Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Sklep jubilerski.
Autor Wiadomość
Kotori 
Sławny Rysownik/ Nauczyciel
Lis Pospolity.


Miano: Kotori Yuu.
Wiek: 26 lat.
Pseudonim: Daisy, Sephiroth; Kot, Lis oraz Rudzielec. Farbowany Lis także przyjęty od niedawna.
Wzrost: 178 centymetrów.
Ubiór: Chodzi różnie ubrany. Zależy to od jego nastroju i danego dnia. Ale najczęściej można go spotkać w różnorodnych swetrach. Najczęściej długich, które sięgają mu do tyłka oraz w obcisłych spodniach, typu rurki, gdyż najlepiej na nim leżą. Od czasu do czasu w leginsach czarnych zdarzy się go spotkać i nie mylić mi tutaj je z kalesonami. Czasem jakieś trampki, albo, gdy jest chłodniej kowbojki.
Ekwipunek: Torba: Szkicownik, a jak i on, to piórnik z wyposażeniem; cukierki miętowe, czasem fajki.
Wygląd: Rudowłosy koleś, który czasami farbnie się na fioletowo. Sięgają mu one (włosy) poza tyłek. Szczupła sylwetka, jasna cera. Oczy koloru głębokiej, chłodnej zieleni, dosyć gęste rzęsy zadarty, mały nos.
Miłość: Zbyt pochłonięty pracą.
TYP: Masochistyczny Switch.
Znaki Szczególne: Rude włosy, czasem filetowe teraz; blizna przechodząca przez całe plecy po ukośniej stronie aż do biodra. Czasem rany na rękach i drobne blizny na nich.


Fabularnie: Zawieszenie.
Motto: Z głupim kłócić się nie będę.
Multikonta: Felek, Ruma, Bazyl, Bernard, Kevin, Alexander
DODATKOWE: Wychowawca klasy 12th A.


Wiek: 31
Dołączył: 17 Sty 2013
Posty: 1011
Wysłany: 2013-01-24, 19:55   Sklep jubilerski.

Sklep wypełniony masą szklanych gablotek zawierających w sobie kwintesencję sztuki złotniczej naszych czasów. Pobłyskiwały one, niemal mrugały zalotnie niczym wyuzdane ladacznice do obojętnych przechodniów. Odpowiednio oświetlone przez jakiegoś wytresowanego specjalistę od marketingu by zwabić nawet tych najbardziej opornych kupujących. Całe pomieszczenie utkane było ze złota lub czegoś co wyjątkowo wprawnie je imitowało. Nie odciągało jednak uwagi od pierścionków, kolczyków, bransoletek, wisiorków, naszyjników, spinek, broszek i przedmiotów, których przeznaczenie trudno było odgadnąć poza ładnym prezentowaniem się. W wypolerowanej na błysk białej posadzce można było się przeglądać, podobnie jak w lustrach, które tworzyły tutaj jedną ze ścian i optycznie powiększały pomieszczenie. Ladę tworzyły tutaj również eksponaty starannie rozłożone na bialutkich poduszeczkach i uwięzione w szklanych klatkach. Aby dopełnić tego wrażenia elitarności i elegancji tego miejsca roznosił się tu jakiś wyjątkowo popularny, oklepany utwór muzyki klasycznej, tak by kupujący mógł poczuć się znawcą sztuki po trafnym jego rozpoznaniu.
Unosił się tu upajający zmysły (zwłaszcza te estetyczne) zapach luksusu. Choć dla kogoś niewrażliwego będzie to wciąż miejsce ociekające szlachetną tandetą, dla tych którzy reprezentują sobą dno społeczne i przywiązują wagę do dóbr doczesnych.
 
     
Diabeł
[Usunięty]

Wysłany: 2013-04-29, 19:42   

[z głównego holu ze Skylerem]

Rozrabiające chłopaki w okolicach jubilera mieli szczęście, że czarnowłosy zdążył się wcześniej posilić, bo przerwanie posiłku pewnie by się kiepsko dla nich skończyło. Może nie tak ochoczo, jak Skyler, ale z niejakim zaciekawieniem ruszył z przyjacielem w kierunku wspomnianego sklepu. Paine rzadko ingerował w sprawy innych ludzi, ale nie zmieniało to faktu, że ciekawy był tego, co się tam kroiło. Ach, ta adrenalina była dla tego człowieka jak narkotyk.
- A kim ty jesteś, że węszysz problemy? I jeszcze powiedz, że jeśli faktycznie do czego dojdzie, to rzucisz się na pomoc, niczym Spiderman – skomentował zgryźliwie jego rychły zryw w kierunku sklepu jubilerskiego.
W sumie to mógł się tego po nim spodziewać. Ze Skylerem to nigdy nie było wiadomo. Będzie musiał mieć go na oku, by czegoś głupiego nie zrobił. Zarzucił mu przedramię za szyję i odbyli krótką podróż do sklepu, o którym była mowa.
Na pierwszy rzut oka wspomniana dwójka mężczyzn nie różniła się od innych. Gdyby jednak ktoś przyglądał im się dłużej, mógłby zaobserwować to, że trochę za bardzo się rozglądali, unikali większych grup ludzi i trochę zbyt sztywno się poruszali. Diabeł ze Śmieszkiem byli w dość bezpiecznej odległości od nich, a kiedy ruszyli w stronę sklepu, czarnowłosy pociągnął rudzielca, by przyspieszyli nieco kroku, jeśli chcą się przekonać, co te podejrzane typki próbowały zrobić.
- Nie wiem, co się tutaj zaraz wydarzy, ale nie rób nic głupiego, zgoda? – westchnął ciszej, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że chłopak pewnie i tak zrobi jakąś głupotę, jak zawsze.
Intuicja Skylera nie zawiodła. Kiedy ludzie nieco się rozeszli, Diabeł odwrócił wtedy się na chwilkę razem ze swoim przyjacielem, bo doskonale wiedział, co teraz miało nastąpić i nie chciał, by zostali zdemaskowani, jako ci, którzy ich zauważyli. Dwójka delikwentów nałożyła na głowy kominiarki i wpadli do jubilera uniemożliwiając biednym klientkom opuszczenie tego miejsca, zastraszając je nożami. Może nie był to najbardziej profesjonalny napad w dziejach ludzkości, ale tego typu rabunki kończyły się niejednokrotnie sukcesem, a niektórzy nie mieli wiele do stracenia. Paine doskonale o tym wiedział i wolał w tej sytuacji nie ingerować. Gorzej jednak było z jego rudym przyjacielem. Zdawał sobie sprawę z tego, że Sky pewnie będzie robił wszystko, by damy z opresji ratować, nie przejmując się tym, co mogłoby się ewentualnie zdarzyć. Najgorsze było to, że Diabeł o tym wiedział i nie miał zamiaru nawet go powstrzymywać… Ba, nawet był skłonny mu pomóc, jeśli faktycznie zadecyduje się zostać uczestnikiem tego zajścia. Aż pokręcił głową nerwowo, kiedy naszły go te myśli. Przyjaźń jednak rządziła się swoimi prawami.
- Dobra. Wiem, że masz jakiś głupi pomysł swojej głowie. Co chcesz zrobić? – zapytał, będąc przekonanym o pomysłowości Śmieszka.
Może i czarnowłosy potrafił doskonale o siebie zadbać, był zaprawiony w walce i samoobronie, ale posiadanie kogoś u boku zawsze łączyło się z rozkojarzeniem. Niemniej jednak, w końcu poczuł adrenalinę w swoich żyłach i od razu bardziej przychylnie spojrzał na sprawę. Pomoc nieznajomym, bawienie się w bohatera? O nie, to zdecydowanie nim nie kierowało. Była to raczej ciekawość, rozerwanie się i dostarczenie organizmowi tego hormonu, który tak bardzo kochał.
 
