Nie mógł ich powiedzieć. Nie chciał ranić swoją głupotą jego i siebie. Bo gdyby wyznał, że od tamtej pory siedzi tu jak skazaniec, obarczony winą za stare zbrodnie, to czy rozmowa nie stałaby się jeszcze bardziej niekomfortowa? Wolał przemilczeć te kwestię, choć spojrzenie widocznie mu pociemniało ukazując cienie niepewności.
- Grunt, że już wszystko w porządku. Na razie niczym się nie przejmuj. Sporo dzisiaj przeszedłeś, więc odpoczywaj...
I nie wiedział co więcej ma powiedzieć. Że wróci jutro? Że jak wydobrzeje, to skoczą razem na piwo? Naprawdę nie sądził, by miał prawo mówić coś takiego... Nie jeśli Jon kogoś miał, a tego nie był pewny. Cóż, przez wzgląd na to co ich łączyło, nie mógł jednak odwrócić sie plecami. Za dużo było tych niewiadomych, a poza tym czuł, że wszystko co mówi brzmi sztucznie i drętwo.
- Słuchaj, wiem, że to dziwna sprawa. - westchnął głęboko, sam nadal nie dowierzając w cały ten cyrk. - Nie widzieliśmy się szmat czasu. Jest wiele rzeczy do opowiedzenia... Mam nadzieję, że spotkamy się jak wyjdziesz, ale teraz nie chcę, żebyś się denerwował niepotrzebnie jeszcze tym całym spotkaniem.
Przy ostatnich słowach, Terry brzmiał łagodnie, ciepło. Widać, albo drętwe oklepane teksty, albo tkliwość. Jednak nie pokazał po sobie, że ani jedna, ani druga forma mu się nie podoba. Mówił półszeptem, jako że miejsce i okoliczności wymuszało na nim ściszanie głosu, a co ważniejsze, nie kłamał. Nie, żeby miał zamiar koniecznie się z Jonem spotykać po tym wszystkim, ale tak przecież wypadało powiedzieć. Poza tym, nie miał mu za złe tak naprawdę niczego. Nie teraz, po takim czasie, gdzie wszystko już się zatarło i przestało mieć znaczenie. Tylko... niestety nie zatarła się jedna rzecz. Teraz, gdy patrzył na zmęczoną, bladą twarz swojego byłego kochanka, ze zgrozą poczuł, że dawne uczucia zaciskają mu na sercu swoje kajdany.
_________________
 
     
Jonathan
Antykwariusz


Miano: Jonathan Sparks
Wiek: 28lat
Wzrost: 192cm
Ubiór: Eleganckie, czarne spodnie, kamizelka, granatowa koszula, półbuty
Ekwipunek: telefon, klucze, portfel, kluczyki do samochodu
Wygląd: Wysoki, szczupły mężczyzna o czarnych włosach sięgających ramion. Brązowe tęczówki często zasłonięte są kolorowymi soczewkami.
Miłość: Chyba przestaje w nią wierzyć
TYP: Seke
Znaki Szczególne: Kolczyki w uszach, tatuaż na żebrach


Fabularnie: można powiedzieć, ze terapia oczyszczająca...
Multikonta: może...
Dołączył: 21 Paź 2013
Posty: 113
Wysłany: 2013-12-12, 11:39   

