Uwaga! Hosting Webplus konczy dzialalnosc z dniem 31.07.2019r. Wiecej informacji tutaj.

Yaoi Gakuen Strona Główna
 Album   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
tu będzie jakiś klimatyczny tutuł, kiedy go wymyślę xD
Autor Wiadomość
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-08-09, 22:03   tu będzie jakiś klimatyczny tutuł, kiedy go wymyślę xD

Chłopcy wyglądali, jakby spali bądź byli martwi, lecz żadne z tych określeń nie było do końca prawdziwe. Ich bezwładne ciała spoczywały pod zadaszeniem prowizorycznego namiotu, oddalonego od wioski, ich dusze natomiast – miotały się bezwładnie między trzema wymiarami świata, nie przynależąc ani do duchów, ani do bogów, ani do ludzi jeszcze przez tę noc i następujący po niej dzień. Pozostawali wykluczeni i nikt nie mógł się do nich zbliżyć, nie chciał nawet, przerażony groźną bliskością śmierci, świadom zagrożenia ze strony duchów krążących nad miejscem w którym dokonywało się powolne, bolesne przekraczanie granicy. Jedynie szaman czuwał w pobliżu doglądając ognia płoszącego dzikie zwierzęta. Patrzył czasami na drgające bezwładnie członki, na rozchylone, wyschnięte, spękane usta, ale nie dotykał, nie zbliżał się, nie podawał im wody. Od chwili, gdy napoił im wywarem z korzenia zakazanego, boskiego kwiatu, który sprowadził na nich letarg, aż do dnia w którym urodzą się na nowo – nawet on nie miał takiego prawa, choć był im najbliższy.
Nie wyszedł nigdy poza ów stan niestałości, zagrożenia, pozbawienia przynależności… Nie pamiętał tych dni zbyt dokładnie, z pewnością jednak dokładniej niż wielu innych, zbyt dokładnie by mógł wspominać je bez dreszczu grozy. Jeszcze będąc dzieckiem zdradzał objawy zbytniej bliskości do krawędzi ludzkiego świata, a kiedy wziął do ust niedostępny innym napar i oczy uciekły mu w głąb czaszki, a ciałem wstrząsnęły konwulsyjne drgawki wypełniły go głosy bogów i duchów. Podczas gdy jego rówieśnicy umierali w samotni i rodzili się do nowego życia, jego zżerała szamańska choroba, nie pozwalając mu narodzić się jako mężczyzna, chociaż umarł już jako chłopiec. Nie zatrzymując go w żadnym ze światów.
To podobało się bogom. Bogowie nie byli bowiem podobni ani ludziom, ani zwierzętom, żaden z nich nie był mężczyzną ani kobietą, żywy ani umarły. Oni bowiem władali wszystkim, a gdy świat był morzem martwej gliny, z gliną zmieszali swoją krew, swój śluz i nasienie by mogło ukształtować się z niej wszelkie życie. Oni zsyłali deszcz i zwierzynę w sidła i siłę w ręce wojowników, by zabijali wroga i płodność w łona kobiet by rodziły dzieci. By służyć im dobrze i odczytywać ich głosy szaman oddawał swoje życie ich zachciance i ku ich zadowoleniu sam zbliżał się do świętości – nie będąc ani mężczyzną ani kobietą. Ani żywy ani martwy. Ani dzieckiem, ani dojrzały. Ani zwierzęciem, ani też nie do końca człowiekiem, ani też duchem, choć duchy przemawiały do niego, przemawiały jego głosem i słuchały jego głosu.