     
Skyler
Klasowy wesołek
I co to za smutna mina?


Miano: Skyler A. Witkowski
Wiek: 17 lat
Pseudonim: Sky, Skaju, Kluska [by Shiz]
Klasa: 14th A
Wzrost: A jednak 178,5 - źle go zmierzono
Ubiór: Ma na sobie jednokolorowe bluzki - zależnie od nastroju potrafi być ona żółta, zielona, czerwona, czarna. Do tego ubiera zazwyczaj zwykłe dżinsy, a na nogach ma wygodne buty, które nie ograniczają mu swobody ruchu.
Ekwipunek: Paczka gum do żucia, kilka sznurków, dwa guziki, inne pierdoły, mp3, harmonijka, kostka do gry
Wygląd: Rudzielec o złotych oczach. Ot, zwykły nastolatek z wiecznym uśmiechem.
Miłość: Żuczek
TYP: Rozbawiony
Znaki Szczególne: Zawsze uśmiech na twarzy, opaska na prawym oku


Fabularnie: Free~
Multikonta: Joshua
Dołączył: 08 Lut 2013
Posty: 163
Wysłany: 2013-04-30, 17:08   

Serce rudzielca zabiło niezwykle szybko. Był wdzięczny przyjacielowi, że ten zgodził się razem z nim ruszyć do sklepu, w którym doszło do rozboju. Tak właściwie, to Sky nie miał żadnego planu, miał nadzieję, że sam Diabeł wystraszy przeciwników, ale to faktycznie był niezwykle głupi pomysł nawet jak na siedemnastolatka.
- Teoretycznie nie mam planu, w praktyce mamy twój kij i element zaskoczenia… – Nie skończył nawet swojej wypowiedzi, gdyż usłyszeli krzyk dziewczyn.
Skyler poczuł w sobie taki napływ adrenaliny, że bez większego zastanowienia ruszył na pomoc sprzedawczyni, której przed twarzą wymachiwano ostrzem. Nie liczyło się dla niego, że on sam raczej przy mężczyznach był nijakiej postury, że tamci byli uzbrojeni w zakrzywione noże, które zapewne dezynfekowane nie było od kilku rozbojów. Nie czekał nawet na ruch ciemnowłosego towarzysza, nie bał się też o swoje zdrowie, choć każdy normalny nastolatek na widok rosłych facetów z bronią zapewne uciekłby w przeciwną stronę. W tym momencie czuł się faktycznie niczym bohater, gdyż wskoczył na plecy bliżej stojącego oprycha i zasłonił mu oczy.
Zrobił to na tyle szybko, że zdezorientowany mężczyzna stracił równowagę i wraz z rudzielcem wylądował na pobliskiej gablocie. Dźwięk tłuczonego szkła był słyszalny z daleka, lecz po chwili zagłuszył go krzyk przepełniony niewyobrażalnym bólem. Napastnik przycisnął bardziej głowę rudzielca do ziemi, gdy próbował się podnieść, nie zdając sobie nawet sprawy, że jeden z większych kawałków szkła utkwił w prawym oku nastolatka, tym samym uszkadzając je trwale. Zachrypnięty od wrzasku Sky błagał cicho, by go puszczono. Dopiero pisk ekspedientki, która zauważyła krew pojawiającą się na ziemi, uprzytomnił całe towarzystwo. Jedna z dziewcząt zemdlała, zaś wśród tłumu gapiów nastąpiło poruszenie.
- O kurwa – padł mądry komentarz z ust zamaskowanych złodziejaszków, którzy w pośpiechu zgarnęli drogocenne błyskotki i przepchnęli się przez ludzi.
Sky całą swoją siłą woli walczył, by nie stracić przytomności. Pierwsza fala otępienia minęła i zaczęła pojawiać się panika, że się wykrwawi. Podniósł się do siadu, cały czas miał głowę pochyloną do dołu. Posoka zlepiła mu włosy po prawej stronie, wyglądał jakby płakał krwawymi łzami. Uśmiechnięty dowcipniś zniknął, zamiast niego siedział poważny nastolatek, walczący o własne zdrowie.
- Diabeł… Daj mi coś, czym zatamuję krwawienie. Koszulkę, cokolwiek. Może być nawet moja – powiedział niezwykle cicho.
Jak na osobę, która właśnie przeżyła ogromny szok, trzymał się naprawdę dobrze i był w stanie jeszcze wydawać polecenia. Odruchowo chciał przycisnąć dłoń do zranionego miejsca, lecz wtedy poczuł, że ma tam ciało obce. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać, że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzy niczego tym okiem, że przez głupi napad zamknie mu się droga do zostania chirurgiem. Jednak w tej chwili priorytetem było dotrwanie do przyjazdu pogotowia. Rudzielec poczuł, że ktoś go podtrzymuje, by nie upadł znów w szkło oraz własną krew. Nie wiedział nawet kto to, lecz był wdzięczny tej osobie, gdyż sam nie miał już sił, by siedzieć w pionie.
Słyszał, że ludzie coś mówili, ktoś chyba wezwał karetkę i nawet doszły go słuchy, że jacyś klienci pochwycili rabusiów. Może Sky nie był bohaterem, ale z pewnością obudził świadomość społeczną i ludzie nie pozostali bierni na wydarzenia, które miały właśnie miejsce.
_________________
 
 
     