Nic dziwnego, że tak łatwo przychodziło mu odczytywanie emocji Terrego. W końcu byli dla siebie tak bliscy przez długi czas. Zdążyli się poznać i nauczyć siebie w wielu aspektach. Teraz Jonathan, pomimo upływu tych lat, nadal potrafił za pomocą jednego spojrzenia odkryć skrywane emocje, co niestety działało też w drugą stronę. I przez Nowo Jorczykiem nic nie mogło się ukryć. Sparks też dla niego stanowił - przynajmniej kiedyś - otwartą księgę i pomimo starań ukrycia się, Jona bardzo rzadko zdołał zmylić partnera. Z jednej strony to wspaniałe, że znali się tak dobrze i porozumiewali bez słów. Z drugiej jednak bywało to kłopotliwe choćby tak jak teraz. Miejmy jednak nadzieję, że czas zrobił swoje i niektóre rzeczy przestały być aż tak wyraźne.
Los bywa złośliwą suką. Niby wszystko jest w porządku, by za chwilę rzucił ci kłody pod nogi. Terry chciał nawiać i gdy już myślał, że mu się to uda, zniknie bez konsekwencji, musiało stać się coś, co wybudziło Jona z jego zawieszenia. Poza tym blondyn mógł być zły tylko na siebie. Miał mnóstwo czasu by nawiać, a że zwlekał z tym trochę za długo, los stwierdził. że zrobi mu na złość. Przykre prawda? Teraz jesteś skazany na tłumaczenie się nieco zamroczonemu lekami swojemu byłemu i musisz robić dobrą minę do złej gry. Eh życie bywa czasem upierdliwe.
Co się jednak tyczy pamięci do głosu, w chwilach, gdy jesteś tak bezbronny jak Jona, odruchowo sięgasz do swoich najmilszych wspomnień, gdyż one dają ci siłę. W śród nich były te 2 lata w Nowym Jorku, a że Terry był z nimi nierozerwalnie związany, to i barwa jego głosu pobrzmiewała mu w głowie. Inna sprawa, że nigdy do końca sie z niego nie wyleczył więc to normalne, że od razu go rozpoznał, po tych kilku słowach.
-Nic się nie stało. I tak chyba za długo byłem nieprzytomny. I dziękuję, za to że tutaj siedziałeś, choć przecież jestem ostatnią osobą, przy której łóżku chciałbyś sterczeć. Nie zaprzeczaj, wiem że tak jest - jego usta ułożyły się w coś na kształt uśmiechu, choć więcej w nim było żalu niżeli szczerości. Owszem rozstali się raczej polubownie, choć nie wiem, czy zniknięcie bez słowa to było właściwe wyjście. Może gdyby zawalczyli jeszcze raz, przetrwali by ten kryzys i do tej pory trwali u swego boku. Tyle, że padło te kilka słow za dużo. Owszem w złości mówi się różne rzeczy, niekoniecznie prawdziwe, ale to właśnie one decydują o przyszłości. Jona do tej pory żałował swojej decyzji. Tego, że zwlekał tak długo z rozmową, może gdyby odczekał faktycznie kilka dni i wtedy by zadzwonił, byłoby inaczej. Ale nie, on uznał że wyjedzie, minęło kilka miesięcy, a że telefon milczał, nie było sensu walczyć. Szkoda.
-Taa. Nie sądziłem nigdy, że skończę na drzewie. Powiedz mi tylko, że nie wjechałem w tamtego dzieciaka. Wszystko działo sie tak szybko, nie pamiętam szczegółów- przyznał nieco zmęczonym tonem. Nie oszukujmy się, może i spał cały czas, ale jednak był osłabiony. Przeszedł operacje, był otumaniony lekami, a bandaże i dren utrudniały mu oddychanie. Miał dość, a mimo to, nie chciał odpocząć. I tak nie zaśnie. Jeszcze to spotkanie... Miał mętlik w głowie. I to cholerny.
-Nie obiecuj niczego jeśli tego nie chcesz Terry. Będę szczery, jeszcze wczoraj żaliłem się, że muszę iść dalej i zapomnieć o tym co nas łączyło. A tu proszę, jesteś tutaj. Mam mętlik w głowie. Więc proszę, jeśli nie chcesz spróbować odnowić naszych relacji, choćby przyjaznych, nie rób mi nadziej. - przyznał cicho samemu dziwiąc się, że to powiedział. Przyznał mu się poniekąd do swoich uczuć, choć przecież tak rzadko to robił. Tyle, że nei chciał kolejnych rozczarowań. Czy wolał od razu dowiedzieć się, że Terry proponował spotkanie tylko z grzeczności i bo tak wypada? Chyba tak. Mógłby sobie wtedy wmawiać, że to faktycznie koniec i może któregoś dnia, sam by wreszcie w to uwierzył. Los na prawdę jest wredną suką.
Patrzył jeszcze przez chwilę na niego, jakby próbując zapamiętać tę twarz. Szykował się na odpowiedź, która zdecydowanie go zaboli, ale lepiej od razu wiedzieć choć trochę na czym stoi. Zwłaszcza, że widok Terrego budził w nim dawno zakopane uczucia. Te ostre rysy, rozwiane włosy czy zazwyczaj wesołe spojrzenie, były teraz niczym woda na młyn wspomnień. Cholera by to wszystko wzięła.
-Pewnie się spieszysz. Pewnie w domu ktoś na ciebie czeka, jeżeli nie masz ochoty tutaj siedzieć, to nie będę cię zatrzymywał, zwłaszcza, że już chciałeś wychodzić. Ale dziękuję. Za wszystko. Za wezwanie pomocy, za zostanie ze mną. Dziękuję- powiedział jeszcze cicho, po czym odwrócił wzrok, starając się nie pokazać po sobie mieszanki smutku i rezygnacji. Poprawił maskę z tlenem i wsunął ją na twarz. Zdecydowanie tak lepiej mu się oddychało, a że powiedział co chciał, to tak będzie wygodniej. Tylko czemu czuł, że jeśli pozwoli mu teraz odejść, będzie tego żałował do końca życia....
_________________