Na jego ciele wyryto nożem plemienne symbole, ale też wpuszczono pod naskórek ciemnosiny sok z mięsistych liści smoczych języków, układający się w ceremonialną ornamentykę. Trujący jad palił jego ciało jak żywy ogień, a Sirhil, będący wtedy jeszcze młodym chłopcem, myślał, że umiera. Jednak gdy już wrosły w jego skórę, tatuaże te chroniły go przed śmiercią od wszelkich naparów, które w czasie rytuałów musiał pić, jak ten, po którym owej nocy umierali w odosobnieniu młodzieńcy. Nie zdążył zapuścić włosów, tak, jak będą mogli zrobić to ci z nich, którzy znów powstaną do życia. Nie minął długi czas, czarne jak skrzydło kruka kudły sięgnęły mu ledwie ramion, a już umarł jego poprzednik i mistrz, więc na znak wstąpienia w służbę, obciął je i złożył w ofierze bogom symbol swojej męskiej siły. Nie pozostały krótkie jak u kobiety, ale nigdy nie zdążyły też odrosnąć, poświęcane wciąż na nowo, w kolejnych intencjach, kolejnych ofiarach. Odróżniały go od plemiennych wojowników, podobnie jak szczuplejsza znacznie postura. Był wysoki i silny, lecz nie dość silny i nie dość postawny, gdy jego ciało toczyła szamańska choroba. Ceremonialny płaszcz obszyty piórami, blaszkami i wstęgami krwistej barwy materii ukrywał to, czyniąc go podobnym do groźnego drapieżnego ptaka, lecz codzienna krótka szata, podobna nieco kobiecym tunikom, narzucona na zwyczajne skórzane spodnie tylko to podkreślała. Lecz taki podobał się bogom, który wypełnili jego oczy żółtopomarańczową barwą ognia, sprawiając, że lękano się go i szanowano.
Dołożył drwa do ogniska, by mieć pewność, że nie wypali się przez pozostały do świtu czas. Okrążył jeszcze namiot, przechadzając się skrajem rzucanego przez las cienia, wciągając w nozdrza dobiegający stamtąd dziki zapach żywego ziela i przyczajonej w gęstwinie zwierzyny, a dopiero potem, wolnym krokiem skierował się do swojej jurty, położonej na uboczu, by jego obcowanie z duchami nie niepokoiło współplemieńców. Chciał zażyć jeszcze kilku godzin snu, zmęczony czuwaniem i świadom, że noc rytuału będzie ciężka nie tylko dla wkraczających w wiek męski, ale i dla niego. Już czuł trawiący go ból na myśl o szalonym wysiłku do jakiego duchy zmuszą jego ciało. Ostatnio znosił go gorzej, choroba bardziej dawała mu się we znaki, choć ciągle nie tak straszliwie jak w pierwszych jej fazach. Był jednak słabszy i trawiony lękiem, że bogowie ukarali go swoją niełaską. Nie wiedział jeszcze, jak przebłagać ich by dali mu siłę i nasycili jego krew swoją życiodajną potęgą. Na błagania i poszukiwanie odpowiedzi przyjdzie jednak czas, gdy już wypełni swoje powinności wobec plemienia.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Gość