Diabeł
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-01, 14:06   

Diabeł nie miał zamiaru pozwolić Skylerowi samemu na te głupie rzeczy, których się dopuścił. Prędko wyciągnął swój baseballowy kij ze specjalistycznego pokrowca. To była właśnie jedna z sytuacji, kiedy Joey się przydawał. Zostawiwszy plecak na ziemi, ruszył za rudzielcem do sklepu. Scena, którą zobaczył wprawiła go w kilkusekundowe zatrzymanie w miejscu. Jego przyjaciel wpadł z jednym z rabusiów na szklaną gablotę i było raczej pewne, że coś mu się stało, sądząc po głośnym krzyku. Co więcej, został później przygnieciony do ziemi. Tego było już za wiele. Wściekły Paine skoczył w ich kierunku, korzystając z tego, że zrobiło się zamieszanie i przyłożył kijem w twarz temu, który śmiał przytrzymywać Śmieszka. Cios był mocny i szybki do tego stopnia, że mężczyzna padł nieprzytomny na ziemię za Skylerem. Nie było teraz ważne to, że pewnie przez całe zdarzenie Diabeł zostanie obciążony zarzutami i trafi do aresztu… Były ważniejsze sprawy w obecnej chwili.
Drugi z napastników zaczął uciekać, porzucając nóż i uciekając ze sklepu jubilerskiego z częścią ukradzionych łupów. Krzyki Sky’a oraz całe zamieszanie skupiło uwagę ludzi oraz ochroniarzy galerii, którzy prędko się zebrali w tym miejscu, zajmując złodziejaszka. Od razu została wezwana karetka oraz policja. Zanim odpowiednie organy jednak dotarły na miejsce, minęło jakieś dziesięć minut.
W końcu miał czas, by sprawdzić, co dokładnie ze Skylerem. Podbiegł do niego, wziął go w objęcia i przyglądał się jego paskudnemu obrażeniu oka. Zaklął paskudnie pod nosem, bo kolejny raz czyjeś życie zawisło na włosku tylko przez to, że się z nim zadawano. Zawsze się tak kończyło – jeśli ktoś zbyt blisko do życia Paine’a się dostał, to musiał w końcu słono za to zapłacić… Poza tym, gdyby Diabeł był nieco szybszy, powstrzymał przyjaciela albo wkroczył do sklepu przed nim… Z jakiegoś powodu pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Nie pozwolił jednak nikomu się zbliżyć do młodszego kolegi, o ile nie była to fachowa pomoc.
Wydarzenia przysłoniły nawet to, że rozbite szkło odprysnęło się i kilka większych fragmentów trafiło w bok czarnowłosego. Krew stopniowo wypływała z jego ciała, a połączone, czerwone płyny ustrojowe przyjaciół pokryły niemal całą podłogę sklepu. Choć ból był duży, nie mógł sobie pozwolić, by Witkowski się o tym dowiedział. Chciał, by chłopak myślał teraz o sobie, a nie jeszcze się niepotrzebnie martwił nieistotnymi sprawami.
Nie wiedział, jak się zachować w przypadku takiego uszkodzenia, wolał nic nie robić i czekać na przyjazd karetki. Nie przychylił się nawet do prośby Skylera, jeśli chodziło o tamowanie krwawienia… W końcu szkło nadal tkwiło w oku. Złapał tylko go za rękę. Udawał, że wszystko jest tak, jak zawsze.
- Uratowałeś te panienki. Na pewno okażą ci potem swoją wdzięczność – zapodał chyba najdurniejszym tekstem, jaki mógł mu teraz do głowy przyjść. Nie ważne jednak było to, co mówił, ale świadomość tego, że ktoś przy nim jest.
W końcu przyjechała karetka, ratownicy wbiegli z noszami do galerii i zabrali dwójkę poranionych przyjaciół. Diabeł stracił przytomność w drodze do szpitala z powodu ilości utraconej krwi.

[z/t Skyler i Diabeł --> Szpital]
 
     
Keith 
Ulegający prowokator


Miano: Keith Evan Marshall
Wiek: 19 jesieni
Pseudonim: Ev., Kei, Kajtek, Kajtuchna...
Klasa: 13th C
Wzrost: Sto osiemdziesiąt siedem centymetrów
Ubiór: Poobcierane dżinsy, zielone trampki, biała koszula, włożona częściowo w spodnie. Na szyi jak zawsze zwisają mu nieśmiertelniki. Na prawym nadgarstku ma parę splecionych rzemyków.
Ekwipunek: Portfel, nieśmiertelniki, telefon.
Wygląd: Aktualnie włosy są stosunkowo krótkie, w większej części brązowo szare, z kilkoma akcentami fioletu po poprzedniej farbie, pozostawione w swobodnym nieładzie, tatuaż na linii łopatek do karku, celtycki, kilka przechodzących się kół, jakieś krzyże i wzorki w pogrubionych konturach.
Miłość: Panicz Vincent Christopher Star
TYP: Ulegający seme
Znaki Szczególne: Tunel w uchu


Fabularnie: Z Gwiazdą.
Motto: Nie ma mężczyzn hetero, są tylko źle podrywani.
Multikonta: Adaś
Dołączył: 28 Wrz 2013
Posty: 220
Wysłany: 2013-12-06, 15:19   

<--- Kawiarnia

Taaak. To była w pewnym sensie hipokryzja. Chociaż nieświadoma. Kei, w przeciwieństwie do Vincenta, nosił tą ozdobę niemalże cztery lata i zdążył się do niej przyzwyczaić. Praktycznie nigdy jej nie zdejmował i... Właściwie zapomniał, co tak naprawdę dla niego znaczyła.
Syknął, czując ból w karku i złapał się za niego, lekko go pocierając. A potem zaskoczony spojrzał na trzymany przedmiot. Chciał wyrzucić JEGO naszyjnik? Coś mu się poprzestawiało w głowie? Przesunął się o krok do przodu, wyciągając rękę do przed siebie, z zamiarem odzyskania kryształu. A potem się zatrzymał. Zaraz, zaraz, drogi panie, przecież to nie powinno już niczego dla ciebie znaczyć! Co ty odwalasz? Ten prezent jest od faceta, który cię rzucił, zostawił bez słowa, złamał serce...
Zacisnął zęby. Odetchnął cicho. Obrócił na chwilę głowę, pokazując tylko zęby w momencie, kiedy usłyszał to przezwisko. A potem wzruszył ramionami.
- To wyrzuć. - Głos minimalnie mu drgnął, ale spojrzał z powrotem prosto na Vincenta. - Śmiało, nie boję się. To już przeszłość.
Zeus-Vincent musiał się obejść smakiem. Keith nie zamierzał robić scen zazdrości, ani nawet nie zamierzał się zgodzić na jego ultimatum. Wręcz przeciwnie, podszedł do niego spokojnym krokiem, wyrwał mu z rąk naszyjnik i osobiście, jednym, szybkim ruchem wypieprzył go do kosza. Kryształ kilkakrotnie odbił się z łoskotem, aż wylądował na stercie śmieci. I taki był jego koniec.
- No - mruknął z pewną satysfakcją fioletowowłosy. - To teraz powinieneś docenić, że nie wyrzuciłem twojej zabaweczki, tylko chcę ją sprzedać. Kasa się nie zmarnuje chociaż. - Wzruszył nonszalancko ramionami i pociągnął go do jubilera.
Postawił bransoletkę na szklanym blacie, królewsko się ukłonił przed Vincentem, jakby dając mu pełne pole do manewru na żegnanie się z biżuterią, a potem przesunął się ku półeczkom, szukając najwidoczniej jakiegoś prezentu, tudzież inspiracji.
Nie powiedział, że chcą ją sprzedać. Dał możliwość wykazać się Vincentowi. Było jednak pewne, że błyskawicznie wycofa się ze związku z nim, jeśli się jej nie pozbędzie. Nie ma mowy, żeby żył obok wspomnień o byłym.
Zagwizdał pod nosem melodyjnie.
- Masz jeszcze jakieś... "pamiąteczki", których chciałbyś się pozbyć? -
Zapytał, pozornie neutralnym tonem. Zaraz potem poprosił sprzedawcę o zademonstrowanie kilku uroczych par kolczyków (wyraźnie damskich...), z uśmiechem wchodząc w konwersację, że to na prezent dla... koleżanki.
Zapewne Natashy.
_________________
Wcielenia Keitha:
1, 2, 3, 4