O mnie:


Tatuaż na żebrach - dłoń trzymająca czaszkę
 
     
Ava 
Pan Czarujący


Miano: Ava Jędrysek
Wiek: 23
Pseudonim: Właściwie to brak
Wzrost: 189cm
Ubiór: Tym razem zaczniemy od dołu. Na nogach ma nieco styrane czarne trampki, zaś jego spodnie to zwyczajne, czarne rurki. Ubrany jest w dość ciepły, choć z raczej dużym dekoltem, również czarny sweter. Po prostu jest cały na czarno. Pasuje mu to do cieni pod oczami rozciętej górnej wargi po prawej stronie.
Ekwipunek: Okulary, telefon.
Wygląd: Szatyn, fioletowe oczy, nieco umięśniony, postawny, przyjazny wyraz twarzy.
TYP: Uległy semacz, ale zdarzają się wyjątki
Znaki Szczególne: Czarujący uśmiech, fioletowe ślepia.


Fabularnie: ...
Motto: Swag
Multikonta: Allen, Cecil
Dołączył: 20 Paź 2013
Posty: 83
Wysłany: 2013-12-12, 18:10   

No więc los. Co z tym losem? Jest wiele powiedzeń na jego temat, różni ludzie mają odmienne zdania. Każde istnienie ma swój własny los. Każda chwila życia jest kierowana przez los. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale gdyby trzeba było narysować jego obraz to z pewnością przedstawiona postać miałaby w sobie coś z władcy. Dla każdego człowieka inną formę władcy. Dla jednych król, dla innych dyktator, dla jeszcze innych papież. Jedno było pewne , byłby to władca. A co ze zdaniem osobistym Avy? Padły już słowa, że los jest wredną suką i tym podobne epitety. On się jednak z tym nie zgodzi. Szanował swój los, w pełni go rozumiał. A mimo wszystko określiłby go niezbyt miło. Na przykład jako jebanego skurwysyna.
No i taka właśnie była prawda. To właśnie los chciał, aby sprawy potoczyły się tak jak się potoczyły. Szatyn zupełnie nieświadom zaistniałej sytuacji siedział w taksówce. Założył nogę na nogę, poruszał stopą, nerwowo wystukiwał jakiś rytm palcami na siedzeniu pojazdu. Kostki drugiej dłoni były mocno przyciśnięte do jego ust. Zębami co jakiś czas przygryzał wierzch swojej dłoni, a nieobecny wzrok fioletowych oczu obserwował drogę i ruch na chodniku. Patrzył na tych wszystkich przechodniów jak na kosmitów. Wydawali się tacy spokojni. Zupełnie nieświadomi tragedii ludzi wokół. Irytowała go ich niewiedza. Irytowała go dłużąca się droga. Irytował go nucący kierowca. Irytowało go światło dnia. Irytowały go inne samochody. Z całej siły docisnął palce do skórzanego fotela. Cholerne sekundy, za wolno lecą. I jeszcze ten kierowca. Właśnie zaczął sobie wygwizdywać dość znaną melodię i nie dość, że samo to było wkurzające to do tego facet fałszował nuty. I to okropnie. Pewnie z muzyki miał same pały w szkole. Nic dziwnego, że pracuje jako taksówkarz. Wrażliwy słuch muzyczny chłopaka i ogólne zdenerwowanie postanowiły odstawić jego uprzejmość na bok.
Jeszcze jeden gwizd i to ja panu gwizdnę. - mruknął, nawet nie spoglądając w jego stronę. Kierujący ucichł i zbadał w lusterku odbicie zdenerwowanego szatyna. Nic nie powiedział. Widział, że młodego roznoszą nerwy i chyba wolał tego nie pogarszać. Dalsza droga obyła się bez jakichkolwiek napięć. Każda minuta niesamowicie się przedłużała, ale w końcu samochód podjechał pod szpital. Ava pospiesznie zapłacił za taksówkę, podając facetowi pieniądze drżącymi rękoma. Nie wziął nawet reszty, nie obchodziły go teraz takie drobiazgi. Rozejrzał się po ulicy, naciągając rękawy na dłonie i z werwą ruszył ku szpitalnemu wejściu. Szczerze mówiąc nie miał pojęcia w jakiej części miasta się teraz znajduje. Nie wiedział nawet czy to ten szpital, w którym leży Jonathan. Nie wiedział ile w