Wysłany: 2013-10-16, 12:20   

/Uwaga, improwizowałem na maksa xD

Tej nocy nie tylko szaman czuwał. Tej specjalnej nocy, choć wszyscy inni powinni zapaść w sen, czuwała też straż.
Trwała wojna, która trawiła plemię od dziesięciu pełni, wlewając w serca ciągły niepokój, który stawiał wojowników w gotowości każdej kolejnej nocy. Niepokój, który kazał przywódcy posyłać zwiadowców w odległe krańce Nizin, by szukali bezpiecznego skrawka ziemi i plemion, które stanęłyby do walki wraz z nimi.
Byli klanem wojowników, jednak w otwartym starciu z wrogiem ponieśli klęskę i zmuszeni byli wycofać się z obfitującego w zwierzynę terenu, który pragnęli sobie wywalczyć. Lecz Wódz w sercu miał ogień, a jego duma jako wojownika nie zgadzała się z porażką. Poprzysiągł zemstę. Wrócą tu, lecz teraz musieli chronić tego, co im pozostało, a pozostało niewiele z dawnej potęgi. Ledwie garstka jego najlepszych wojowników.
I pierwszy raz wbrew pradawnym zakazom, zdolni do walki mężczyźni stali dziś na pozycjach gotowi w każdej chwili rzucić się w wir walki. Nawet gdy dzisiejszej nocy otwarły się wrota między światem ludzi i duchów, nie opuścili posterunków, choć każdy z nich czuł strach. Strach przed nieznanym, co dostępne było tylko szamanom.
Być może Bogowie ukarzą ich za ten gest nie pokory, jednak Wódz chodź szanował świętości, nie mógł pozwolić, by wyrżnięto ich jak bezbronne króliki. Poza tym, ostatnimi czasy duchy nie mówiły za wiele, choć tak bardzo potrzebowali teraz ich wsparcia.
Chłód prześlizgiwał się po nagich torsach, wiatr targał długimi warkoczami... Ciemna skóra błyszczała w bladej poświacie księżyca. Pozornie nieruchomi wojownicy, niczym skały trwali w kompletnym bezruchu, lecz byli czujni i odważni jak smoki, które gotowe były walczyć z rykiem w płucach do ostatniej kropli krwi. Ich Plemię cechowała przecież zapalczywość, odwaga i wola walki. Tego uczono ich od dziecka.
Nikt jednak nie zbliżał się do odległego płomienia ogniska, przy którym krzątała się sylwetka szamana. Bali się o swoje dusze. Nikt nawet nie chciał spoglądać w tę stronę, obawiając się ujrzeć coś, czego ich umysły nie byłyby w stanie pojąć.
Wśród nich, był i Radil syn Wodza, krew z jego krwi. Sam jeden stał od wschodu widząc w oddali prowizoryczny namiot pod którym niegdyś i on umarł i narodził się nowo. Narodził się jako wojownik, jak większość jego pobratymców, lecz wdzięczny był Bogom za taki ich wybór, bowiem walka była tym do czego go stworzono.
W silnych dłoniach trzymał łuk z założoną na cięciwę strzałą o czarnych lotkach. Przy pasie zaś w skórzanej pochwie tkwił długi kościany nóż. Nie zasłużył sobie jeszcze na Krew Przodków, choć marzył o niej każdej nocy. Wiedział jednak, że jest to kwestią czasu...
Bystrym spojrzeniem przeszukiwał mrok przed sobą, lecz noc była cicha, jak tylko cicha może być Noc Przejścia. Może i wróg przeraził się duchów, które krążyły teraz nad Plemieniem?
On się nie bał. Trwożny szacunek jaki mieli współplemieńcy do szamana i duchów nie cechował go tak bardzo jak powinien. Może dlatego, że nie wierzył w prawdziwą boską siłę? Przecież nigdy, jak żył już tyle pełni, duchy nie manifestowały swej mocy, a przepowiednie szamana bliższe były niezrozumiałemu bełkotowi, niż wykładniom postępowania. Lecz nie on miał odczytywać szamańskie zagadki. Nie był też zmuszony oddawać czci bogom większej, niż reszta Plemienia. Stąd jego wybór, na przekór ojcu i ku zdziwieniu pobratymców.
Pochwycił ruch szamana i przez chwile obserwował jak znika za namiotem. Potem odprowadził jego mizerną sylwetkę wzrokiem, aż nie zniknęła za połą jurty. Pamiętał go jeszcze gdy byli dziećmi, pamiętał że nie było go przy nich w Noc Przejścia, a potem... Potem, tak jak inni nie zbliżał się do niego. W pewnym sensie współczuł mu i skrycie cieszył się, że duchy nie zwróciły spojrzenia na jego samego. Nie wyobrażał sobie straty swych włosów, nie wyobrażał sobie tkwienia w samotności i tego, że nigdy nie byłoby mu dane dzierżyć Krwi Przodków. Nigdy jednak nie zwierzył się nikomu ze swej radości. Tego co bogom powierzono nie wolno było negować, a on pomimo swej niepokornej duszy, starał się być wierny najważniejszym zasadom.
Odrzucił z ramienia sięgający mu ponad połowy pleców gruby, czarny warkocz i ponownie zatopił spojrzenie w półmroku wypatrując w nim wrogich wojowników. Nic jednak nie zaniepokoiło go od tej strony, choć gdy szaman zniknął, Radil poczuł dreszcz strachu, który pokrył jego szerokie ramiona gęsią skórką. Miał wrażenie, że wiatr wyje niepokojąco, ze zniknięcie Shirila było jak usuniecie naturalnej bariery... To dlatego, gdy w oddali, kątem oka spostrzegł wyraźny ruch, strzelił bez wahania. Przeraźliwy pisk rozniósł się echem w ciszę nocy, ale trwał zaledwie chwilę, jeden oddech. Zmrużył oczy dostrzegając na granicy światła odległego ogniska nieruchomą zwierzęcą sylwetkę. Lis? Z jego boku sterczał oskarżycielsko promień strzały z czarną lotką. Radil opuścił łuk i pokręcił głową, biorąc się w garść.
Po tym, wiatr ucichł zupełnie, a noc stała się jeszcze bardziej upiorna i tajemnicza, lecz nic się nie wydarzyło, albo oczy wojownika nie były w stanie dostrzec tego, co miało tam miejsce.
Świt wstawał powoli...
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-10-18, 11:29   