"Feels like I'm having a meltdown
It feels like I'm losing control
They tell me I'm a danger to myself
Now the crazy train is ready to roll, Oh!

Walk that walk like you don't give a fuck
You've got a right to turn it up and get down
Electric shock, no I can't get enough
'Cause tonight we're taking over the town, hey"
 
     
Vincent
Wschodząca Gwiazda
Bad Romance, honey~


Miano: Vincent Christopher Star
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Lunatyk, Cent, Vinni, i e.. Matrona >D
Klasa: 13th B
Wzrost: 182 cm.
Ubiór: Vincent postanowił zaszaleć i ubrał BIAŁĄ bluzkę z wieloma czarnymi napisami rockowych zespołów, na to ciemno-szara, rozpięta bluza. Granatowe spodnie, a na nich czarnym gruby pasek -->> czyli strój ''minimum czerni''.
Ekwipunek: Pokrowiec na skrzypce, portfel, notes+długopis
Wygląd: Facet z jasną cerą i dość drobnym, ale nie wątłym ciałem. Na głowie rosną czarne, mocno pocieniowane włosy (kosmyki sięgają nawet do obojczyków), z grzywką niemal zasłaniającą prawe oko. A oczy są koloru niebieskiego, czasem pochmurnego, zależy od światła. Średniej wielkości, prosty nos i jasne wargi.
Miłość: Lustereczko, powiedz przecie. Kto jest najpiękniejszy na świecie?
TYP: 50/50
Znaki Szczególne: Cztery kolczyki w prawym uchu, trzy w lewym i w brwi, wardze oraz czarny tatuaż węża, ciągnący się na prawym przedramieniu.


Fabularnie: Zajęty= Książę
Motto: ''Codziennie budzę się przystojniejszy, ale dzisiaj to już kurwa przesadziłem''.
Multikonta: Mike
Wiek: 24
Dołączył: 07 Lut 2013
Posty: 448
Wysłany: 2013-12-06, 16:05   

Misterny plan, niby tak bardzo genialny, a jednak z pewną luką, poszedł na śmieci. Dosłownie. Nie odzyskał swojej bransoletki, za to kryształek, który nic dla niego nie znaczył, poszedł w śmieci. Westchnął ciężko. I tak ją odzyska. Mimo majestatycznego ukłonu, żyłka mu wręcz wyskoczyła, a ciśnienie wzrosło. Pieprzony dupek. Uśmiechnął się do niego, wcale nie przyjemnie. Nie wziął również biżuterii. Wiedział, że był testowany, ale niestety, jeśli Kei myśli, że przechytrzy Boga, to się grubo mylił. Tym bardziej, że aktualnie przeżywał pierwszy stopień gniewu. Spojrzał na inne srebrne łańcuszki, będąc nimi dość mało zainteresowany. A potem zupełnie zesztywniał, słysząc prośbę Keitha do sprzedawcy. W tej chwili naprawdę go nie cierpiał. Spojrzał na niego powoli, zaciskając szczękę. W jubilerze było cicho, najwidoczniej wszyscy obskoczyli ten sklep. Chrząknął, a Gwiazdorski głos powoli rozległ się po pomieszczeniu.
- Ta bransoletka należy do mnie, więc pieniądze z niej też należą do mnie. - powiedział chłodno do sprzedawcy, ale wpatrywał się chłodno w Keitha.
Myślałeś, że mnie przechytrzysz? No to się, kurwa, zdziwisz.
Nie skomentował również rzekomej koleżanki. Nie miał zamiaru pokazywać tutaj zazdrości, gdyż pozbawiłoby to go jakiejkolwiek klasy. Spojrzał na wystawę, obserwując łańcuszki i nagle dostrzegł takie wisiorki z literkami, ze srebra. Nie były aż tak drogie, ale zapewne sprezentowany byłby zadowolony. W końcu to takie proste, ale jakże urocze. Zastukał paznokciem w szybę, zwracając uwagę sprzedawcy na siebie. Ten przyniósł śliczne (drogie) kolczyki, pozostawiając na szybce. Omówił krótko co i jak i zaraz podszedł do gwiazdy.
- Chciałbym kilka takich. Niech pan sobie lepiej zapisze. - sprzedawca zaraz wyjął kartkę i długopis, gotowy na takie – dość osobliwe – sytuacje. - Literki: N, S, K, M, A i F. - powiedział szybko, ale zdążył zapisać – Chcę je dostać do przyszłego tygodnia, koniecznie mają być ze srebra. Ach, no i jeszcze coś... Keith! Nie podsłuchuj, to ma być specjalnie dla Ciebie, niespodzianka... - uśmiechnął się do niego czarująco, bez pardonu chwytając staruszka za łokieć i odciągając na drugi koniec sklepu.
Omiótł hosta swoim spojrzeniem, potem nachylając się do ucha starca i zaczął coś szeptać. Gdzie tam, wcale nie mówił o prezencie Keitha. Po prostu powiedział, że teraz odsprzeda tą bransoletkę, ale jutro tutaj przyjdzie i ją odkupi, więc nie daj Boże, żeby nikomu jej nie sprzedawał! Miał ją odstawić. Sprzedawca spojrzał na niego odrobinę niepewnie, ale kiwnął głową. Podszedł lekkim krokiem do Keia, jakby nigdy nic i zatrzymał wzrok na pierścionkach. Poprosił, żeby ten pokazał mu łańcuszki. Ten, jak za zaklęciem, pognał na zaplecze. Albo ufał klientom, bo co jak co, ale Vincent śmierdział kasą albo po prostu mieli tutaj kamery... Spojrzał z ukosa na Keitha, odgarniając włosy za ucho.
- Naprawdę musisz kupować dla tej jak-jej-tam prezent przy mnie, co? Tak, musisz się przy tym świetnie bawić. Mimo że wiesz, że nie lubię jej. - mruknął pod nosem, zupełnie beznamiętnie.
_________________
 