ogóle szpitali jest w tym mieście! Działał całkowicie pod wpływem impulsu. Rozejrzał się po holu, przebiegając wzrokiem po chorych, wyczekujących i pracownikach. Zaraz jego oczom ukazała się recepcja. Moment i już stał przy okienku, wypytując znudzoną panią o Jonathana Sparksa. Dowiedział się o okolicznościach wypadku, a także o sali, na której leży. Dostał też pozwolenie na odwiedziny. Pocieszony myślą, iż mężczyźnie może nie przytrafiło się nic bardzo poważnego, ruszył w stronę jego sali. Po drodze jego telefon zaczął dzwonić. Szatyn niezdarnie wygrzebał go w kieszeni i po próbie nie upuszczenia tego ustrojstwa udało mu się w ostatniej chwili odebrać. Rozmowa była krótka i zwięzła, jednak zdołał ją zakończyć dopiero przed drzwiami sali numer trzysta trzy. Dzwonił klient, aby dowiedzieć się dlaczego sklep jest zamknięty. Jejku, nie minęła nawet godzina, a już był pierwszy telefon. Pewnie będą mieli przez to zamieszanie trochę problemów, ale przecież sobie poradzą. Ava sobie poradzi. Bo nie pozwoli czarnowłosemu się przepracowywać już nigdy, oj nie. Westchnął ciężko i nacisnął klamkę.
Nie wszedł do pomieszczenia, ale też nie wbiegł. Po prostu do niego wpadł. Nieco zdyszany, w ręku trzymał telefon z pękniętym na pół ekranem. Widząc swojego pracodawcę w aktualnym stanie coś ścisnęło go w piersi. Jeszcze parę godzin temu rozmawiali ze sobą, planowali, a teraz to wszystko wydawało się tak odległe i nierealne. Polaczek zacisnął wargi, próbując się trochę ogarnąć. Dopiero po chwili zauważył, iż jest tu jeszcze jedna osoba. Widok obcego mężczyzny trochę go otrząsnął. Chłopak spokojnie zamknął za sobą drzwi i szybko schował telefon do kieszeni.
Hej. - powiedział cicho, podając rękę nieznajomemu. - To pewnie ty zadzwoniłeś po pogotowie. Niezmiernie ci dziękuję.
Szatyn chciał zdobyć się na uśmiech, ale nie wyszło mu to. Był blady, a zdenerwowanie było widać po nim gołym okiem. Nawet pomimo spokojnego zachowania dało się zauważyć, iż jest roztrzęsiony. Z tego całego zamieszania nawet się nie przedstawił. Zaraz po tym spojrzał na bruneta.
Jonathan, zadbałem o sklep. O nic się nie martw i odpoczywaj. - ton chłopaka był niesamowicie cichy i delikatny, wręcz do niego niepodobny.
Właśnie tak działał na niego silny stres. Po prostu milkł i nie było mocy, aby wykrzesać z niego trochę więcej życia. W ogóle nie zdawał sobie sprawy kim jest osoba, której przed chwilą uścisnął dłoń. Pewnie za parę chwil się tego dowie, choć może lepiej by było gdyby się tak nie stało. Na to się już jednak nic nie poradzi. W pewnym momencie poczuł się słabo, a ciemność przesłoniła mu wizję. Przyłożył dłoń do skroni, kucając obok łóżka poszkodowanego. Tyle emocji na raz raczej źle na niego wpływało. Przez chwilę wpatrywał się w podłogę, po czym postanowił się odezwać. Słowa kierował do osobnika siedzącego na stołku.
Wiadomo jaki jest jego stan?
Przejęcie tą całą sprawą wręcz przelewało się przez słowa fioletowookiego. Jeszcze chyba nigdy nie przeżywał czyjegoś wypadku aż tak bardzo. Czyżby to była sprawka uczuć, jakie tliły się w jego sercu od ich pierwszego spotkania? Możliwe. Chwilowo wolał o niczym nie myśleć, a już przede wszystkim nie o bałaganie w swojej głowie i sercu. Wolał skupić się na rzeczach istotnych, na przykład takich jak stan zdrowa jego pracodawcy.

Wybaczcie, że wtryniam się z postem, ale chyba mogłem... zawsze mogę usunąć.
_________________

 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 3,88 sekund. Zapytań do SQL: 7