Sen był krótki, urywany i nie przyniósł ukojenia ani zmęczonemu ciału, ani znękanej duszy. Duchy szeptały Sirhilowi do ucha, wyrywając go z nieświadomości kilkakrotnie, lecz nie powiedziały nic zrozumiałego. Ich głosy były niejasnym bełkotem, zlewającym się w monotonne, drażniące brzęczenie. Szaman miał wrażenie, ze słyszy je nawet, gdy rozbudzony promieniami słońca zwlekł się z posłania.
Podobnie brzęczały muchy krążące przy namiocie wykluczonych. Siadały na ciałach tych, którym nie dane było narodzić się na nowo, podczas gdy pozostali budzili się powoli. Siadali i zataczali się, próbując wstać, by słabi, zbyt bliscy śmierci, by zrozumieć gdzie są. Ich mętne oczy spoglądały w dal, spękane usta poruszały się w niemym szepcie. Dopiero teraz szaman mógł się do nich zbliżyć i krążyć między nimi z bukłakiem w dłoni, w wlać w ich usta odrobinę wody. Z pewnością nie była to ilość wystarczająca dla kogoś tak spragnionego i wykończonego, ale musiała przynieść chociaż namiastkę ulgi. A czekał ich jeszcze bardzo długi dzień.
Widmo wojny nieustannie wisiało nad osadą. Widział je w twarzach wojowników, którzy schodzili z nocnej warty, nie zaznawszy snu, ale też wyczuwał w nieustannym pobudzeniu duchów. Wszystkie te najbliżej związane z walką, odwagą i śmiercią krążyły jak wygłodniałe sępy, zdolne zwietrzyć zapach krwi jeszcze długo przed tym, nim ta zdążyła spłynąć na ziemię ich przodków. Dziś jednak zarówno ludzka jak i boska uwaga skupiała się bardziej, chociaż nie całkowicie, na powadze dzisiejszych obrzędów. Gdy Sirhil krążył wokół centralnego placu przygotowywanego już na dalsze rytuały, widział napięcie w twarzach matek, lękających się o swoje dzieci – nadal było za wcześnie na dumę, rytuał bowiem nie dobiegł jeszcze końca. Młodzieńcy układali już dra na rozpalenie świętego ogniska, kobiety warzyły strawę i świąteczne napary z wonnych ziół, w namiocie wodza jego córki szykowały już dla niego odświętną szatę. Później najmłodsza z nich, dziewczynka zaledwie, przyjdzie do jurty szamana, by drżącymi rączkami założyć ciężki płaszcz na jego ramiona, nieśmiała i przestraszona. Szaman nie miał bowiem żony, ani własnych dzieci, które mogłoby mu usługiwać, nie wziął też jeszcze następcy na wychowanie, bowiem duchy nadal nie wskazały mu godnego kandydata. Spoglądał często na niedorosłych chłopców, szukając w ich oczach znaków wywołanej przez duchy gorączki, a wtedy ich matki zagryzały usta, bezgłośnie błagając przodków, by ich dzieci uniknęły tego losu. Wszyscy wiedzieli, jak ważna jest rola szamana dla wioski, że należy darzyć go lękiem i szacunkiem, że trzeba być wyjątkowym, by zostać powołanym do tej roli. Nie życzyło się tego jednak swoim bliskim, wszyscy bowiem wiedzieli, że od świata bogów trzeba trzymać się jak najdalej, a bycie ich wybrańcem jest na równi zaszczytem i przekleństwem. Sirhil pamiętał jeszcze, jak boleśnie szlochała jego matka, gdy miotał się w posłaniu w pierwszym ataku gorączki, gdy jego poprzednik wyprowadzał go z rodzicielskiego domostwa, więc z żalem myślał o dniu w którym on sam wyprowadzi z domu swojego następcę.
Martwiło go wiele spraw, jak przebieg zbliżających się obrzędów, wraz z ryzykiem zewnętrznego zagrożenia. Obawiał się, że niezadowolone duchy mogą nękać czuwających wojów, w drodze powrotnej do swojej jurty podszedł więc do strażników, by życzyć im łaski bogów i zapytać o przebieg nocnej warty.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Moran
Diabelstwo
Głowa do góry!