     
Keith 
Ulegający prowokator


Miano: Keith Evan Marshall
Wiek: 19 jesieni
Pseudonim: Ev., Kei, Kajtek, Kajtuchna...
Klasa: 13th C
Wzrost: Sto osiemdziesiąt siedem centymetrów
Ubiór: Poobcierane dżinsy, zielone trampki, biała koszula, włożona częściowo w spodnie. Na szyi jak zawsze zwisają mu nieśmiertelniki. Na prawym nadgarstku ma parę splecionych rzemyków.
Ekwipunek: Portfel, nieśmiertelniki, telefon.
Wygląd: Aktualnie włosy są stosunkowo krótkie, w większej części brązowo szare, z kilkoma akcentami fioletu po poprzedniej farbie, pozostawione w swobodnym nieładzie, tatuaż na linii łopatek do karku, celtycki, kilka przechodzących się kół, jakieś krzyże i wzorki w pogrubionych konturach.
Miłość: Panicz Vincent Christopher Star
TYP: Ulegający seme
Znaki Szczególne: Tunel w uchu


Fabularnie: Z Gwiazdą.
Motto: Nie ma mężczyzn hetero, są tylko źle podrywani.
Multikonta: Adaś
Dołączył: 28 Wrz 2013
Posty: 220
Wysłany: 2013-12-06, 16:42   

Jeśli Vincent myślał... I tak dalej... To się mylił. Oj, grubo się mylił. Keith nie był wcale taki głupi, za jakiego uchodził. Może i grał słodkiego księcia z krainy Disney'a, ale potrafił wyczuć pewne niuanse. Uśmiechnął się do bruneta sztywno, pokazując ząbki, a potem odwrócił głowę. Dobrze wiedział, że ten chciał mu zrobić na złość. I chciał odzyskać bransoletkę. Co go wkurzyło. Kij z tymi naszyjnikami, ale tego srebrzystego cuda mu nie daruje.
Zatamował na chwilę złość, odwracając głowę. Jeszcze się odegra. Jeszcze jego wyjdzie na wierzchu.
Nie. Nie wyjdzie. Nie miał na to najmniejszej ochoty. Znowu pożerała go od środka ZAZDROŚĆ. Była już przy wątrobie i hardo sunęła w dół, pozbawiając go kolejnych organów i przyprawiając o ból wewnętrzny.
Uniósł spojrzenie na Vincenta dopiero, gdy ten do niego podszedł. Zacisnął zęby, a potem odparł niemalże uroczym tonem:
- Tak, muszę. Niesamowitą zabawę sprawia mi kupowanie prezentu dla twojej mamusi, kochanie. Chciałem się ładnie przedstawić jako twój chłopak, ale jak tak, to chyba zrezygnuję. - Posłał mu szeroki, całkiem sztuczny uśmiech. - Pomyślałem, że skoczymy do ciebie na Wigilię, a do mnie na pierwszy, albo drugi dzień świąt. Żeby twoja demoniczna rodzicielka wybaczyła kradzież syna.
Odłożył kolczyki na atłasową podstawkę i odwrócił znowu głowę, przechodząc nonszalanckim krokiem do szafeczki z pierścionkami zaręczynowymi. Zapatrzył się na nie przez chwilę, ale zaraz znowu się odsunął i przeszedł do jedynej części, która nie była pozłacana - nowoczesnych zegarków. Obiecał kiedyś kupić jeden ojcu. Dawno temu, kiedy był jeszcze dzieciakiem. Teraz było go stać, ale czy będzie chciał...? Nie chciał. Tak naprawdę, wolał nie pojawiać się w domu na święta. Szczególnie ze swoim chłopakiem. Ojciec go wyklnie. A Natasha zabije.
Cóż... Może tak by było lepiej?
- Jeśli chcesz, zadzwonię do mamy i nas zapowiem. Żeby nie pojawiła się ta "jak-jej-tam" -
mruknął, pokazując swoją słabość wobec bruneta. Mimo całej złości chciał jednak z nim pójść gdzieś. Chciał... Chciał dużo rzeczy. A przede wszystkim chciał po prostu zostać przytulony i pocałowany. Przecież mieli być razem! Czy to tak nie wygląda? Wprawdzie już parę lat nikogo nie miał i może to się zmieniło, szczególnie, gdy było się gejem...
Oderwał się od wystawy i spojrzał pytająco na bruneta.
_________________
Wcielenia Keitha:
1, 2, 3, 4


"Feels like I'm having a meltdown
It feels like I'm losing control
They tell me I'm a danger to myself
Now the crazy train is ready to roll, Oh!

Walk that walk like you don't give a fuck
You've got a right to turn it up and get down
Electric shock, no I can't get enough
'Cause tonight we're taking over the town, hey"
 
     
Vincent
Wschodząca Gwiazda
Bad Romance, honey~


Miano: Vincent Christopher Star
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Lunatyk, Cent, Vinni, i e.. Matrona >D
Klasa: 13th B
Wzrost: 182 cm.
Ubiór: Vincent postanowił zaszaleć i ubrał BIAŁĄ bluzkę z wieloma czarnymi napisami rockowych zespołów, na to ciemno-szara, rozpięta bluza. Granatowe spodnie, a na nich czarnym gruby pasek -->> czyli strój ''minimum czerni''.
Ekwipunek: Pokrowiec na skrzypce, portfel, notes+długopis
Wygląd: Facet z jasną cerą i dość drobnym, ale nie wątłym ciałem. Na głowie rosną czarne, mocno pocieniowane włosy (kosmyki sięgają nawet do obojczyków), z grzywką niemal zasłaniającą prawe oko. A oczy są koloru niebieskiego, czasem pochmurnego, zależy od światła. Średniej wielkości, prosty nos i jasne wargi.
Miłość: Lustereczko, powiedz przecie. Kto jest najpiękniejszy na świecie?
TYP: 50/50
Znaki Szczególne: Cztery kolczyki w prawym uchu, trzy w lewym i w brwi, wardze oraz czarny tatuaż węża, ciągnący się na prawym przedramieniu.


Fabularnie: Zajęty= Książę
Motto: ''Codziennie budzę się przystojniejszy, ale dzisiaj to już kurwa przesadziłem''.
Multikonta: Mike
Wiek: 24
Dołączył: 07 Lut 2013
Posty: 448
Wysłany: 2013-12-06, 17:21   

Mamusi? Schował twarz w dłoniach. Cholera, czy to takie dziwne, że był o niego zazdrosny? I po scence sprzed chwili miał prawo go podejrzewać! Koleżance, dobre sobie. Chrząknął ze źle skrywanym speszeniem, ale spojrzał się na niego bystrzej.
- Nie, kochanie. Mieliśmy jechać do nich na wigilię, nie na święta. - sprostował, nie dając się nabrać na Książęcość swojego... chłopaka. - A do mojego domu nie jedziemy. Nie musisz ich poznawać, nie są tego warci. - powiedział krótko, chętniej sięgając po jakieś kolczyki. No, w takich sytuacjach nawet je lubił. Przecież sam miał ich pełno w uszach. Lubił piercing.
Ba, dostrzegł ten przeciągły wzrok na pierścionkach. Ale postanowił nijak zareagować. Trochę klasy Star, trochę klasy. Nie chciał za bardzo łechtać jego ego, gdyż już swoim wybuchem aż nader to zrobił. Poza tym, był pewien, że Keith robił to specjalnie. Może to się wydawać zabawne, ale zwykle to Vincent robił w związkach za tego dojrzalszego. Tutaj czuł, że jest inaczej. I musiał to szybko nadrobić. Przysunął się bliżej i przesunął nosem wzdłuż szyi Marshalla. Krótki, ale czuły geścik. Musnął ustami pomizianą skórę i odsunął się nieznacznie, słysząc ciężkie kroki starca.
- Nie, ruda może być. Nie będziemy kombinować tylko dlatego, że chcę iść do Twojej rodziny. Nie rozpieszczaj mnie tak, Kei. - uśmiechnął się do niego czarująco. - I jak chcesz, kupię Ci jakiś zegarek. Jeśli któryś z nich Ci się spodobał. - dopowiedział na odchodnym, przywierając palcami do naszyjników. Oczywiście, od razu sprzedawca zaczął je zachwalać, chcąc mieć większy utarg. Nie omieszkał pominąć serię komplementów w stronę Vincenta, a on, jak jakieś dziecko, najzwyczajniej w świecie zaczął się topić. Koniec końców, wykupił dwa wisiorki, które wcale nie były mu potrzebne. Ale jak wyszczuplały pieniążek na koncie. Syknął pod nosem, widząc jak bardzo dał się oszukać. Nie chodziło mu o stratę pieniędzy (nie wypadało nagle powiedzieć ''nie, dzięki''), ale o tym, że poddał się tej łatwej manipulacji! Och, Vincent. Kiedy Ty się nauczysz!
Znowu podszedł do Keitha i spojrzał na jego profil. Ludzie zwykle czuli się jak dziwki, jak mówił ''ja płacę'', a wiedział, że Książę miał dużą dumę, więc westchnął ciężko. Co jak co, ale nie był przywiązany do swojej kasy.
- Jeśli chcesz, możemy kupić coś na współkę Twoim rodzicom. Wiesz, złożymy się na coś fajnego. Nie wiem czego oni by chcieli, nie znam ich. - wzruszył ramionami, odwracając od niego wzrok. Dostrzegł jakiś zegarek z grubą, skórzaną bransoletą, dlatego od razu zastukał w szybkę, coby Kei zwrócił na niego uwagę. Nie był w Centowym stylu, ale wydawał się mu idealny dla poważniejszych osób. Zacmokał z niezadowoleniem, widząc, że sprzedawca już zmaterializował się obok niego. Spojrzał na niego z góry, a ten już zaczął nawijać. Cholera, tym razem nie da się słodkim słówkom.
_________________
 
     
Keith 
Ulegający prowokator


Miano: Keith Evan Marshall
Wiek: 19 jesieni
Pseudonim: Ev., Kei, Kajtek, Kajtuchna...
Klasa: 13th C
Wzrost: Sto osiemdziesiąt siedem centymetrów
Ubiór: Poobcierane dżinsy, zielone trampki, biała koszula, włożona częściowo w spodnie. Na szyi jak zawsze zwisają mu nieśmiertelniki. Na prawym nadgarstku ma parę splecionych rzemyków.
Ekwipunek: Portfel, nieśmiertelniki, telefon.
Wygląd: Aktualnie włosy są stosunkowo krótkie, w większej części brązowo szare, z kilkoma akcentami fioletu po poprzedniej farbie, pozostawione w swobodnym nieładzie, tatuaż na linii łopatek do karku, celtycki, kilka przechodzących się kół, jakieś krzyże i wzorki w pogrubionych konturach.
Miłość: Panicz Vincent Christopher Star
TYP: Ulegający seme
Znaki Szczególne: Tunel w uchu


Fabularnie: Z Gwiazdą.
Motto: Nie ma mężczyzn hetero, są tylko źle podrywani.
Multikonta: Adaś
Dołączył: 28 Wrz 2013
Posty: 220
Wysłany: 2013-12-06, 17:46   

Ego Keia nie zostało specjalnie dowartościowane. Chociaż owszem, wrażenie było całkiem - nawet - miłe. Wiedział jednak, że nie może sobie pozwolić na zbyt częste tego typu akcje. Niby nie chciał od razu mówić przy tym gościu... poproszę kolczyki dla matki mojego chłopaka. No ej. Nie brzmiało to zbyt dobrze. Wprawdzie nie krył się specjalnie ze swoimi preferencjami, ale miał trochę wstydu jednak. W końcu został wychowany w takiej, a nie innej rodzinie, prawda?
Momentalnie się uśmiechnął, gdy poczuł usta kochanka na swojej szyi. Nagle książę cały pojaśniał, a wszystkie troski zniknęły z jego twarzy. To było... Wspaniałe. Obrócił głowę i spojrzał na niego szczęśliwie. Stracił zainteresowanie zegarkami, pierścionkami i w ogóle resztą świata, wbijając w chłopaka pełne uwielbienia spojrzenie, które oświadczało wszem i wobec, że on go kocha do szaleństwa. Był tak bardzo w niego zapatrzony, że nie zareagował na ten absurdalny i nikomu niepotrzebny wydatek. Westchnął. Wywrócił oczami i pokręcił lekko głową. On był wychowany w rodzinie, w której uważano na wydatki. I dlatego nigdy pieniędzy mu nie brakowało.
- Nie widzę powodu, żeby zepsuć całą atmosferę, która i tak jest zachowywana z wielkim trudem. Poza tym, niedobrze by to wypadło, gdybym musiał przez cały wieczór odganiać ją od siebie. -
Pokręcił lekko głową.
Spojrzał na wskazywany zegarek, a potem z wielką niechęcią na sprzedawcę. Wyprostował się. Spoważniał. Przybrał uprzejmy uśmiech i złapał go za rękę.
- Pan wybaczy. Jesteśmy tu incognito. Proszę traktować nas jak zwyczajnych klientów i odejść, zająć się czymś pożytecznym. Moja Gwiazda nie chce za chwilę z pana winy zostać pochłonięta przez tłumy fanów. Jestem pewien, że pana sklep zyska na naszej obecności, jeśli pozostaniemy nierozpoznani. - Poczęstował go swoją menadżerską gadką i co zaskakujące - znowu zdała ona egzamin. Chyba miał do tego predyspozycje.
Sprzedawca kłaniając się i przepraszając odszedł na bok i pewnie zaczął się zastanawiać, kim do cholery jest ta "Gwiazda". Cóż, ciężko od niego wymagać, by znał młodego Stara. To starszy facet. Nie interesuje się takimi rzeczami. Ale w tym momencie pewnie tego szczerze żałował i postanawiał poprawę. W końcu musi wiedzieć, kto przestępuje próg jego sklepu!
- Wygląda nieźle. - Pokiwał lekko głową, wracając do Vincenta. - Powinien mu się spodobać. Myślisz, że przetrwa potencjalną serię upadków po oświadczeniu, że jestem z chłopakiem? - Posłał mu firmowy uśmiech, używając jednocześnie nonszalanckiego tonu. Dało się dostrzec jednak pewien smutek w tym spojrzeniu. On naprawdę chciał zostać zaakceptowany przez ojca.
- Zdradzić ci tajemnicę?
Objął lekko Vincenta i nachylił się, szepcząc mu do ucha:
- Nie lubię prezentów materialnych. Nigdy nie lubiłem, nie kręci mnie coś takiego. Ale jeśli chciałbyś koniecznie kiedyś coś mi kupić, to preferuję kolczyki. Skomplikowane, wyrafinowane i drogie. -
Roześmiał się cicho.
_________________
Wcielenia Keitha:
1, 2, 3, 4