Miano: Moran Quert
Wiek: 19 lat
Pseudonim: Morq
Klasa: 13th B
Wzrost: 170
Ubiór: Ubiera się bardzo różnie i raczej wygodnie, ale zawsze schludnie. Obecnie to jasna koszula rozpięta pod szyją oraz jeansy i czarne pantofle.
Ekwipunek: Komórek, portfel i kieszenie pełne optymizmu.
Wygląd: Niewysoki młodzieniec o dużych zielonych oczach i falowanych, pół długich blond włosach. Ma dość delikatną urodę, ale na pewno nie może uchodzić za kobietę choćby z racji całkiem ładnie wyrzeźbionego ciała i było nie było, całkiem męskiej linij szczeki.
Miłość: No, taa... miłość od razu.
TYP: Matko... Ograniczenia są takie głupie!
Znaki Szczególne: Dziwne usposobienie.


Fabularnie: Randka! xD
Motto: Może pozytywne nastawienie nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, ale wkurzy wystarczającą liczbę osób, by było to warte zachodu.
Multikonta: Ta...
Wiek: 29
Dołączył: 19 Mar 2013
Posty: 106
Wysłany: 2013-10-20, 21:09   

Radil był zmęczony... Ta noc nie należała do najspokojniejszych, choć wróg nie podszedł pod obóz i nie musiał podnosić alarmu, to ciągłe napięcie i obawa wytrawiła na jego twarzy oznaki zmęczenia widoczniejsze niż zwykle. Jasne, dzikie oczy były zamglone, ale nie straciły swojej bystrości zupełnie. Na wysokim czole zaś wykwitła zmarszczka, która nie schodziła z niego nawet z nastaniem świtu. To wszystko dodawało jego drapieżnemu, wrogiemu obliczu jeszcze więcej zaciętości. To przez brak wojowników, którzy polegli w walkach, zmuszeni są trwać całymi nocami na posterunku, a dzisiaj nie przyjdzie mu za dnia odpocząć w jurcie ani godziny. Święto Plemienne trwało i nie śmiał leżeć zupełnie bezczynnie podczas kiedy inni, a w tym jego ojciec zmuszeni byli brać w tym wszystkim udział.
Patrzył z obojętnością na przejęte matki i cały ten szum. Powinny być wdzięczne, że ich synowie staną się wojownikami i będą mogli walczyć w imieniu plemienia. Powinny być wdzięczne, że żadnego z nich nie wybrały duchy. A ci którzy nie przetrwali? Widać taki los był im pisany. Słabi nie zasługują na to, aby żyć pomiędzy silnymi i duchy o tym wiedzą, a Radil zgadzał się z nimi pod tym względem zupełnie.
Kilku z jego plemiennych braci zebrało się na skraju placu najwyraźniej wymieniając spostrzeżenia dotyczące zeszłej nocy. Ruszył ku nim sprężystym krokiem, posyłając zmęczony uśmiech.
Nie mówili zbyt wiele, bo i za wiele się nie działo. Cieszyło ich, ze przetrwali noc spokojnie i Radil podzielał ich radość. Ważnym przecież było, żeby wszelkie obrzędy przebiegły w należytym spokoju, a na wojnie o spokój było trudno.
Kątem oka, syn wodza dostrzegł zbliżającego się ku nim młodego jeszcze szamana. Już widać było, ze ciężar stanowiska odcisnął na nim swoje piętno. On też nie miał przyjemnej nocy, podkrążone, zmęczone oczy mówiły o tym bardzo wiele... Rzadko miał okazję z nim rozmawiać, zapewne dlatego, że zwyczajnie go unikał. Nie chciał by jego syn w przyszłości podzielił szamański los i brak rozmów z Sirhilem miała go przed tym obronić.
Miał odejść gdy tylko się do nich zbliżył, ale zaczekał jeszcze, widząc, ze szaman przychodzi z błogosławieństwem. Pochylił głowę wyciągając z pochwy długi nóż i przycisnął go do piersi, tak jak kazał obyczaj, ostrzem ku dołowi. Tak zrobili też wszyscy mężczyźni, którzy stali przy nim. Uniósł głowę i na chwile skrzyżował spojrzenie z młodym szamanem. Zmarszczył czarne brwi, krótko kiwnął głową i bezceremonialnie odwrócił się, by odejść zostawiając swoim pobratymcom na barkach poinformowanie Sirilha jak przebiegła warta.
Na krótką chwilę zniknął w swojej jurcie, by w końcu zwilżyć wargi wodą i przetrzeć zmęczoną twarz wilgotnym gałgankiem. Pomasował obolały kark. Zapobiegawczo i niejako już odruchowo nabrał trochę wosku na palce i przeciągnął po cięciwie refleksyjnego łuku, który otrzymał gdy zasłużył już na miano wojownika. Nadmiar wosku starł umiejętnie i wytarł w szmatę. Sprawdził jeszcze strzały w kołczanie przypiętym do pasa, przeliczając je szybko. Jednej brakowało, ale pamiętał dlaczego.
Chwilę później czując się odrobinę lepiej wyszedł na letnie słońce i rozejrzał się po mieszkańcach wioski. Jednak nie do niego należały obowiązki przygotowania obrzędu, on miał je zupełnie inne.
Po chwili krążył już wokół obozu z nałożoną na cięciwę strzałą o czarnych lotkach.
_________________