"Feels like I'm having a meltdown
It feels like I'm losing control
They tell me I'm a danger to myself
Now the crazy train is ready to roll, Oh!

Walk that walk like you don't give a fuck
You've got a right to turn it up and get down
Electric shock, no I can't get enough
'Cause tonight we're taking over the town, hey"
 
     
Vincent
Wschodząca Gwiazda
Bad Romance, honey~


Miano: Vincent Christopher Star
Wiek: 18 lat
Pseudonim: Lunatyk, Cent, Vinni, i e.. Matrona >D
Klasa: 13th B
Wzrost: 182 cm.
Ubiór: Vincent postanowił zaszaleć i ubrał BIAŁĄ bluzkę z wieloma czarnymi napisami rockowych zespołów, na to ciemno-szara, rozpięta bluza. Granatowe spodnie, a na nich czarnym gruby pasek -->> czyli strój ''minimum czerni''.
Ekwipunek: Pokrowiec na skrzypce, portfel, notes+długopis
Wygląd: Facet z jasną cerą i dość drobnym, ale nie wątłym ciałem. Na głowie rosną czarne, mocno pocieniowane włosy (kosmyki sięgają nawet do obojczyków), z grzywką niemal zasłaniającą prawe oko. A oczy są koloru niebieskiego, czasem pochmurnego, zależy od światła. Średniej wielkości, prosty nos i jasne wargi.
Miłość: Lustereczko, powiedz przecie. Kto jest najpiękniejszy na świecie?
TYP: 50/50
Znaki Szczególne: Cztery kolczyki w prawym uchu, trzy w lewym i w brwi, wardze oraz czarny tatuaż węża, ciągnący się na prawym przedramieniu.


Fabularnie: Zajęty= Książę
Motto: ''Codziennie budzę się przystojniejszy, ale dzisiaj to już kurwa przesadziłem''.
Multikonta: Mike
Wiek: 24
Dołączył: 07 Lut 2013
Posty: 448
Wysłany: 2013-12-06, 18:31   

Tak niewiele Keiowi potrzeba. Przed chwilą robił mu na złość i byli gotowi zagryźć siebie nawzajem, a teraz ten patrzył na niego z uwielbieniem. Co cholernie łechtało mu ego, a tym samym wprowadzało w lepszy nastrój. Proszki uspakajające przestawały działać, przegrywając z samozwańczym Bogiem nawet w czwóreczkę. Wywrócił oczami na jego słowa. Lepsza zła atmosfera, niż sztuczna, pomyślał człowiek lubujący się w chaosie. Poza tym, chciał tą rudę, w końcu musiał jej pokazać, że jest od niej lepszy. Nawet, jeśli nie miał pipy, to jednak znał od kartki do kartki zasady Savoir vivre, które niegdyś wciskał w niego ojciec, jeszcze widząc w nim swojego robocika. Taak, Vincent to uosobienie braku kultury, ale przecież wiedział, jak w razie czego się zachować. I w ogóle, to był od niej piękniejszy w k a ż d y m calu.
Niemal się najeżył, słysząc hosta. Cholera by go jasna! Czy on zawsze musi robić za jego menadżera? To bardziej zwracało na Gwiazde uwagę! Nie, żeby coś, ale dzisiaj zapomniał zrobić kresek pod oczami. Toż to tragedia jest. Gdy usłyszał pozytywną odpowiedź na temat zegarka, zadowolony z siebie spojrzał na niego.
- Co Ty chrzanisz, Keith? Twój ojciec będzie mną oczarowany. Tak samo jak i Twoja matka i bracia. - wzruszył nonszalancko ramionami, jakże pewien swoich słów. Był aktorem. Płótnem, na którym, co prawda, była położona już farba, ale można było zabawić go na inny kolor, przynajmniej na chwilę.
Zmrużył na sekundkę oczy, czując jego oddech na uchu i aż lekko zadrżał. Cholera, chyba miał na niego ochotę. Treść co prawda, była przydatną informacją, ale przecież nie kupi mu teraz kolczyków. To miała być niespodzianka.
Staruszek popadł w chwilową zadumę, a potem zaszedł na zaplecze. Zaraz jednak wrócił i nieśmiałym chrząknięciem przypomniał o sobie. Vincent momentalnie się odwrócił i spojrzał na swój... futerał. Uśmiechnął się pod nosem, zrywając karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem.
- Kei, zbieramy się. Zaczyna mi się nudzić. Wskaż panu, jaki zegarek bierzmy, wybierz szybko coś dla matki. - zarządził, otwierając powoli futerał. Przesunął palcami po starym drewnie, spojrzał na nieco zniszczone rogi. Przeżyły naprawdę dużo, ale skrzypce nie ocenia się po wyglądzie, a po dźwięku. A te były naprawdę piękne. Jeszcze jego dziadek na nich grał (a przynajmniej taki kit mu wcisnęli). Przesunął palcami po nowych strunach. Ten instrument, to jedna z rzeczy, które Vincent traktował nader delikatnie i ostrożnie, a wiadomo, tych rzeczy nie było za dużo. Nie, żeby skrzypce były AŻ TAK kruche, tutaj chodziło o uczucia. Swojemu ćpunowi ufał, bo jakkolwiek miał mały kontakt z rzeczywistością, to skrzypce były czymś, co kochał. Więc Starowych na pewno nie skrzywdził. Bez słowa podał odpowiednią kwotę w starą dłoń, bo przecież ten musiał go znać. Dołożył dwadzieścia dolców, na prochy. Niech zna łaskę Pana.
Zamknął futerał i odwrócił się energicznie w stronę Keia.
- Ja teraz zapłacę ze swojej karty, bo nie mam już luźno kasy, a potem najwyżej oddasz mi połowę, okej? - uśmiechnął się do niego lekko, już podając kartę facetowi. Wbił pin. Chwycił Marshalla za rękę. Przyciągnął go do siebie i pocałował go mocno w usta. Tak mu tego brakowało. Nim host się zorientował, Gwiazdka już wepchnęła język w jego usta.
_________________
 
     
Keith 
Ulegający prowokator


Miano: Keith Evan Marshall
Wiek: 19 jesieni
Pseudonim: Ev., Kei, Kajtek, Kajtuchna...
Klasa: 13th C
Wzrost: Sto osiemdziesiąt siedem centymetrów
Ubiór: Poobcierane dżinsy, zielone trampki, biała koszula, włożona częściowo w spodnie. Na szyi jak zawsze zwisają mu nieśmiertelniki. Na prawym nadgarstku ma parę splecionych rzemyków.
Ekwipunek: Portfel, nieśmiertelniki, telefon.
Wygląd: Aktualnie włosy są stosunkowo krótkie, w większej części brązowo szare, z kilkoma akcentami fioletu po poprzedniej farbie, pozostawione w swobodnym nieładzie, tatuaż na linii łopatek do karku, celtycki, kilka przechodzących się kół, jakieś krzyże i wzorki w pogrubionych konturach.
Miłość: Panicz Vincent Christopher Star
TYP: Ulegający seme
Znaki Szczególne: Tunel w uchu


Fabularnie: Z Gwiazdą.
Motto: Nie ma mężczyzn hetero, są tylko źle podrywani.
Multikonta: Adaś
Dołączył: 28 Wrz 2013
Posty: 220
Wysłany: 2013-12-06, 19:23   

Nie chodziło nawet o menadżerowanie. Po prostu świetnie się bawił, tak grając. A fakt, że Vincent nie był jeszcze aż tak znany dodawał tylko pikanterii. W końcu siał zamęt w umysłach niczego nieświadomych ludzi. Tyyyle zabawy z tego wynikało.
Spojrzał uważnie na Vincenta. Zmarszczył brwi. Chrząknął.
- Słuchaj no, jeśli zamierzasz się świetnie bawić na mojej rodzinnej Wigilii, to chyba wycofam swoją propozycję -
mruknął chłodniejszym tonem. Już oczami wyobraźni widział jak David daje się brunetowi wypieprzyć w rodzinnej łazience. Na samą myśl nie dość, że podskoczyła mu adrenalina, to jeszcze zrobiło mu się niedobrze. Ueh. Wbił spojrzenie w zegarek, próbując zatamować zazdrość, która znowu się pojawiła znikąd i najwyraźniej świetnie jej było w Keithu. Super. Będzie chyba musiał do niej przywyknąć w obecności Stara, nie widział innej opcji.
Przełknął ją z trudem.
Spojrzał na bruneta i zaskoczony odnotował pojawienie się skrzypiec. Łał. Piękne. Naprawdę piękne. A jak zobaczył jak delikatnie on je traktował... To było niesamowite. Nowa twarz chłopaka. Chciał, naprawdę szczerze pragnął, by kiedyś ktoś spojrzał na niego w podobny sposób. Nie chodziło o miłość, w tym spojrzeniu było coś więcej... I to było piękne. Zachował w sobie ten widok, na następną kłótnię, w której będzie wyklinał Gwiazdę od bezuczuciowych neandertalczyków.
Uśmiechnął się mimowolnie, a potem skinął na staruszka.
- Weźmiemy ten zegarek z paskiem - mruknął. - I te kolczyki. Proszę ładnie zapakować. - Uniósł z delikatnością ładne, drobne kolczyki z perłami, wiszące na drobniutkim, długim druciku. Wyglądały jak coś drogiego i specjalnego... A przy tym kwota, tak na oko Keia, nie była zawyżona. Nie były w końcu najmodniejsze, dla kobiety dwudziestoparoletniej, tylko matki trójki dorosłych mężczyzn, na litość boską! W ostatniej chwili, gdy Vincent płacił, rzuciły mu się w oczy jeszcze inne kolczyki...
Ale został pocałowany. W pierwszej chwili nie zareagował, ale zaraz odsunął się gwałtownie i obdarzył go oburzonym spojrzeniem, zerkając jednocześnie ze zdenerwowaniem na sprzedawcę. Posłał Vincentowi mroźne spojrzenie, że on kompletnie, ale to kompletnie zwariował i coś mu się w głowie poprzestawiało, cholerny popapraniec... Wywrócił oczami i przetarł usta, ciesząc się jednocześnie, że nie wpuścił go do ich wnętrza. Inaczej mógłby mu się nie oprzeć. Gdyby nie fakt, że zareagował z szokiem, zapewne poddałby mu się całkiem. Cholerna Gwiazdka... On naprawdę, NAPRAWDĘ nie krępował się przed ukazywaniem bliskości... Ale na litość boską, bez przesady! Nie musieli się ślinić na czyichś oczach!
Ukradkiem, korzystając z nieuwagi bruneta wskazał palcem na inną parę kolczyków i wyjął pieniądze z portfela.
- W porządku, Vincent, rozliczymy się między sobą - mruknął niefrasobliwie i możliwie najbardziej nonszalancko, a potem zabrał wszystkie staranne pakuneczki, drugą ręką złapał kochanka za dłoń i pociągnął go do wyjścia.
- Spływamy stąd. I tak za dużo czasu zmarnowałem -
powiedział, przedzierając się przez tłumy ludzi. Dopiero gdy znaleźli się w bocznej, rzadziej uczęszczanej uliczce, obrócił się na pięcie i spojrzał na partnera.
- To gdzie chcesz iść teraz? - spytał... I widząc jego święte oburzenie olał fakt, że jest zimno, a on płaszcz trzyma w dłoni, razem z naszyjnikami, kolczykami i zegarkiem, nachylił się nad nim i pocałował mocno. Z tą całą tęsknotą, zaborczością i zazdrością, które targały nim tego dnia.
Wreszcie... Poczuł się spokojniejszy.

[z/t x2]
_________________
Wcielenia Keitha:
1, 2, 3, 4


"Feels like I'm having a meltdown
It feels like I'm losing control
They tell me I'm a danger to myself
Now the crazy train is ready to roll, Oh!

Walk that walk like you don't give a fuck
You've got a right to turn it up and get down
Electric shock, no I can't get enough
'Cause tonight we're taking over the town, hey"
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,27 sekundy. Zapytań do SQL: 7