They tell me I'm too young to understand
They say I'm caught up in a dream
Well life will pass me by if I don't open up my eyes
Well that's fine by me

So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time I was finding myself and I
Didn't know I was lost.
 
     
Aidan
Post blue
Zombie eat brains, you're safe.


Miano: Aidan M. Gray
Wiek: 17
Klasa: 12th A
Wzrost: 169 cm
Ubiór: Spodnie od piżamy, za duży t-shirt z diabłem tasmańskim
Wygląd: Szczuplutki, niewysoki, o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Włosy jeszcze bardziej niebieskie niż oczy, długie nieco za ramiona.
TYP: /brak danych/
Znaki Szczególne: Niebieskie kłaki


Fabularnie: Zajęty
DODATKOWE: Redaktor naczelny gazetki szkolnej.


Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 167
Wysłany: 2013-11-15, 20:56   

Martwy lis leżał na boku, a jego zapadnięte, mętne oko patrzyło obojętnie w jasne niebo. Zwierzę szczerzyło zęby w niewesołym, upiornym uśmiechu jak złośliwy duch, a jego pysk pokrywała piana. Sirhil zauważył go dopiero wracając z powrotem do siebie i od razu poczuł, jak zimna dłoń niepokoju pełznie po jego plecach unosząc włoski na karki. Oczywiście, nie musiał to być znak. Ale jednak mógł być, a to wystarczyło, zwłaszcza w taki a nie inny dzień. Szaman pospiesznie poprosił ducha zwierzęcia by w pokoju powędrował w swoją stronę, podczas gdy jego ciało stanie się pożywieniem dla robactwa.
Dręczył go mimo wszystko uciążliwy niepokój, uczucie ciężaru i chłody, jakby złośliwy duch już teraz przysiadł na jego plecach. Gdy klęczał na macie w swojej jurcie, a najmłodsza z wodzowskich córek zakładała ceremonialny płaszcz na jego ramiona wrażenie tylko się pogłębiło. Jego ramiona zgarbiły się pod ciężką materią, obszytą frędzlami, piórami i metalowymi brzękadłami, rysy wyostrzyły, odpodobnił się cały do nastroszonego ptaka. Lodowato zimne krople poty spływały mu po karku na plecy, ale nie mógł nic na to poradzić. Dziewczynka długo i starannie poprawiała ułożenie rytualnej szaty na jego ciele, zanim podeszła z czarą, by napoić go wywarem z zakazanych ziół, który przyrządził już poprzedniego wieczoru. Jej oczy były ciemne i bardzo poważne, drobna twarzyczka naznaczona świadomością powagi swego zadania. Uśmiechnął się do niej ciepło, nim zaczął połykać płyn tak gorzki, że jego ludzkie ciało protestowało zaciskaniem się gardła i gwałtownymi skurczami żołądka, podczas gdy głosy duchów budziły się do życia wewnątrz jego głowy, bogowie brali go na sznurki, jak marionetkę.
Gdy był już gotowy udał się do namiotu, by powieść młodych mężczyzn przebudzonych do życia ku sercu wioski, gdzie czekał już cały zgromadzony klan. Przekazał ich na moment w ręce rodzin, by kobiety obmyły ich pokryte brudem ciała, tak by mogli godnie wykroczyć w nowy etap życia. Czyści już i nadzy jak w dniu narodzin, ale wychudzeni i chwiejący się na nogach jeden po drugim klękali przed ociosanym z kory, pokrytym świętymi malunkami konarem drzewa wskazanego przed duchy, przed wieloma księżycami, jeszcze zanim Sirhil został szamanem. Kładli się na nim, a jeden z mężczyzn plemienia cieszący się wielką przychylnością przodków, wycinał na ich barkach i plecach znaki dorosłości. Brzęczały muchy, zlatujące się do gęstej, skapującej na ziemię krwi, a szaman kiwał się miarowo nad każdym zaciskającym zęby młodzieńcem, monotonnym szeptem prowadząc męskiego ducha w ich dygoczące jak w gorączce ciała.
Byli dzielni, wszyscy co do jednego, godni nazwania synami swojego rodu, godni przyszłego miana wojowników, choć wycieńczeni u kresu jednego z najcięższych bojów, przez jaki dane przechodzić mężczyźnie. I tylko on ze swojego miejsca mógł widzieć ich oczy w chwili próby, pełne bólu i strachu. Przez ich oczy patrzył w górę w krainę bogów, w ich miłosierną łaską i nieprzebrane okrucieństwo, lecz patrzył i w dół, w otchłań w której kłębiły się duchy, wygłodniałe i pobudzone zapachem krwi.
Słońce wędrowało po niebie, rytualne bębny nie milkły ani na chwilę, a ród wyczekiwał w skupieniu. Trwało to długo, naprawdę długo, chłopców było bowiem wielu, a nacinanie blizn pracochłonne. Czas dawał się we znaki coraz dotkliwiej wszystkim zebranym, głodnych i zmęczonych długim czuwaniem, wszyscy odetchnęli więc z ulgą, gdy ostatni z młodzieńców powstał. Szaman podchodził do każdego z osobna, by tchnąć w niego boskie słowa, a oni kolejno ruszali do tańca wokół strzelającego iskrami ognia. Dopiero gdy padną ze zmęczenia niczym lalki z gałganków będzie można napoić ich i nakarmić, a wódz powita ich w plemieniu.
Cały rytuał szczęśliwie dobiegał końca, lecz Sirhil słabł coraz bardziej, dygotał gwałtownie krztusił się słowami. Gdy odprawił ostatniego z chłopców ledwie mógł utrzymać z dłoni grzechotkę, duchy jednak nieustannie podrywały jego ciało do tańca, choć chwiał się wyraźnie, jego twarz była biała jak twarz trupa, a oczy zapadnięte i gorejące jak wyciągnięte z ognia węgielki. Mogli jednak zobaczyć to tylko ci, którzy stali najbliżej, większość plemienia zapewne upatrywała w jego słabości zwykłego szamańskiego transu.
On sam wiedział już jednak, poznawał po posmaku krwi w ustach, po niekontrolowanych skurczach mięśni, po uporczywym dźwięku jakby blaszanych dzwonków, że bierze go w posiadanie atak szamańskiej choroby, że oto ujeżdża go jakich duch złośliwy i nieposkromiony, jakby miast potężnym szamanem był konikiem- zabawką wystruganą z drewna.
_________________

Want you so bad I can taste it
But you're nowhere to be found

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Theme xandpurple created by spleen modified v0.3 by warna














ZAKAZ KOPIOWANIA TREŚCI ZAWARTYCH NA FORUM FOUR SEASON. OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE ZE STRONY ZEROCHAN.NET
@ Moe(Roth) - Twórca szaty graficznej.


Strona wygenerowana w 0,6 sekundy. Zapytań do SQL: 7